Kulinaria 19 czerwca 2024 5 min czytania 2 074 wyświetlenia

Smaki dzieciństwa — cukierki z dzieciństwa, które wciąż można kupić (i te, których szkoda)

W szufladzie u babci wciąż leży ten sam blaszany pojemnik — niebieski, z odpryskaną emalią, w który zawsze wsypywało się cukierki na zapas. Otworzyłam go w niedzielę przy córce. Zapach raczków uderzył mnie w nos i nagle miałam siedem lat.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Vintage słoik z polskimi cukierkami z dzieciństwa na drewnianym stole

Z dzieciństwa pamiętam dwa zapachy lepiej niż większość imion z podstawówki: zapach włóczki babci i zapach cukierków z jej blaszanego pojemnika. Pojemnik stoi do dziś — przeszedł przez trzy przeprowadzki, dwie generacje wnuków i jedną poważną kłótnię między ciotkami o to, kto go odziedziczy po prababci. Wygrała babcia. Wygrałyśmy więc też my, dzieciaki — bo to z tego pojemnika, w każdą wizytę, sypały się michałki, krówki, raczki i kukułki. Cztery filary mojego cukierkowego dzieciństwa.

W zeszłą niedzielę moja siedmioletnia córka odkryła ten pojemnik samodzielnie — wlazła na taboret, sięgnęła ciekawym paluchem i wyciągnęła garść różnokolorowych papierków. Spojrzała na mnie pytająco, jakbym ja, dorosła kobieta, miała wiedzieć, czym jest raczek. I wtedy mnie wzruszyło. Bo dzisiejsze dzieci znają lizaki Chupa Chups, gumy Hubba Bubba i czekoladowe kinder-niespodzianki. Cukierki z dzieciństwa — te w szeleszczących papierkach, kupowane na wagę w kiosku — to dla nich coś tak egzotycznego jak dla mnie radio na korbkę.

Krówki — królowa cukierka i krzywda jej współczesnych podróbek

Zacznijmy od najważniejszej. Krówka — prawdziwa, miękka, ciągnąca się — była dla mnie i mojego brata walutą, walutą szantażu i walutą nagrody. Babcia trzymała je w słoiku po ogórkach, owinięte w żółto-białe papierki z czarno-białą krową na obrazku. Jedna krówka była ekwiwalentem zjedzenia talerza zupy mlecznej, dwie — wyjścia na działkę bez kwęczenia, trzy — śmierci dziecka z niewydolności trzustki, więc nie dawano ich nigdy.

Dziś, kupując krówki w sklepie, trafiam na trzy kategorie: te dobre (Milanówek, mlewska kremowa, niektóre regionalne manufaktury), te średnie (sklepowe paczkowane, twarde jak kamień, tylko mleczne w nazwie) i te złe (smakują plastikiem i karmelem z auta). Dobra krówka po nadgryzieniu musi się ciągnąć. Jeśli rozsypuje się jak piasek — to nie krówka, to imitacja. Sprawdziłam ostatnio przy dzieciach kilka marek — zwycięzcami niezmiennie zostają krówki z Milanówka (lokalna spółdzielnia mleczarska). Kosztują, ale jedna paczka starcza na cały weekend i nikt się nie kłóci.

Michałki — cukierek, którego nikt nie podrobił

O michałkach mam słabość niezmącone żadnym czasem. Brązowy, przysadzisty, w błyszczącym papierku z napisem szczęśliwie nadal istniejącym, z orzechami arachidowymi w środku i czekoladową otoczką. Pamiętam, jak po świętach Bożego Narodzenia, gdy bombonierka się kończyła, na samym dnie zawsze zostawały michałki. Bo nikt ich nie kradł — wszyscy najpierw wyjadali pralinki z likierem, potem z marcepanem, potem z karmelem, a michałki czekały spokojnie. Aż przychodziłam ja i niczym mała hiena czyściłam dno pudełka.

Dobra wiadomość: michałki nadal są te same. Wawel ich nie zepsuł. Smak identyczny jak w 1995 roku, papierek nawet podobny. Moja córka po pierwszym kęsie zrobiła wielkie oczy i powiedziała: „Mamo, to jak orzeszek w czekoladzie, tylko lepszy". Tak, dziecko. Dokładnie tak.

Raczki, kukułki, śliwki w czekoladzie — leksykon zapomnianych

Tu robi się ciekawiej, bo nie wszystkie skarby przetrwały. Spisałam moją prywatną listę cukierków, których szukałam ostatnio dla córki i które udało mi się znaleźć:

  • Raczki — cukierki w czerwono-białym papierku z karmelowo-mlecznym nadzieniem o lekko orzechowej nucie. Nadal w produkcji (ZPC Solidarność i Wawel mają wersje), ale pojawiają się sezonowo. Mam zapas w spiżarni jak rozsądna baba.
  • Kukułki — ciemne, kakaowe, twarde z miękkim środkiem. Wawel produkuje, smakują dokładnie tak jak pamiętam. Córka uznała je za „gorzkie". Synek (4 lata) wypluł i poprosił o krówkę.
  • Mleczna kanapka — wafel z mleczną masą w środku, biało-niebieski papierek. Klasyka, też nadal istnieje. Polecam jako pierwszą introdukcję dziecka w wafelkowy świat — nie jest tak słodka jak współczesne batoniki.
  • Śliwka w czekoladzie — to akurat klasa sama dla siebie. Trzymam zawsze pudełko od Solidarności jako prezent dla cioci, której nie lubię, ale której trzeba coś zanieść na święta. Sprawdzony numer.
  • Toffino — pamiętasz? Złote, kremowe, sklepowe na wagę. Nadal są, też jako klasyk PRL-u przetrwały transformację bez utraty jakości.

Najmocniej wzruszył mnie ostatnio karmelek smakowy w żółtym papierku — taki bezimienny, kupowany w Społem na wagę, w trzech smakach: cytryna, śmietanka, malina. Przepadł. Nie znalazłam go nigdzie. Może to lepiej — zostanie wspomnieniem, którego nigdy nie zepsuje współczesna receptura z syropem glukozowo-fruktozowym.

Cukierki PRL — czego nie kupuję dzieciom (i dlaczego)

Mam też swoją czarną listę. Bo sentyment to jedno, a rozsądek — drugie. Niedzielne cukierkowe sentymenty są lepsze niż codzienna sentymentalna butada. Nie kupuję dzieciom landrynek z kioskowej wagi, bo to czysty cukier z barwnikiem (a smak — okropny w porównaniu z czymkolwiek). Nie kupuję cukierków „mlecznych" w plastikowych torebkach z dyskontu — sztuczny smak, nadmiar cukru, zero tradycji. Nie kupuję też — i tu zaboli starszych czytelników — ptasiego mleczka w wersji sklepowej, bo to już dawno nie jest to samo. Wawelowska wersja jeszcze trzyma poziom, ale supermarketowe to dramat.

Sentyment to nie zwolnienie z myślenia. Kocham cukierki dzieciństwa, ale nie wciskam córce wszystkiego, co kiedyś jadłam — bo wtedy też jadłam dużo rzeczy, których dziś bym nie tknęła.— moja zasada cukierkowej higieny

Co robię z cukierkami dzieciństwa u siebie w domu

Mam prosty system, sprawdzony przez pięć lat: niedzielne pudełko. Raz w tygodniu, w niedzielę po obiedzie, wystawiam na stół metalowy pojemnik (tak, kupiłam podobny do babcinego — niebieski, na Allegro, używany), do którego wsypuję 5–6 sztuk każdego z naszych ulubionych cukierków. Dzieci wybierają po dwa, jeden zjadają od razu, drugi chowają „na potem". To nasz rodzinny rytuał, i to bardziej o czasie razem niż o cukierkach. Po obiedzie, kiedy zwykle wszyscy zaraz uciekają do swoich zajęć, krówki i michałki trzymają nas razem przy stole jeszcze 20 minut.

Dodatkowo, gdy któreś dziecko ma świnięcie zdrowotnego pecha — angina, ból gardła, dzień w łóżku — wyciągamy z lodówki mleczną kanapkę jako lekarstwo na duszę. To nie ma podstaw medycznych, to ma podstawy babciowe, a babciowe to czasem ważniejsze. Polecam też mój wpis o domowej czekoladzie z trzech składników — zrobiłam ją z córką w zeszłym tygodniu i była dla niej takim odkryciem, jakim dla mnie były kiedyś krówki.

Smaki dzieciństwa — czemu tak nas chwytają za serce

Neurolodzy tłumaczą to dokładnie. Smak jest jedyny zmysł powiązany bezpośrednio z hipokampem — częścią mózgu odpowiedzialną za pamięć emocjonalną. Dlatego zapach blachy z naparem kawy zbożowej potrafi mnie cofnąć do kuchni babci szybciej niż dziesięć rodzinnych zdjęć. Cukierki dzieciństwa to nie cukierki — to portale czasu. Krówka u mnie w buzi to nie tylko cukier i mleko. To zapach włóczki, zapach pasty do podłogi, zapach babcinych włosów, kiedy przytulała mnie głową do kolan, mówiąc „cicho, kotek, cicho".

Dlatego kupuję je dla córki, dla syna, ale też trochę dla siebie. Dziedzictwo smakowe to coś, co buduje się latami i nie da się go kupić w hipermarkecie. Daję dzieciom krówkę z Milanówka, opowiadając przy tym o babci, o jej blaszanym pudełku, o niedzielnych obiadach i o tym, jak prababcia za czasów wojny chowała cukier w zsypie. Moja córka słucha, gryzie krówkę, i kiedyś — jestem o tym przekonana — będzie opowiadać to swoim dzieciom. Z lekko zmienionym akcentem, z innym pojemnikiem, ale z tym samym uczuciem.

Jeśli też masz w głowie smaki, których szukasz dzieciom, polecam też mój przepis na zapiekankę ryżową w wersji domowej — bo niektóre smaki dzieciństwa to nie cukierki, tylko niedzielny obiad u babci. I koniecznie pyszny domowy chleb, który u mnie pachnie tak samo jak chleb piekarni, do której babcia wysyłała mnie po bułki z kraciastą torbą w niedzielne poranki.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jakie cukierki z dzieciństwa wciąż można kupić?

Większość klasyków PRL-u i lat 90. nadal jest produkowana: michałki, krówki, raczki, kukułki, mleczna kanapka, śliwka w czekoladzie, toffino. Najłatwiej znaleźć je w sieciach typu Społem, w specjalistycznych sklepach z polskimi słodyczami i na Allegro. Niektóre regionalne manufaktury (np. Milanówek) wysyłają je bezpośrednio z mleczarni — moim zdaniem to najlepsza opcja.

Czym różni się prawdziwa krówka od sklepowej imitacji?

Prawdziwa krówka musi się ciągnąć po nadgryzieniu — to znak, że masło i mleko są naturalne, a karmelizacja przeprowadzona długo i wolno. Imitacja sklepowa rozsypuje się w buzi jak suchy karmel, ma sztuczny aromat śmietankowy i często zawiera tłuszcze utwardzane zamiast masła. Najlepsze krówki kupisz w lokalnych mleczarniach (Milanówek, Iłża, Mlekovita w wersji rzemieślniczej).

Jakie cukierki z dzieciństwa zniknęły z rynku?

Z mojej obserwacji nieodwracalnie przepadły: kioskowe karmelki na wagę (cytrynowe, śmietankowe, malinowe w żółtych papierkach bez marki), niektóre regionalne pomadki spod Krakowa, oryginalne ciągutki ZPC Wawel sprzed lat 90. Część cukierków pozornie istnieje, ale receptura uległa tak dużej zmianie, że smakują zupełnie inaczej (przykład: większość supermarketowych ptasich mleczek).

Czy dawać dzieciom cukierki z dzieciństwa?

Tak, ale z umiarem i wybiórczo. Klasyki w naturalnej recepturze (krówki z mleczarni, michałki Wawel, śliwka w czekoladzie) są zwykle lepsze niż współczesne kolorowe słodycze z dyskontów — mają mniej dodatków i prostszy skład. Niedzielne pudełko raz w tygodniu to świetny rytuał rodzinny, który łączy pokolenia bez przesady cukrowej.

Gdzie kupić cukierki PRL-u jako prezent sentymentalny?

Polecam trzy ścieżki: bezpośrednio od producentów (ZPC Wawel, Solidarność, Mlekarnia Milanówek mają sklepy online), specjalistyczne sklepy z polskimi słodyczami w większych miastach, Allegro w kategorii „Słodycze tradycyjne". Dobrze sprawdzają się też zestawy prezentowe z mieszanką klasyków — idealne na 50. urodziny mamy lub teściowej.

Dlaczego smaki dzieciństwa tak silnie działają na emocje?

Bo zmysł smaku jest neurologicznie powiązany z hipokampem — częścią mózgu odpowiedzialną za pamięć emocjonalną. Każdy smak dzieciństwa odpala kompletny zestaw wspomnień: zapachów, dźwięków, twarzy bliskich osób. Dlatego krówka u babci to nie tylko mleko i cukier — to portal czasu. Dla dziecka tworzymy te skojarzenia teraz, w tym tygodniu, przy niedzielnym obiedzie.