Moim zdaniem 18 listopada 2025 6 min czytania 1 858 wyświetleń

Jak nie bać się bliskości — o budowaniu dobrych więzi, gdy sama ich nie dostałaś

Pierwszego dnia po porodzie nie umiałam przytulić własnej córki. Trzymałam ją sztywno, jakby była z porcelany. Dopiero po latach zrozumiałam, że nie umie się dawać tego, czego się nie dostało — ale można się tego nauczyć. Krok po kroku, bez patosu.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Mama przytulająca dziecko od tyłu w ciepłym świetle lampki nocnej, książka i koc, polski dom

Pamiętam dokładnie ten moment. Drugi dzień po porodzie, sala oddziału położniczego, moja córka leży w plastikowym łóżeczku obok mojego łóżka i płacze. A ja siedzę i nie wiem, co zrobić. Wiem teoretycznie — wziąć na ręce, przyłożyć do piersi, przytulić. Ale moje ręce nie pamiętają tego ruchu, bo nikt nigdy nie zrobił tego ze mną.

Moi rodzice byli dobrymi ludźmi. Pracowali ciężko, zapewnili mi dom, edukację, jedzenie, ubrania, książki. Ale nie przytulali. Nie z niechęci — po prostu w ich domach też się tego nie robiło, więc skąd mieliby wiedzieć, że to ważne. Pierwszy raz w życiu pamiętam mocne objęcie mojej mamy, kiedy miałam 28 lat i pochowałam babcię. Wcześniej — nigdy. I długo myślałam, że tak po prostu jest.

To, co mnie najbardziej przeraziło w macierzyństwie, to nie były nieprzespane noce ani kolki. Przeraziło mnie pytanie: „a co, jeśli teraz powtórzę z moją córką to samo?". Bo skoro nikt mnie nie nauczył bliskości, to skąd ja mam ją wziąć i podać dalej?

Dlaczego boimy się bliskości — choć tak bardzo jej chcemy

Kiedy zaczęłam o tym czytać i rozmawiać z innymi mamami, okazało się, że nie jestem sama. Bardzo wiele kobiet z mojego pokolenia nie umie naturalnie okazywać czułości fizycznej, bo same jej nie dostały — albo dostały skąpo, „od święta", między uderzeniem a przeproszeniem. To nie jest temat na elegancki blog z zachodów słońca, ale to prawda, która siedzi cicho w głowach matek czterdziestolatek.

Lęk przed bliskością bierze się z dziwnego mechanizmu: jeśli czegoś nie znałaś jako dziecko, jako dorosły masz wrażenie, że to coś sztucznego, jakby teatru. Pierwsze tygodnie z córką stale łapałam się na myśli „czy ja tego nie udaję? czy nie jest to takie cukierkowo-instagramowe?". Tymczasem ona płakała, ja sztywniałam, a M. (mój mąż) — który miał szczęście wychowywać się w rodzinie wylewnej — patrzył na mnie z pomieszanym smutkiem i delikatnym „Magda, ona potrzebuje, żebyś po prostu była".

Pierwsza lekcja: nie udawaj, ćwicz

Założenie, że bliskości nauczę się „naturalnie", było nieprawdą. Nauczyłam się jej praktycznie — jak uczy się jazdy na rowerze albo gotowania risotta. Cierpliwie, krok po kroku, z porażkami między próbami.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było wyznaczenie sobie codziennych „okienek" bliskości. Wieczór po kąpieli — 5 minut na łóżku, ona w piżamie, ja przytulam. Rano przy kawie — 2 minuty pod ciepłym pledem przed wyjściem do żłobka. Po przyniesieniu jej z przedszkola — uścisk w drzwiach, zanim cokolwiek innego. To brzmi pewnie groteskowo poradnikowo, ale dla kogoś, kto nigdy tego nie ćwiczył, gotowy schemat jest punktem wyjścia, nie ograniczeniem.

Po paru miesiącach okienek już nie potrzebowałam — ręce same wiedziały, kiedy mają objąć, kiedy poprawić włosy z czoła, kiedy położyć dłoń na plecach. Bliskość weszła w mięśnie, jak niegdyś wchodzą do nich pierwsze gamy na pianinie.

Bliskość to nie talent. To umiejętność. A umiejętności da się nauczyć w każdym wieku — pod warunkiem, że nie udajesz, że już ją masz.

Co naprawdę działa w domu (a nie na Instagramie)

Z perspektywy sześciu lat „pracy" nad bliskością z córką (i czterech z synem) mam swoją prywatną listę rzeczy, które działają. Bez patosu, bez idealizowania, bez attachment-parentingowego dogmatyzmu. Po prostu konkrety.

  • Nieprzymuszone gesty codzienne. Dłoń na ramieniu, gdy stoisz obok dziecka rysującego przy stole. Pocałunek w czubek głowy, gdy je obiad. To nie jest wielki gest — i właśnie dlatego dziecko go zapamiętuje. Wielkie gesty wyglądają jak wyjątek; codzienne gesty wyglądają jak miłość.
  • Czytanie razem. Co wieczór 15-20 minut. Ona przytulona pod pachą, syn na kolanach, wspólny koc. Książka jest pretekstem — chodzi o to, że trzy ciała są razem w jednym miejscu, na łóżku, ze wspólnym oddechem. Dla dziecka to lekcja, że bliskość to nie wyjątek, to rytuał.
  • Kontakt fizyczny przy odprowadzaniu. Pożegnanie pod żłobkiem czy szkołą — zawsze przytulenie, zawsze pocałunek, zawsze „kocham cię, do zobaczenia o trzeciej". Brzmi banalnie. Działa.
  • Zauważanie dziecka — naprawdę. Kiedy córka wchodzi do kuchni i mówi „mamo", odkładam telefon. Patrzę na nią, czekam, słucham. Najtrudniejsza rzecz w macierzyństwie nowoczesnym: być obecną fizycznie i mentalnie jednocześnie. Większość bliskości, którą dzieci później pamiętają, to nie jest przytulenie — to jest moment, w którym mama odłożyła telefon.

Bliskość a nadopiekuńczość — gdzie przebiega granica

Boję się jednej rzeczy bardziej niż braku bliskości — boję się jej nadmiaru. Bliskość, która zatyka dziecku oddech, jest tak samo szkodliwa jak ta, której nie ma. To jest moment, w którym przeczytałam więcej książek z przerażenia niż ze sprawy.

Mam dla siebie taką prywatną zasadę: bliskość to oferta, nie obowiązek. Jeśli mój czterolatek bawi się sam w pokoju i nie potrzebuje mnie — nie wkraczam. Jeśli moja córka chce poczytać sama, nie wchodzę z propozycją wspólnej lektury. Pokazuję, że jestem dostępna, ale to ona decyduje, czy z tej dostępności korzysta. Granica między byciem czułą mamą a byciem mamą, która dusi, jest cienka — i przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się gotowość dziecka, a zaczyna moja własna potrzeba kontaktu.

Wiele matek z mojego pokolenia, które jak ja kompensują swoje dzieciństwo, wpada w pułapkę „za bardzo". Czytałam ostatnio książkę psychoterapeutki o tej dynamice — tłumaczyła, że nadmierne przytulanie często jest formą zarządzania własnym lękiem rodzica, nie potrzebą dziecka. To było dla mnie lekcją: niech bliskość będzie dla nich, nie dla mnie.

Attachment parenting — bez fanatyzmu

Kiedy córka miała 2 lata, przeczytałam Sears'ów. To była mieszanka olśnienia i niepokoju — tak, więź, kontakt, czułość, yes. Ale współspanie do siódmego roku życia? Noszenie do trzech lat? Brak granic „nie"? Tu mi się włos zjeżył.

Dziś mam swoje kompromisowe podejście, które chyba zasługuje na nazwę „attachment parenting na polską miarę". Czyli: tak dla bliskości fizycznej, tak dla reagowania na płacz, tak dla noszenia, kiedy dziecko tego potrzebuje — ale NIE kosztem własnego zdrowia psychicznego matki. Jeśli muszę zostawić syna z M. na trzy godziny, żeby pobiegać i odbudować psychę — robię to, i bliskości od tego nie ubywa, tylko przybywa, bo wracam pełniejsza.

Z tego kompromisu zrodziły się też konkretne rytuały, o których pisałam już w tekście o tym, gdy dziecko nas nie słucha — bo dzieci, które dostają bliskość, łatwiej się komunikują, ale to nie znaczy, że automatycznie słuchają. To dwie różne historie.

Jak rozmawiać o uczuciach z dzieckiem (i z samą sobą)

Długo nie potrafiłam mówić córce „kocham cię". To są dwa słowa, które dla mojej generacji są absurdalnie trudne, choć dla naszych dzieci — banalne. Pierwszy raz powiedziałam je, kiedy miała trzy lata, w łóżku, po jakimś trudnym dniu, kiedy obie płakałyśmy z wyczerpania. Powiedziałam to szeptem, niemal z poczuciem winy. Ona zareagowała jak na rzecz oczywistą — „ja ciebie też, mamo" — i poszła spać.

Wtedy zrozumiałam: to ja byłam tu uczniem. Dzieci urodzone z czułej rodziny mówią to samo dzień w dzień, bez ciężaru. My, mamy z bezprzytulnych domów, musimy się dopiero nauczyć, że te słowa są lekkie.

Dziś mówię to dziesięć razy dziennie. Czasem bez powodu, czasem do plecaka, do koniuszka piżamy, do bałaganu z lego na podłodze — bo i tak adresat tego wszystkiego rozumie. To moja prywatna, codzienna lekcja, że bliskość nie potrzebuje tła z zachodu słońca.

Jeśli mierzysz się z podobnym tematem, polecam Ci jeszcze refleksję o samej istocie macierzyństwa, gdy brak ci sił i kawałek o tym, jak trudno usłyszeć własne dziecko. Te wpisy łączą się w jedną historię — historię matki, która uczy się siebie razem ze swoim dzieckiem.

Co bym powiedziała sobie sprzed sześciu lat

Gdybym dziś mogła wejść na tamtą salę położniczą i położyć rękę na ramieniu tej dziewczyny, która sztywno trzyma noworodka i myśli „nie umiem", powiedziałabym jej trzy rzeczy:

Po pierwsze — nie musisz umieć od razu. Bliskość to umiejętność jak każda inna, dasz radę nauczyć się jej przez pierwszy rok. Po drugie — nie udawaj. Sztywnie trzymane dziecko czuje sztywność rąk; lepiej być szczerze niezdarną i powoli puścić, niż grać czułość, której nie czujesz. Po trzecie — to, że nie dostałaś, nie znaczy, że nie dasz. Łańcuch międzypokoleniowy można przerwać. Ja go przerwałam. Ty też dasz radę, jeśli zaczęłaś się o tym zastanawiać.

Na koniec jeszcze jedna myśl, która mnie samej długo umykała. Bliskość, której się uczę z moimi dziećmi, wracała też do mojej mamy. Po jednym z naszych rodzinnych obiadów objęłam ją na pożegnanie — pierwszy raz od lat. Stała sztywno przez sekundę, potem oddała uścisk. Płakała w samochodzie, opowiedziała mi to siostra. To są te ciche, niewidzialne zwycięstwa rodzicielstwa, o których nikt nie pisze na blogach. Ucząc bliskości swoje dzieci, oddajesz coś też tym, którzy ci jej nie dali.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jak nie bać się bliskości z dzieckiem, jeśli sama nie byłam przytulana?

Zacznij od gotowych mikrorytuałów — codziennych okienek czułości w stałych porach (rano przy kawie, wieczorem po kąpieli, w drzwiach przy odprowadzaniu). To brzmi sztucznie, ale dla osoby, która nie miała tego w dzieciństwie, gotowy schemat jest mostkiem, nie ograniczeniem. Po kilku miesiącach gesty wchodzą w mięśnie i przestają być "na siłę".

Jak budować dobre więzi z dzieckiem na co dzień?

Najmocniej działają niewielkie, codzienne gesty: dłoń na ramieniu, kontakt fizyczny przy pożegnaniu, wspólne czytanie pod kocem, odkładanie telefonu kiedy dziecko mówi "mamo". Wielkie gesty (wyjazdy, prezenty) wyglądają jak wyjątek; codzienne — jak miłość. Dzieci zapamiętują rytuał, nie spektakl.

Czym różni się zdrowa bliskość od nadopiekuńczości?

Bliskość to oferta, nie obowiązek. Jeśli dziecko bawi się samo, nie wkraczasz; pokazujesz, że jesteś dostępna, ale to ono decyduje, kiedy z dostępności korzysta. Nadopiekuńczość zwykle bierze się z lęku rodzica — nie z potrzeby dziecka. Granica przebiega tam, gdzie zaczyna się Twoja własna potrzeba kontaktu, a kończy gotowość dziecka.

Co zrobić, gdy mówienie "kocham cię" jest dla mnie nienaturalne?

Mów mimo to. Pierwsze razy będą szeptem, z poczuciem winy, jakbyś grała teatr. To normalne. Dla dziecka te słowa są lekkie od początku, dla nas, dorosłych z bezprzytulnych domów — ciężkie. Powtarzanie ich codziennie, czasem do plecaka, do piżamy, do bałaganu — sprawia, że po roku przestają ważyć. Przekonała się o tym moja generacja matek.

Czy attachment parenting to jedyna droga do dobrej więzi?

Nie. Attachment parenting w wersji dogmatycznej (współspanie do 7. roku, brak granic, noszenie do 3 lat) bywa szkodliwy dla zdrowia psychicznego matki — a wypalona matka nie daje bliskości. Lepszy jest kompromis: tak dla reagowania na płacz, kontaktu fizycznego i wspólnego rytmu, ale NIE kosztem własnych zasobów. Bliskość rośnie wtedy, gdy mama wraca pełna, nie kiedy się daje do końca.

Czy można nauczyć się bliskości w wieku dorosłym?

Tak, i to jest najważniejsza wiadomość tego tekstu. Bliskość to umiejętność, nie talent. Da się ją wyćwiczyć w każdym wieku, jak gotowanie albo jazdę na rowerze. Łańcuch międzypokoleniowy braku przytulania da się przerwać — często dzięki własnemu dziecku, które jest najlepszym nauczycielem. Bonus: ta umiejętność wraca też do Twoich rodziców.