Moim zdaniem 15 marca 2026 9 min czytania 1 795 wyświetleń

Nasze dzieci — krótki hołd dla codzienności z siedmiolatką i czterolatkiem

Ten tekst nie ma agendy. Nie nauczy was niczego praktycznego, nie dam wam tu żadnej wskazówki ani rozwiązania. To po prostu wieczór, w którym chciałam usiąść i napisać o swoich dwóch dzieciach — Hani i jej młodszym bracie. Bo czasem trzeba zatrzymać codzienność na papierze, żeby później móc do niej wrócić. Mam nadzieję, że za pięć lat sama będę to czytać i się płakać z czułości.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Dwie pary małych dziecięcych butów stojących obok drzwi, mały plecak i pluszak, ciepłe popołudniowe światło, polski dom

Jest piątek wieczór, dziesiąta dwadzieścia. Hania (siedem lat) zasnęła pół godziny temu, jej brat (cztery lata) — czterdzieści minut temu. M. siedzi w salonie z książką, w domu jest cicho, słychać tylko zegar w kuchni i wiatr za oknem. Otwieram laptopa, wlewam sobie zimne jeszcze pół kubka herbaty z południa i piszę o nich. Nie z żadnego powodu. Po prostu dziś, w samochodzie, kiedy wracaliśmy ze sklepu, oboje zasnęli na tylnym siedzeniu z głowami wspartymi o siebie. Jechałam wtedy przez naszą małą miejscowość, patrzyłam co chwilę w lusterko wsteczne, i nagle wiedziałam, że muszę o tym napisać, bo inaczej zapomnę, że to się wydarzyło.

Ten tekst nie ma agendy. Nie nauczy was niczego o wychowaniu, o rodzinnym zarządzaniu czasem, o adaptacji przedszkolnej. To jest wpis sentymentalny i tylko sentymentalny. Jeśli szukacie poradnika, to wracajcie kiedy indziej — mam ich na blogu mnóstwo. Ale dziś chcę napisać po prostu o dwóch konkretnych ludziach, którzy mieszkają w tym domu razem ze mną i z M., i są codziennym powodem, dla którego to wszystko ma sens.

Hania — moja córka, którą poznawam co tydzień od nowa

Hania ma siedem lat i dwa miesiące. Idzie do drugiej klasy. Czyta sama od pół roku — to znaczy naprawdę sama, w łóżku przed snem, książkę za książką, z latarką, kiedy myśli, że nie widzimy. Czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce: Mikołajka, Anię z Zielonego Wzgórza, książki o dinozaurach, zioła ogrodowe z półki M., menu z restauracji, gdy gdzieś jedziemy. Ostatnio rozszyfrowała ulotkę leku w łazience i przyszła zapytać, czy paracetamol można dawać dzieciom — przerażająco mądre pytanie, na które długo musiałam jej odpowiadać.

Jest słodko-buntownicza. To zostało chyba cechą rodzinną — moja mama mówi, że ja byłam taka sama w jej wieku. Słodka, jak ją się przytula i opowiada się jej historie. Buntownicza, jak się jej proponuje coś, czego ona uważa, że nie ma sensu. „Mamo, ale dlaczego mam dziś założyć tę spódnicę, jak nie chcę?". „Mamo, kasza jaglana jest fajna, ale ja jej teraz nie chcę". „Mamo, twoje argumenty są dobre, ale ja mam swoje". Ostatnie zdanie powiedziała mi w zeszłym tygodniu, dosłownie tymi słowami, przy obiedzie, mając siedem lat. Spojrzałam na M., M. spojrzał na mnie, oboje zaczęliśmy się śmiać, bo nie wiedzieliśmy, co innego z tym zrobić.

Coś się w niej zaczyna od dwóch miesięcy zmieniać. Zaczyna już być nastolatką w drugim ciele. Pisałam o pierwszych tego oznakach w tekście o buncie sześciolatka, ale teraz, miesiąc po jej siódmych urodzinach, widzę to ostrzej. Zamyka drzwi do swojego pokoju („mamo, zapukaj zanim wejdziesz"). Pisze pamiętnik (na okładce „NIE OTWIERAĆ!!! TO JEST PRYWATNE" trzema kolorami). Czesze włosy w lustrze cztery razy, zanim wyjdzie do szkoły. Dyskutuje każdą decyzję, jakby każda była negocjacją. Czasem rzuca „mamo, ty mnie nie rozumiesz" tonem, który zna każda matka siedmiolatki w drodze do nastolatkostwa. Pisałam o tej trudnej wymianie w tekście o tym, gdy dziecko nas nie słucha — bo to jest faza, w której najtrudniej się komunikować, bo komunikujesz się z osobą, która sama dopiero szuka kim jest.

A równocześnie — gdy się o tym mniej najmniej spodziewam — przychodzi do mnie do kuchni, opiera się o mnie i mówi szeptem coś najczulszego. „Mamo, pachniesz dziś jak naleśniki". „Mamo, twoje włosy są fajne". „Mamo, jesteś wielka". Te zdania są walutą, której wartość nie spada nigdy. Zapisuję je sobie czasem w notatce w telefonie, Hanusia powiedziała w środę 12 lutego o 17:30 że pachnę naleśnikami, żeby nie zapomnieć. Pisałam zresztą o jednym takim zdaniu w osobnym tekście o byciu wielką, bo zostało mi w pamięci na dobre.

Gdy rysuje „moja mama", zawsze ja mam pomarańczowe włosy. Moje włosy są ciemnobrązowe. Nigdy w życiu nie miałam pomarańczowych włosów, nawet teoretycznie. Hania od trzeciego roku życia rysuje mnie z pomarańczową grzywą i nie wiem, dlaczego — pewnie kiedyś, w jej pierwszym wspomnieniu o mnie, miałam taki kolor w jej głowie. Nie poprawiam jej już. Pomarańczowe włosy są moimi włosami w jej rysunkach. Niech zostaną pomarańczowe.

Mój syn — czterolatek ślepo zakochany w wozie strażackim

Syn ma cztery lata i dwa miesiące. Chodzi do przedszkola od września i dopiero teraz, po dziewięciu miesiącach, zaczyna naprawdę lubić ten swój pierwszy rok — pisałam o tym wcześniej w tekście o przedszkolaku. Jest dzieckiem, którego wszystkie zmysły zatrzymują się na czerwonych rzeczach. Czerwony samochód. Czerwone klocki. Czerwona kurtka. „Mamo, popatrz, ktoś czerwony!", krzyczy z zachwytem na ulicy, gdy mija nas autobus zwykły, niebieski — bo na boku ma czerwoną reklamę.

Wóz strażacki jest jego pierwszą wielką miłością. Mamy w domu dwa modele zabawkowe (jeden mały, plastikowy z syreną, jeden większy, drewniany ze szczegółowymi drabinkami), trzy książki o strażakach („Mamo, czytamy dziś znowu o strażakach?", codziennie wieczorem), kombinezon strażacki (czerwony plastikowy hełm, kurtka z odblaskami, którą dostał na czwarte urodziny od babci). Co tydzień jedziemy w piątek na Plac Mariacki w mieście, gdzie stoi prawdziwy wóz strażacki przy remizie. Stojemy tam dziesięć minut, on patrzy z nabożną czcią, czasem strażak macha mu z okna. Wraca do auta jak po pielgrzymce — z miną dziecka, które zobaczyło coś świętego.

Gdy dorośnie, chce być „tym strażakiem, który ratuje koty z drzew". Wyjaśniał mi to dwa tygodnie temu z taką powagą, że nie potrafiłam się śmiać. „Mamo, jak będę duży, to ja jeżdżę wozem czerwonym i ratuję kota, jak nie umie zejść z drzewa, to ja idę po niego z drabiną i nikomu nie pozwalam, żeby się bali". Przyjmuję ten plan zawodowy z całą powagą. W jego głowie wszystko jest jeszcze możliwe — i niech tak zostanie jak najdłużej. Pisałam już kiedyś o jego wyobraźni twórczej w tekście o radosnej twórczości czterolatka, bo on jest dzieckiem, w którego głowie świat składa się głównie z wyobraźni, a faktów dosypuje się tam minimalnie, żeby się trzymał.

Jest niespokojny przy obcych. To jego cecha od urodzenia. Hania zawsze była komunikatywna, podchodziła do każdego i zaczynała rozmowę. Syn — przeciwnie, kuli się za moimi nogami, chowa twarz, czeka aż „obcy człowiek" zniknie. Trzeba mu trzech, czterech spotkań, żeby zaczął nieobcego traktować naturalnie. Z naszą sąsiadką, którą widzi co tydzień od urodzenia, dopiero w zeszłym roku zaczął się witać. Trzy lata mu zajęło zaakceptowanie kogoś, kto mieszka piętro niżej. Z tym że gdy już kogoś polubi, jest dziecięcą wersją wiernej, ciepłej duszy — pamięta imiona, pyta o samopoczucie, „a czy pani Iwona już wyzdrowiała?" po dwóch tygodniach od jej grypy.

Jest czuły do mamy w sposób, który mnie czasem rozkleja. Wieczorem, gdy go kładę, prosi o „buziaczek, proszę" trzy razy z rzędu, bo dla niego jeden buziak nie wystarczy, musi mieć trzy, jak rytuał. Rano, kiedy się budzi, pierwszy ruch to przytulenie się do mnie, bez słów, jakby przypomniał sobie, że jestem. Gdy się zranię (kuchnia, nóż, paluch — czasem się zdarza), zostawia wszystko, podchodzi, kładzie ręce na moim brzuchu i mówi „mamo, już dobrze, ja jestem". Pojęcia nie ma, skąd to wziął. Ja go tak nie nauczyłam, bo sama nie umiem tak. Pewnie wziął to od M., który zawsze tak mnie pociesza, gdy się rozkleję. Albo wziął to z głowy. Albo dziecko po prostu wie więcej, niż rodzice wiedzą, że dziecko wie.

Jak są razem — dwie planety, które się przyciągają

O ich relacji pisałam już dużo w tekście o rodzeństwie i powiedzeniu „we dwoje raźniej" — i nie chcę się powtarzać. Powiem tylko, że już są w fazie, w której się szukają, a nie w fazie, w której się tylko kłócą. Co to znaczy w praktyce? Że Hania, wracając ze szkoły, pyta przez próg „a gdzie braciszek?", zanim mnie pocałuje. Że syn, gdy się zbudzi rano, najpierw idzie do pokoju Hani sprawdzić, czy ona już nie śpi — niezależnie od pory. Czasem to jest piąta rano. Wtedy interweniujemy.

Gdy patrzę na nich razem, widzę dwie rzeczy. Pierwsza — są bardzo różni. Hania jest racjonalna, planująca, zorganizowana. Przed wyjściem do szkoły wszystko ma w plecaku w odpowiednim porządku, według własnego systemu. Syn jest emocjonalny, chaotyczny, marzycielski. Plecak rzuca w drzwiach, na obiad zapomina, ale przynosi ze sobą szyszkę, którą znalazł i postanowił, że to jego skarb. Druga rzecz — bardzo siebie potrzebują, mimo że są tacy różni. Albo właśnie dlatego. On uczy się od niej organizacji (powolnie, bardzo powolnie). Ona uczy się od niego spontaniczności i widzenia świata jako miejsca pełnego skarbów.

Wczoraj, jak mówiłam wcześniej, zasnęli oboje w samochodzie z głowami wspartymi o siebie. Hania z lewej strony, syn z prawej, jego głowa oparta o jej ramię, jej głowa o szybę. Stałam na światłach, patrzyłam w lusterko wsteczne, i myślałam: gdyby ktoś teraz zrobił mi zdjęcie tego momentu, byłoby to chyba najpiękniejsze zdjęcie mojego życia. Nie zrobiłam tego zdjęcia, bo prowadziłam. A może też dlatego, że to nie jest zdjęcie do robienia. To jest zdjęcie do pamiętania.

Drobne gesty, które chcę zachować w pamięci

Zanim zapomnę — bo zapomnę, każda mama zapomina, dlatego pisze się blogi — chcę spisać listę drobnych gestów obojga, które chcę zatrzymać w pamięci na zawsze. Lista bez kolejności, tak jak mi przychodzą do głowy:

  • Hania w sobotę rano przychodzi do naszego łóżka i mówi szeptem: „mamo, chcecie, żebym wam zrobiła kawę?". Robi nam ją. Nie potrafi jeszcze nasypać kawy do filtra, więc to tak naprawdę M. nasypuje, a ona naciska guzik. Ale rytuał jest jej.
  • Syn, gdy widzi kwiatek w trawniku przy chodniku, zatrzymuje się, kuca, ostrożnie zerwa, przynosi mi do dłoni. „Mamo, dla ciebie". Mam takich kwiatków zasuszonych w kuchni już kilkanaście, w słoiku po ogórkach. Jest to mój najcenniejszy zbiór sztuki.
  • Hania rysuje nasz dom z czterema piętrami, choć dom ma jedno piętro. „Mamo, dom z czterech pięter mamy, taty, mojego i braciszka". Każda rodzina ma swój dom z tylu pięter, ile jest osób — według niej.
  • Syn w łazience, gdy myje zęby, śpiewa „brzęczy bzyczy mucha pszczoła" na własną melodię, której nie znamy z żadnego źródła. Sam ją wymyślił. Znam tę melodię na pamięć po roku, choć nigdy w życiu jej nie zaśpiewam.
  • Hania, gdy ją przytulam, kładzie głowę na mojej szyi i wzdycha głęboko. To wzdychnięcie jest sygnałem, że wszystko jest dobrze. Czekam na nie codziennie wieczorem.
  • Syn, gdy widzi mnie w łazience, gdy się maluję (rzadko, ale się zdarza), podchodzi i mówi „mamo, ty już ładna jesteś, nie maluj". Mówi to bez kalkulacji, z całą powagą. W tej chwili jest najlepszym kosmetykiem mojego życia.

O podobnych drobnych prezentach od dzieci pisałam w tekście o tym, że fajnie być rodzicem i w krótkiej refleksji o aparacie i hit kit — bo fotografia to jest przede wszystkim sposób na zatrzymanie tych chwil, których nie da się zatrzymać inaczej. Chociaż często, jak wczoraj w samochodzie, nie ma się aparatu pod ręką — i wtedy słowo robi to, co miało zrobić zdjęcie.

Dlaczego piszę to dziś, a nie kiedy indziej

Piszę to dziś, piątek wieczór, dziesiąta trzydzieści, mąż w salonie czyta, bo doskonale wiem, że dzieci wkrótce nie będą takie, jakie są dziś. Hania za rok będzie miała osiem, w czternaście to będzie już naprawdę nastolatka, w osiemnaście wyjedzie na studia, w dwadzieścia kilka odda mi swoje pierwsze dziecko do pochowania na ramieniu — jeśli wszystko pójdzie dobrze. Syn za pięć lat nie będzie już krzyczał „czerwony!" na widok autobusu. Nie będzie też prosił o trzy buziaki przed snem. Będzie „cześć mamo, dobranoc" — i tyle.

Wiem to, więc zachowuję teraz, jak mogę. Tym tekstem. Tym blogiem. Notatką w telefonie. Pomarańczowymi włosami na rysunku, który wisi w kuchni nad zlewem. Suszonym kwiatkiem w słoiku po ogórkach. „Brzęczy bzyczy mucha pszczoła" w mojej głowie, którą nucę bezwiednie, gdy się sama zamyślam.

I jeszcze jedna rzecz, którą chcę powiedzieć, bo nie wiem, czy kiedy indziej zdążę. Kocham was, dzieci. Tak, oboje. Dokładnie was takich, jakimi jesteście dziś, w tym roku, w tym domu, w tym wieku. Ze wszystkimi waszymi dobrymi i trudnymi dniami. Z buntem siedmiolatki i z czerwonymi obsesjami czterolatka. Z rzucanymi plecakami i z trzema buziakami przed snem. Z pamiętnikiem z napisem „NIE OTWIERAĆ" i z szyszką w kieszeni jako skarbem. Z całością tego, co jesteście.

O podobnym uczuciu pisałam też w tekście o lubieniu swoich dzieci — bo to jeden z najtrudniejszych paradoksów macierzyństwa, że można jednocześnie nie zawsze ich lubić i kochać ich tak, że gardło się zaciska, kiedy się o nich pisze wieczorem. Dziś jest taki wieczór, kiedy gardło się zaciska, a lubienie jest pełne. Jutro pewnie znowu będę krzyczeć o butach o ósmej rano. Pojutrze znowu poczuję, że nie umiem. Ale dziś jest dziś. Hania śpi. Brat śpi. M. czyta. Ja piszę. Świat na chwilę jest dobry.

Dzieci dorastają. Nie pytaj kiedy — pytaj, ile zachowałaś.— moja babcia, która zachowała w pamięci każdy szczegół o moim ojcu jako dziecku

Rano znowu wstanę o szóstej. Hania wstanie o siódmej, syn pewnie o szóstej trzydzieści. Zrobimy wspólnie śniadanie — Hania pomoże nasypać kakao, syn rozleje mleko. Zacznie się znowu kolejny zwykły dzień, jak wszystkie inne. A ja, zanim go zacznę, jeszcze raz przeczytam ten tekst, żeby sobie przypomnieć, o czym ten zwykły dzień naprawdę jest. O dwóch konkretnych ludziach, którzy mieszkają w tym domu razem ze mną. O Hani z pomarańczowymi włosami na każdym rysunku. O bracie, który ratuje koty z drzew w swoich snach. O naszych dzieciach — bo tak ich nazwałam w tytule tego tekstu, i tak ich będę nazywać, dopóki świat się kręci.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dlaczego warto pisać o swoich dzieciach na blogu, nawet bez konkretnej agendy?

Bo dzieci dorastają, a my zapominamy. Pamięć rodzicielska jest zaskakująco krótka — szczegóły, które dziś są oczywiste (że córka rysuje mamę z pomarańczowymi włosami, że syn śpiewa wymyśloną melodię o pszczole), za pięć lat znikną z pamięci. Pisanie o nich teraz jest rodzajem archiwum. Niekoniecznie publicznego — wystarczy notatka w telefonie. Ale jeśli już prowadzimy blog, warto raz na jakiś czas napisać tekst sentymentalny, czysto opisowy, bez porad i wniosków. Dla siebie za 5 lat. Dla nich kiedyś — gdy będą dorośli i zechcą wiedzieć, jakimi byli.

Jak zachować w pamięci codzienność z małymi dziećmi?

Najprostszy sposób: notatka w telefonie z datą i krótkim opisem. Nie filmik (bo filmików się potem nie ogląda), nie zdjęcie (bo zdjęć są tysiące). Słowo. „Hania powiedziała 12 lutego o 17:30, że pachnę naleśnikami". To wystarczy. Drugi sposób: zbieraj fizyczne ślady. Suszony kwiatek od syna w słoiku po ogórkach. Rysunek od córki na lodówce. Trzeci: raz na pół roku napisz dłuższy tekst (na bloga albo do siebie), w którym opisujesz „kim są moje dzieci dziś". Bo za pół roku już będą trochę inni i nie wrócisz do tego, co minęło.

Czy dzieci czują, że mama je obserwuje uważnie?

Tak — i to jest najlepsza forma uwagi, jaką możesz im dać. Dziecko, które widzi, że mama zauważa szczegóły — że kuca przy zerwanym kwiatku, że pamięta wymyśloną melodię, że nie poprawia pomarańczowych włosów na rysunku — uczy się, że jego perspektywa jest ważna. To nie jest „tylko" pochlebianie. To buduje fundament jego poczucia, że jest widziany jako osobny, ciekawy człowiek, a nie jako „dziecko do wychowywania". Drobne potwierdzenia codziennej uwagi są dla dziecka cenniejsze niż jednorazowe wielkie gesty.

Jak rodzeństwo z dużą różnicą wieku (3-4 lata) wpływa na relacje w domu?

Pierwsze dwa lata bywają trudne (pisałam o tym osobno w tekście o rodzeństwie i o różnicy wieku) — starsze dziecko potrafi już wyrazić zazdrość, młodsze odbiera mu zabawki. Ale po tym etapie zaczynają być sobą bardzo zainteresowani. U nas Hania (7) i jej brat (4) są obecnie w fazie, gdy się szukają — pytają o siebie pierwsze rano, dzielą zabawy. Są bardzo różni (ona racjonalna, on emocjonalny), ale to się dopełnia. Ważne, żeby nie wymuszać ich sympatii i nie chronić jednego przed drugim — uczą się relacji najlepiej, gdy mają możliwość rozwiązywać konflikty samodzielnie, w granicach bezpieczeństwa.