Moim zdaniem 15 stycznia 2026 9 min czytania 1 599 wyświetleń

Fajnie być rodzicem — o chwilach ekstazy, których prawie nikt nie opisuje

Wczoraj rano przy zwykłym śniadaniu syn spojrzał na mnie znad jogurtu i powiedział „mamo, kocham cię" — ot tak, bez powodu, bez prośby o nic, bez kontekstu. I nagle pomyślałam, że nikt prawie nie pisze o tym, jaki pakiet ekstazy niesie ze sobą rodzicielstwo. Pora to naprawić.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Przytulna kanapa z miękkim kocem, rozsypanymi zabawkami i książką, ciepłe popołudniowe światło polskiego salonu

Wpisuję w wyszukiwarkę „macierzyństwo" i dostaję trzysta dwadzieścia pięć tekstów o zmęczeniu, wypaleniu, samotności, kryzysach tożsamości i błędach wychowawczych. Wszystkie ważne. Sama pisałam takie. Ale uderzyło mnie, że prawie nikt — ani ja sama do niedawna — nie pisze o tym, jak BARDZO FAJNE jest bycie rodzicem. Nie w sensie „cieszę się, ale". Nie w sensie „są też trudne chwile, jednak". Nie w sensie „oby nie rozbudzić dzieci, póki śpią". Bezpośrednio. Po prostu fajne.

Wczoraj rano przy zwykłym śniadaniu — wtorek, godzina 7:40, kawa w moim kubku ze szczerbą, syn w piżamie z dinozaurami, jogurt na blacie — spojrzał na mnie znad łyżeczki i powiedział „mamo, kocham cię". Tak po prostu. Bez kontekstu, bez prośby, bez rytuału wieczornego na „dobranoc kocham cię". Środek śniadania. Wtorek. Postawiłam kubek na blacie, nachyliłam się, dotknęłam czołem jego czoła i powiedziałam „ja ciebie też, kotku". Usiadłam z powrotem, dopiłam kawę. On wrócił do jogurtu. Życie potoczyło się dalej, jakby nic się nie stało — ale we mnie się stało. Coś bardzo dobrego.

I to mnie skłoniło do napisania tego tekstu. Bo te chwile są — i jest ich więcej, niż się wydaje. Tylko ich nie nazywamy.

Pakiet ekstazy, o którym nikt nie ostrzega

Kiedy przygotowywałam się do urodzenia mojej pierwszej córki, czytałam głównie o trudnościach. Bezsenne noce. Połogi. Hormonalne huśtawki. Trudności z karmieniem. Postpartum depression. Konflikty w związku. To wszystko było — i ważne było, że o tym czytałam, bo dało mi to rzetelny obraz tego, co mnie czeka. Ale prawie nikt mnie nie ostrzegł, jaka cholernie potężna ekstaza wpadnie mi w życie wraz z tym małym dzieckiem.

Nie pisał o niej żaden poradnik. Nie wspominała moja mama (której pokolenie, jak mi się wydaje, nie miało języka na opisywanie zachwytu rodzicielskiego — robiło się rzeczy, nie nazywało ich). Nie mówiły koleżanki, które już urodziły wcześniej, bo zwykle koleżanki opowiadają o trudach (zachwyt brzmi jak chwalenie się). Pierwszy zachwyt mojego życia, który mnie zwalił z nóg, był w trzecim dniu po porodzie z córką, kiedy obudziłam się w nocy, popatrzyłam na nią leżącą obok w łóżeczku, i nagle poczułam, że jest coś, co mnie kocha bezwarunkowo, choć jeszcze nie umie powiedzieć ani słowa. Płakałam tak, jak nigdy w życiu nie płakałam — z czystej radości. Bez powodu. Bez wyjaśnienia. Po prostu z tego, że ona jest.

I to nie był jednorazowy moment. To był pierwszy z pakietu, który niesie ze sobą rodzicielstwo. Pakietu, który mam w domu od siedmiu lat i który mnie wciąż zaskakuje. Każdego tygodnia jakaś nowa chwila spada mi w klatkę piersiową, i mimo, że spodziewałabym się przyzwyczajenia, nie przyzwyczajam się. Każda taka chwila smakuje pierwszy raz.

Pierwszy raz, gdy córka czyta sama książkę

Długo czekałam na ten moment. Hania nauczyła się czytać w zerówce, ale czytała wtedy na głos, dla nas, co było uroczo, ale to nie to samo. Chwilę, której się spodziewałam, była ta, w której wzięłaby książkę, poszła z nią do swojego pokoju i przeczytała sobie sama, w ciszy, dla siebie. Czekałam na to z niecierpliwością bibliotekarza, czekającego na pierwszego czytelnika.

Stało się w marcu, miała wtedy sześć i pół roku. Niedzielne popołudnie, ja w kuchni gotowałam coś z porami, M. czytał gazetę, syn układał klocki na podłodze. Nagle Hania weszła, wzięła z półki „Tytusa" (klasykę z naszej rodzinnej biblioteczki), nic nie powiedziała, poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Po dwudziestu minutach poszłam pod jej drzwi, żeby zobaczyć. Leżała na łóżku, na brzuchu, książka pod łokciami, nogi w powietrzu, jadła oczami strony. Nie zauważyła, że ją obserwuję.

Zamknęłam drzwi cicho i poszłam do kuchni. Stałam nad porami i miałam łzy w oczach. Bo właśnie zobaczyłam, jak moja córka wchodzi w jeden z najpiękniejszych pokoi swojego życia — pokój czytelnika. Znalazła w sobie tę umiejętność, którą będzie miała do końca życia. Będzie czytała w pociągach, w samolotach, w łóżku przed snem, w wakacje na plaży. Tę chwilę widziałam ja — i ona o tym nie wiedziała.

O podobnym uczuciu obserwowania dzieci pisałam wcześniej w tekście o tym, że we dwoje raźniej — bo bywa, że najpiękniejsze chwile rodzeństwa też podglądamy bez ich wiedzy.

Kąpiel po długim dniu

Klasyka. Rytuał, który u nas trwa już siedem lat. Wieczór, około 18:30, ja stoję w łazience, woda leje się do wanny, dorzucam płatków pianowych (bo „mamo, dlaczego pianka jest taka mała, dolejcie więcej"), i ujawnia się najlepszy moment dnia. Oboje dzieci, w skarpetkach, biegną do łazienki, rozbierają się ze śmiechem, wskakują do wanny, piszczą z radości.

Ich śmiech w tej wannie jest najlepszą muzyką świata. Nie żartuję. Cokolwiek by mi w życiu graniło z głośników, nie pobije bezgrzesznego śmiechu czterolatka i siedmiolatki w wannie z bańkami pianowymi. Hania robi mu fryzury z piany. Syn udaje krokodyla, który zjada nogę Hani. Hania udaje, że jest księżniczką wymyślającą antygromy. Syn rzuca w ścianę gąbką w kształcie żółwia. Stoję obok, przy zlewie, teoretycznie pilnuję, żeby się nie zalali, ale faktycznie słucham. Bo wiem, że za pięć lat już nie będą się tak razem kąpać — Hania pójdzie do osobnej łazienki, syn będzie się kąpał sam, śmiech zostanie w dwóch oddzielnych pokojach.

Więc słucham. Cieszę się, że jestem tu, w tej łazience, ze zmęczonymi nogami, z włosami w kucu, z rękawami od pulowera już mokrymi po łokcie. To jest piękne. Po prostu piękne. Nie ma w tym ironii. Pokolenie naszych mam nie umiało tego nazwać, więc napiszę to za nie: kąpiel dwojga dzieci po długim dniu jest jednym z najlepszych przeżyć dorosłego człowieka. Z ręką na sercu. Polecam.

Kiedy dziecko śpi w samochodzie

Można się ze mnie śmiać, ale to też jest piękne. Wracamy z weekendu u babci, droga długa, dwie godziny. Pierwszą godzinę dzieci jeszcze rozmawiają z tylnego siedzenia, rzucają komentarze typu „mamo, dlaczego tamten samochód jest pomarańczowy", a potem stopniowo cichną. Najpierw zasypia syn — głowa opada w bok, na brata buty, mała ręka zwisa, pluszowy kotek zsuwa się z fotelika. Potem Hania — jej wzrok się rozjaśnia, milknie w pół zdania, oczy mrużą się, w końcu zamykają.

W samochodzie zostajemy my dwoje — ja i M. (jeśli wracamy razem). Albo ja sama (jeśli wracam sama). Cisza. Cisza, która jest nagrodą po dniu pełnym dziecięcego gwaru. Włączam radio cicho, zwykle Trójkę albo Drugą, nie żeby słuchać, tylko żeby było w tle. I patrzę przez chwilę w lusterko na ich śpiące twarze. Rzęsy. Półotwarte usta. Zaciśnięte rączki na pluszach. Bezbronne, ufne, kompletne.

W tej chwili myślę najczęściej dwa zdania. Pierwsze: „dziękuję, że istnieją". Drugie: „dziękuję, że istnieję ja, żeby ich obserwować w tej chwili". Z głębin samochodu lecimy dalej, autostradą, w stronę domu, w którym za godzinę zaparzę herbatę i odprowadzę ich do łóżek. I to też jest pięknie. Ten dojazd. Ta cisza. Ta świadomość, że są.

Pierwszy raz, gdy syn powiedział „mama"

Pamiętam każde pierwsze słowo obojga moich dzieci. Hania powiedziała „tata" pierwsze — to typowe, łatwiejsza fonologia. Syn powiedział „mama" pierwsze — co zawiązało we mnie poczucie wybrańca przez sześć dni, dopóki nie powiedział też „tata" i nie wyrównało się.

Ale pamiętam konkretny moment tego „mama" u syna. Miał wtedy dziewięć miesięcy, siedział na podłodze w salonie, otoczony klockami. Ja w kuchni gotowałam zupę. Nagle z salonu doszedł czysty, świadomy głos: „maaama". Zatrzymałam mieszanie. Stanęłam. Zawołałam, jakbym się spóźniała na dworcu: „zaraz, kochanie!". Wbiegłam do salonu. Syn siedział wśród klocków, patrzył na mnie i się uśmiechał — triumfalnie, jakby wiedział, że właśnie powiedział słowo, które otwiera mu drzwi do mojej uwagi.

Ja prawie się rozpłakałam nad jego głową. Bo wiedział, że ja jestem mama. Bo zawołał mnie po imieniu po raz pierwszy w życiu. Bo odtąd, kiedy w pokoju jest dziecko płaczące, mam wiedzieć, że to mnie konkretnie wzywa. Słowo „mama" w ustach własnego dziecka jest jednym z najgłębszych dźwięków, jakie usłyszysz w życiu. Nie żartuję. Polecam.

Kiedy dziecko cię broni

Maj ubiegłego roku. Sklep spożywczy w naszym miasteczku. Sobota rano. Ja, Hania (sześć lat wtedy) i syn (trzy). Jakaś starsza pani w kolejce zaczęła komentować, że „dziewczynka tak wysoka, a jeszcze takie dziecinne lalki kupuje". Ja byłam akurat zajęta wkładaniem bananów do siatki, więc nie zareagowałam od razu. Hania zareagowała pierwsza. Spojrzała na panią i powiedziała spokojnie: „a pani lubi mówić obcym ludziom, co powinni kupować w sklepie?".

Zapadła cisza. Pani się obraziła. Ja patrzyłam na moją sześcioletnią córkę z otwartymi ustami i z dumą, której nie umiałam ukryć. Hania nawet się nie uśmiechnęła, po prostu wróciła do układania kasie naszych zakupów. Wyszłyśmy ze sklepu. W samochodzie powiedziałam jej: „Hania, byłam dziś z ciebie dumna". Spojrzała na mnie zdziwiona: „dlaczego, mamo, ona przecież była niegrzeczna". No właśnie.

Ten moment — kiedy dziecko, które dotąd ja broniłam zawsze i wszędzie, nagle broni mnie i samo siebie — jest punktem zwrotnym macierzyństwa. Pierwszy raz widzisz, że twoje dziecko ma już wewnętrzny szkielet, który ty tam zbudowałaś przez sześć lat. Stoi prosto. Mówi „nie". Reaguje na chamstwo. Nie boi się reakcji. I chwila tego widzenia jest nagrodą za wszystkie noce nieprzespane, wszystkie krzyki o butach, wszystkie wieczory, gdy ci się wydawało, że źle robisz.

O tym samym mechanizmie pisałam w refleksji o tym, że moja córka czasem widzi mnie wielką, gdy ja siebie nie widzę — bo to działa też w drugą stronę. Dziecko staje się świadkiem twojej dobrej pracy dopiero, kiedy samo zaczyna pracować jak ty. Wtedy dopiero rozumiesz, co zostało zaszczepione.

Niedzielne leniwe poranki

Niedziela, godzina 9:30. Najczęściej najfajniejsza pora w naszym tygodniowym kalendarzu. Wszyscy w łóżku. M. śpi jeszcze, ja piję pierwszą kawę leżąc, dzieci wpadają do nas po kolei — najpierw syn (bo wstaje wcześniej), potem Hania (bo lubi pospać). Zmieścimy się czworo na małżeńskim łóżku, które ma już ślad każdego z nas — wgłębienie po mojej stronie, wgłębienie po stronie M., dwa małe doliny tam, gdzie zwykle siadają dzieci.

Leżymy. Czytamy razem książki. Hania czyta nam (od kilku miesięcy odwracamy role i ona głośno czyta nam baśnie). Syn układa małe samochody na pościeli. M. głaszcze mnie po włosach, ja głaszczę go po ramieniu. Nikt nigdzie nie idzie. Nikt nikogo nie nagli. Jest niedziela, jest leniwie, jest cieplo, jest dobrze.

Takich poranków mamy w roku może czterdzieści. Trzeba odjąć te, gdy ktoś chory. Te, gdy weekend zajmują wycieczki. Te, gdy syn wstaje o szóstej i nie ma sensu już wracać do łóżka. Czterdzieści leniwych niedzielnych poranków rocznie — to jest cały prezent rodzicielstwa, który dostaję raz w tygodniu, gratis, bez żadnego wysiłku z mojej strony. Wystarczy, że w niedzielę nie planuję rzeczy o 9:00. To wszystko.

O podobnym celebrowaniu codzienności pisałam więcej w tekście o złotych myślach z notesu kuchennego — bo te cztery niedziele i każdy z tych poranków to konkretny punkt na liście rzeczy, dla których warto żyć.

Pamiątki, których nikt nie kupuje, ale każda jest cenniejsza

Mam pudełko w szafie, na półce w pokoju, do którego wkładam rzeczy. Nie zabawki. Nie ubrania (te idą do siostrzeńców albo do skrzynki z pamiątkami). Wkładam tam rzeczy konkretne — pierwszy ząbek Hani, który wypadł, zachowany w kopercie z datą. Pierwszy rysunek syna, który da się rozpoznać jako „człowiek". Liściki, które Hania pisała mi w pierwszym roku szkoły — „kocham cię mama, jak słońce kocha kwiaty" (literówki celowo zostawiam). Bilet do teatru z naszej pierwszej wspólnej wizyty na bajce. Strzęp pierwszego śpioszka syna, w którym wracał ze szpitala.

Te rzeczy mają więcej wartości niż całe moje wyposażenie domu. Nie kupiłam żadnej z nich. Wszystkie są dane mi przez moje dzieci, niesvyświadomie. Nie wiedzą, że je tam mam. I gdyby kiedyś dom się palił, tego pudełka pilnowałabym w pierwszej kolejności.

To też jest fajna strona rodzicielstwakolekcjonowanie pamiątek, których nikt inny ci nie da. Bezdzietni przyjaciele kolekcjonują podróże, książki, porcelanę. Też pięknie. Ale te rzeczy się da kupić. Mojego pierwszego liściku od córki nie da się kupić. Tej kartki nie ma w żadnym sklepie. Ona istnieje tylko u mnie i tylko dlatego, że wybrałam być jej mamą. To jest waluta nieobiegowa. Posiadam ją tylko ja.

Bez ironii, bez oby-nie-rozbudzić, bez „ale"

Kończę ten tekst bez nazywania na koniec rzeczy trudnych. Bo w innych tekstach o nich piszę. Tu chciałam, żeby było tylko o tym, co fajne. Bez równoważenia. Bez ironii. Bez „oby nie rozbudzić dzieci, póki śpię i piszę o tym". Po prostu o pakiecie ekstazy, który jest. Każdego dnia. Trzeba go umieć zauważyć — tak jak trzeba umieć zauważyć katar na początku, żeby postawić bańki na czas — ale jest, czeka, gotowy do odbioru.

Fajnie być rodzicem. Nie w sensie marketingowym. Nie w sensie influencerskim. Po prostu — naprawdę fajnie. Codziennie spadają nam w klatkę piersiową fragmenty, których nigdzie indziej nie dostaniemy. Zwykłe „kocham cię" przy śniadaniu. Pierwsze samodzielnie przeczytane Tytusy. Śmiech dwojga w wannie. Ciche oddychanie w samochodzie po wizycie u babci. Nieśmiałe „mamo, byłaś dziś dla mnie wielka". Pakiet, jak go nazwałam.

O tym pakiecie pisałam też dyskretnie w refleksji o tym, że lubię swoje dzieci, czasem — bo czasem znaczy, że innym razem nie, ale czasem też znaczy, że bywają chwile, w których lubię je tak mocno, że klatka piersiowa się prawie rozpada. I to są właśnie te chwile. Te, dla których cała reszta tego trudu jest zwycięstwem, nawet wtedy, kiedy się wydaje porażką.

Więc jeśli masz dziś gorzej — pamiętaj. Twój pakiet też się otworzy. Może jutro przy śniadaniu. Może w niedzielę przy leniwym poranku. Może wieczorem, gdy będziesz patrzeć w lusterku na ich śpiące buzie po dniu, który ledwo ci się wydaje, że przeżyłaś. Pakiet jest twój. Czeka na ciebie. Nikt go ci nie odbierze, póki dzieci są twoje. A są.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dlaczego tak mało blogów pisze o radosnych stronach rodzicielstwa?

Bo trudy są łatwiejsze do nazwania niż zachwyty. Pokolenie naszych mam robiło zachwyty, ale nie miało języka na ich opisanie — uchodziło za chwalenie się albo za bagatelizowanie trudów. Dodatkowo trudności mają konkretne objawy (zmęczenie, krzyk, frustracja), a radość przychodzi w mikroformatach (sekunda przy śniadaniu, spojrzenie w lusterku w samochodzie) — i te mikroradości łatwo przegapić, jeśli się ich aktywnie nie zauważa. Czas to zmienić.

Czy „pakiet ekstazy" rodzicielstwa to nie jest idealizowanie?

Nie, jeżeli pisze się o nim po latach prawdy o trudnościach. Idealizowanie to ukrywanie złych stron. Mówienie o dobrych — kiedy złe się też uczciwie nazywa — to równowaga, nie idealizm. Ja od lat piszę o krzykach, kryzysach, zmęczeniu. Tym tekstem celowo dorzucam do bilansu drugą stronę, żeby nie utopić matek w samych trudnościach. Macierzyństwo bez ekstazy to nieprawdziwe macierzyństwo — tak samo jak bez trudów.

Jak nauczyć się zauważać piękne chwile w codzienności z dzieckiem?

Po pierwsze — zwolnić. Mikroradości giną w pośpiechu. Drugie — zatrzymywać się sekundę dłużej, kiedy dziecko coś mówi (typu „mamo, kocham cię" przy śniadaniu) — postawić kubek, popatrzeć, dotknąć czoła. Trzecie — prowadzić jakiś prosty katalog wdzięczności, choćby w głowie, na koniec dnia: co dziś było pięknego z dziećmi. Po miesiącu zaczyna się widzieć więcej. Czwarte — fotografować, ale nie do internetu. Tylko dla siebie. Jedno zdjęcie dziennie jako kotwica pamięci.

Co zrobić, gdy nie czuję radości z bycia rodzicem?

Najpierw — nie obwiniaj się. Brak radości to często sygnał wyczerpania, nie „złej matki". Sprawdź proste rzeczy: czy śpisz wystarczająco, czy jesz, czy masz choć pół godziny dziennie dla siebie. Jeżeli stan utrzymuje się tygodniami, mimo zadbania o podstawy — porozmawiaj z lekarzem rodzinnym lub psycholog. Może to być depresja poporodowa lub wypalenie rodzicielskie, oba są realnymi stanami i oba są leczalne. Radość wraca — ale czasem trzeba pomocy specjalisty, żeby się odpaliła.