Moim zdaniem 22 listopada 2024 6 min czytania 2 318 wyświetleń

Lubię swoje dzieci. Czasem. Bo kochać a lubić to dwie różne rzeczy

Kocham swoje dzieci nieskończenie. Ale nie zawsze je lubię — to dwie różne rzeczy, i zrozumienie tej różnicy uratowało mi macierzyństwo. Tekst, którego prawdopodobnie nie powinnam pisać, bo internet się oburzy. Ale piszę, bo komuś z Was może uratować spokojny wieczór.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Rozsypane zabawki, kubek herbaty na blacie kuchennym, chaos w salonie polskiego domu, soft natural light

Wczoraj o 17:42 stałam w kuchni z kubkiem zimnej już herbaty i myślałam dosłownie tymi słowami: „boże, nie lubię dziś tego dziecka". Mówię o moim czterolatku. O tym samym chłopcu, na którego widok rano w łóżeczku wzrusza mnie do łez prawie codziennie. O tym samym dziecku, za które rzuciłabym się pod tira bez sekundy wahania. A jednak — wczoraj o 17:42 — go nie lubiłam. Kochałam, ale nie lubiłam. I ta dwoistość mnie już nie przeraża, choć kiedyś by mnie zniszczyła.

Do zrozumienia różnicy między kocham a lubię dochodziłam latami. Internet się oburzy, ktoś napisze w komentarzu, że jestem złą matką, znajda się też tacy, którzy odetchną z ulgą, że nie tylko oni. Piszę dla tych drugich. Pierwszych i tak nie przekonam.

Kochać a lubić — nie to samo

Miłość rodzicielska to coś bezwarunkowego, biologicznego, dzikiego. Pojawia się w momencie porodu (albo, jak u mnie z synem — kilka tygodni później, i to też jest temat na osobny tekst) i nie da się jej już wyłączyć. Mogę być wkurzona, zmęczona, wykończona — i nadal kocham. Miłość nie pyta, czy ma być.

Sympatia jest czymś innym. Sympatię się czuje wobec konkretnej osoby w konkretnym momencie. Wobec konkretnego zachowania. Jest dynamiczna, zmienna, ulotna — i całkowicie naturalna, że się waha. Tak jak nie lubisz wszystkich kolegów z pracy mimo, że ich szanujesz, tak nie zawsze lubisz własne dziecko, mimo że je kochasz. Po prostu są dni, kiedy konkretne dziecko jako konkretny człowiek cię irytuje. I to jest OK.

Problem polega na tym, że nikt nam tego nie powiedział. Macierzyństwo zostało nam sprzedane jako pakiet emocjonalny, w którym wszystko się ma godzić — kochasz, więc lubisz, lubisz, więc kochasz. A jeśli czasem nie lubisz, to znaczy, że gdzieś popełniłaś błąd, że trzeba więcej terapii, więcej attachment parenting, więcej self-care. Bzdura. Nie ma takiego błędu. Po prostu jesteś człowiekiem, twoje dziecko jest człowiekiem, a relacje między dwoma ludźmi rzadko są równo różowe.

Dni, gdy syn mnie wkurza tak, że marzę o ucieczce

Mam czterolatka. Krzyczy. Rzuca się na podłogę. Domaga się rzeczy, które nie istnieją — typu „chcę żółty samochód, ale taki, jak miałem wczoraj, ale czerwony". Kopie ścianę, kiedy nie dostaje jogurtu pitnego o 7 rano. Wyje, kiedy mu zakładam buty. Wyje, kiedy mu nie zakładam butów. Powtarza pytanie „dlaczego" z taką częstotliwością, że niedawno usłyszałam je we śnie.

Są tygodnie, w których próbuję go nauczyć korzystania z toalety, a on mnie próbuje nauczyć cierpliwości — i obie nauki idą fatalnie. Są wieczory, gdy zamykam się w łazience na trzy minuty, otwieram okno, oddycham głęboko i myślę dosłownie: „gdybym tu nie wróciła, czy ktokolwiek by zauważył przed kolacją?". Wracam, oczywiście. Robię kolację, czytam mu książkę, kładę spać. Następnego ranka znów go wzruszam się jego ciepłą, śpiącą buzią. Cykl się zaczyna od nowa.

Czy go kocham? Nieskończenie. Czy go w te wieczory lubię? Absolutnie nie. Czy to znaczy, że jestem złą matką? Nie. To znaczy, że jestem matką prawdziwą.

Dni, gdy córka jest moją dorosłą koleżanką

Z siedmiolatką jest inaczej. Ona już ma osobowość, własne zdanie, ironię, poczucie humoru. Rozmawiamy jak dwie kobiety w różnym wieku. Czasem lubię ją bardziej niż większość ludzi, których znam. Patrzymy razem na ptaki przez okno, ona mówi coś mądrego ponad swój wiek, i ja siedzę i myślę: jaka ja mam szczęściarą.

A potem są dni, kiedy ta sama córka tupie nogą, krzyczy, że nienawidzi szkoły, rzuca plecakiem o podłogę i mówi mi „mamo, ty mnie nie rozumiesz" w tonie, który zna każda matka siedmiolatki. I w tej chwili jej nie lubię. Kocham — to się nie zmienia. Ale ta konkretna, ironiczna mała kobieta, która właśnie tupie na mnie nogą, jest mi zwyczajnie obca. Niewygodna. Drażniąca.

I tu zaczyna się rzecz najtrudniejsza, której nikt nas nie nauczył: trzeba tę różnicę umieć w sobie objąć, nie tłumić, nie udawać, że jej nie ma. Bo udawanie kosztuje więcej niż otwarte przyznanie sobie, że dziś — w tym konkretnym momencie — moja córka mnie wkurza.

Jogosfera, czyli dlaczego macierzyństwo wygląda tak fałszywie w internecie

Mam swoją prywatną nazwę na to wszystko: jogosfera. To ta blogowa, instagramowa bańka matek, w której każde śniadanie jest mindful, każdy spacer to wellness, a każde dziecko to mała oświecona istota w lnianych ubraniach. Jogosfera nie ma miejsca na zdanie „nie lubię dziś swojego dziecka" — bo to zdanie nie pasuje do estetyki. Pasują tam tylko ciepłe światło, rumiana mama na drewnianej podłodze i dziecko, które uśmiecha się do plasterka awokado.

Długo dawałam się jogosferze nabierać. Czytałam te blogi, oglądałam te konta, porównywałam siebie do tych mam — i czułam się gorszą matką. Bo u mnie nie było ciepłego światła; u mnie było rzucone na podłogę pierogi i wrzask, że „nie chcę takich z mięsem". U mnie nie było mindful breakfast; u mnie było zjedzenie kanapki dziecka stojąc, bo nie miałam czasu na własną.

Dziś wiem, że jogosfera to nie macierzyństwo, to teatr macierzyństwa. Reżyserowany, oświetlony, kadrowany. Prawdziwe macierzyństwo wygląda jak mój wczorajszy wieczór: zimna herbata, niedoprasowane pranie na krześle, czterolatek krzyczący w pokoju obok i ja — kochająca, ale niezbyt go w tej chwili lubiąca. Tyle. To jest cała prawda.

Nawet rozumiem ludzi, którzy „nie lubią dzieci"

Muszę napisać jeszcze jedną rzecz, która niektórych zdenerwuje. Rozumiem ludzi, którzy w ogóle nie lubią dzieci. Sama bywałam taka, zanim urodziłam. Krzyczące w samolocie? Uciekałam do tylnego rzędu. Biegające po restauracji? Wzdychałam. Pytające bez końca? Zabijaj. Byłam typowo nietolerancyjną dwudziestoparolatką, która uważała, że dzieci powinny być cicho, zorganizowane i niewidzialne aż do osiągnięcia pełnoletności.

Urodziłam i wszystko się zmieniło — moje dzieci stały się centrum mojego świata. Ale wcale nie zmieniło się to, że dzieci jako gatunek nadal bywają trudne dla obcych ludzi. Krzyk dziecka w restauracji nadal jest dla mnie trudny, choć teraz wiem, że to po prostu dziecko, które jest zmęczone, głodne, znudzone, pełne emocji większych niż jego ciało. Przepraszam każdą bezdzietną osobę, która siedzi obok mojego syna w restauracji — wiem, że dla ciebie to nieprzyjemne, i wcale nie uważam cię za potwora.

Ludzie, którzy mówią „nie lubię dzieci", nie są źli. Po prostu mają inny układ nerwowy i inne preferencje. Lepiej, żeby uczciwie tego nie ukrywali, niż żeby udawali sympatię i mieli dzieci, których nie chcieli. Świat byłby zdrowszy, gdybyśmy zrezygnowali z presji „każda kobieta musi chcieć dzieci". Zrezygnowali też z presji „każda matka musi zawsze lubić swoje dzieci".

Co daje to przyznanie się — sobie i innym

Kiedy pierwszy raz powiedziałam głośno do M., w kuchni, ze szczerym zmęczeniem w głosie: „nie lubię dziś naszego syna", M. spojrzał na mnie spokojnie i powiedział „ja też nie. Idź pobiegaj." I to było uzdrawiające. Nazwanie tego, że nie zawsze lubię swoje dziecko, nie zniszczyło mojej miłości do niego — uwolniło ją. Bo miłość, która musi udawać sympatię cały czas, robi się ciężka, sztuczna, męcząca. Miłość, która ma prawo nie lubić, jest lekka i prawdziwa.

Umiem dziś powiedzieć dziecku — nawet córce, która już rozumie — „kocham cię ogromnie, ale w tej chwili wkurzasz mnie, daj mi 10 minut". To nie jest zawiódka emocjonalna; to jest lekcja, że ludzie potrafią kochać się i jednocześnie potrzebować chwili oddechu od siebie. Daję jej tym językiem narzędzie, którego ja nie miałam jako dziecko — wtedy się tłumiło wszystko, udawało, że się zawsze wszystkich lubi.

Jeśli mierzysz się z podobnym obciążeniem, polecam Ci mój tekst o sile matki, gdy brak jej zasobów, refleksję o trudnym ojcostwie i partnerstwie, oraz tekst o bliskości, której uczy się sama, choć sama jej nie dostała — bo te kawałki się ze sobą łączą.

Macierzyństwo nieidealne to jedyne prawdziwe

Na koniec coś, co zatrzymałam sobie na ścianie kuchni, na żółtej karteczce, którą zaklejałam już dwa razy, kiedy odpadała: dziecko, które zna tylko zachwyconą wersję swojej matki, nie zna prawdziwej matki. Dziecko, które widzi mamę zmęczoną, czasem zirytowaną, czasem zachwyconą, czasem proszącą o pięć minut spokoju — uczy się, że ludzie są pełni różnych emocji i że to nie jest powód do paniki. Uczy się, że można kogoś kochać i czasem nie lubić, że obie te rzeczy mogą żyć obok siebie.

Wolę mieć dzieci, które wyrosną świadome, że ich mama była człowiekiem, niż dzieci, które dorastając usłyszą prawdę i poczują się oszukane. Wybieram szczerość — także tę, która kosztuje mnie czasem komentarz w internecie, że jestem złą matką. Nie jestem. Jestem matką prawdziwą. A to jest, jak na życiowy bilans, więcej niż wystarczająco.

Dziś rano zrobiłam synowi naleśniki, on objął mnie nogami w pasie i powiedział „mama jesteś moja". I lubię go znowu. Tak po prostu. Jutro go pewnie chwilowo nie polubię. Pojutrze znów polubię. Tak działa miłość, kiedy się jej pozwoli oddychać.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Czy można nie lubić własnego dziecka i nadal być dobrą matką?

Tak. Kochać i lubić to dwie różne rzeczy. Miłość rodzicielska jest bezwarunkowa i biologiczna — nie wyłączasz jej. Sympatia jest dynamiczna i konkretna, dotyczy konkretnego człowieka w konkretnym momencie. Możesz kochać swoje dziecko i jednocześnie nie lubić go w danym wieczorze, kiedy krzyczy i kopie ścianę. To nie jest dowód złego macierzyństwa — to dowód uczciwości.

Co zrobić, gdy mam dni, że marzę o ucieczce od własnych dzieci?

Po pierwsze — przyznaj się do tego sobie, nie tłum. Po drugie — daj sobie realnie chwilę oddechu (nawet 10 minut w łazience z otwartym oknem). Po trzecie — powiedz partnerowi szczerze, czego potrzebujesz. Te myśli są bardzo częste wśród matek małych dzieci i nie świadczą o niczym poza zwykłym zmęczeniem człowieka, który opiekuje się drugim człowiekiem 24/7.

Czym jest "jogosfera" i dlaczego mama tego unika?

Jogosfera to moja prywatna nazwa na blogowo-instagramową bańkę idealizującą macierzyństwo — gdzie każde śniadanie jest mindful, każdy spacer to wellness, a dziecko zawsze uśmiecha się do plasterka awokado. Jogosfera to teatr macierzyństwa, nie macierzyństwo. Reżyserowane, oświetlone, kadrowane. Porównywanie się do niej kończy się poczuciem, że jesteś gorszą matką — choć po prostu masz prawdziwe życie zamiast scenografii.

Czy szczerość przed dzieckiem ("wkurzasz mnie, daj mi chwilę") nie szkodzi?

Wręcz przeciwnie. Daje dziecku narzędzie, którego my, dorośli z poprzedniego pokolenia, nie mieliśmy: wiedzę, że ludzie mogą się kochać i jednocześnie potrzebować chwili oddechu od siebie. Dziecko, które zna pełnowymiarową wersję swojej mamy (zmęczoną, zachwyconą, zirytowaną, czułą), uczy się, że emocje są zmienne i normalne. Ważne tylko, żeby tę szczerość przekazywać spokojnym tonem, bez krzyku i bez obwiniania.

Co odpowiedzieć ludziom, którzy mówią "nie lubię dzieci"?

Nic złego — to ich prawo. Lepiej, żeby uczciwie tego nie ukrywali, niż żeby udawali sympatię i mieli dzieci, których nie chcą. Sama przed urodzeniem córki należałam do osób, które wzdychały, kiedy słyszały płacz dziecka w samolocie. Rozumiem ich. Lepszy świat to taki, w którym nie ma presji na posiadanie dzieci i nie ma presji na ciągłe "lubienie" swoich dzieci, gdy się je już ma.