Motywacja 18 października 2024 7 min czytania 2 044 wyświetlenia

Doceń ojca — 90 minut na jogosferze i wszystko, czego nie zauważałam o M.

Wracałam z Jogosfery przez ciemny park, z jeszcze rozluźnionymi ramionami i zapachem kadzidła w sweterku. W oknie naszej kuchni paliło się światło. M. siedział nad rozsypanymi klockami, syn spał na fotelu, córka kończyła rysować dom. I dotarło do mnie, że ja po raz setny biorę te 90 minut za pewnik.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Ręce ojca i małego dziecka układające drewniane klocki na podłodze w domowym świetle

Nie wiem, co było w tym powietrzu w parku. Może wieczór, może to, że pierwszy raz tej jesieni nie marzły mi ręce, może że chwilę wcześniej leżałam dwadzieścia minut w savasanie i pierwszy raz od lat naprawdę nic nie myślałam. W każdym razie szłam do domu wolno, bez pośpiechu, bo nikt na mnie nie czekał z napadem złości — M. był z dziećmi i wiedziałam, że jest dobrze.

I nagle pomyślałam: kiedy ostatnio mu podziękowałam za to, że tam siedzi? Nie ogólnikowo, nie po roku przez SMS-a „dzięki za wszystko". Konkretnie — za ten wieczór, za to, że jest sam z dwójką dzieci, kąpie je, kładzie spać, ogarnia bałagan po obiedzie, czyta bajkę na noc, a ja w tym samym czasie mam swoje 90 minut wolności. Odpowiedź brzmiała: nigdy. Nigdy mu konkretnie nie podziękowałam. Bo to przecież normalka.

Jak weszła do mojego życia Jogosfera

O Jogosferę zaczepiłam mnie koleżanka z biegania, jesienią dwa lata temu. „Magda, chodź na jogę, to ci dobrze zrobi po tych kilometrach". Ja, sceptyczka rzeczy, które się robi pod nazwą „dla siebie", machnęłam ręką. Trzy razy się wykręciłam, czwarty raz poszłam, bo była zima i biegać mi się nie chciało. I zostałam.

Klub mieści się w starym domu kultury, w sali, która kiedyś była salą gimnastyczną dla seniorów. Drewniana podłoga skrzypi. Na ścianach mandale i jeden plakat Jogosfera — joga dla każdego ciała. Nauczycielka, Hania, ma 50 lat, mówi spokojnie, czasem śmieje się z siebie samej, nigdy nie używa słowa „intencja". Po pierwszym razie wyszłam z tego pomieszczenia z poczuciem, że ktoś mi coś otworzył w klatce piersiowej. Zapisałam się na karnet następnego dnia.

Karnet to dwa razy w tygodniu po 90 minut. Wtorek 19:30, czwartek 19:30. M. się zgodził od razu, bez gadania. „Idź, ja się zajmę". I zajmuje się. Każdy wtorek, każdy czwartek, od dwóch lat — z drobnymi przerwami na grypę, wakacje, święta. Sto kilkadziesiąt wieczorów, w czasie których on jest sam z dziećmi, a ja siedzę z nogami w pół-lotosie i patrzę w sufit.

Czego konkretnie M. tam robi, kiedy mnie nie ma

Kiedy zaczęłam świadomie liczyć, zrobiło mi się głupio. Bo nie chodzi o to, że M. „opiekuje się" dziećmi. To słowo, które używamy potocznie, nie oddaje sprawy. Spiszmy uczciwie, co on robi w te 90 minut, kiedy ja jestem na jodze:

  • Karmi obiadem (czyli odgrzewa, kroi, sadza, namawia syna na trzy łyżki marchewki, sprząta po, zmywa).
  • Kąpie obojga. Tak, w jednej wannie. Tak, ze wszystkim, co się z tym wiąże — szampon, włosy, łzy syna, gdy mu woda wpadnie do oczu.
  • Czyta bajkę każdemu osobno, bo córka chce „Wieczór wesołego ducha", a syn — Bobasy po raz pięćset czterdziesty.
  • Kładzie spać, czyli zostaje pół godziny w pokoju syna, który nigdy nie zasypia od razu.
  • Sprząta kuchnię po obiedzie, bo wie, że jak wrócę zmęczona po jodze, to mnie dobije widok bałaganu.
  • Składa pranie czasem, jeśli zostało rozwieszone.
  • Robi sobie herbatę i siada na 15 minut z książką, jeśli wszystko poszło sprawnie. Ten ostatni punkt zauważyłam dopiero w styczniu, po dwóch latach.

To jest lista konkretów. To nie jest „opieka". To jest pełna obsługa wieczornego bloku rodziny, z wszystkimi mikrodecyzjami, mikroirytacjami, mikrostresami. Sześćdziesiąt razy w roku, przez dwa lata. Sto dwadzieścia takich wieczorów. I ani razu nie powiedział, że go to męczy. Ani razu nie zaproponował, żebym poszła rzadziej. Ani razu.

„Robię wszystko sama" — pułapka, w którą wpadałam

Wiele razy w trakcie tych dwóch lat, w gorszych dniach, łapałam się na myśleniu — robię tu wszystko sama. Brzmi to znajomo? To jest klasyczna pułapka zmęczonej mamy, w której utykamy wszystkie. „Nikt mi nie pomaga", „wszystko na mnie spada", „M. tylko siedzi i patrzy". Te zdania potrafią się odpalać w głowie automatycznie, gdy jesteś zmęczona, niewysypana, sfrustrowana.

Prawda jest taka, że M. nie tylko siedzi i patrzy. M. odprowadza córkę do przedszkola w środy i piątki, bo jest blisko jego pracy. M. robi zakupy w czwartki, z listy, którą piszę. M. nigdy w życiu nie zapomniał o szczepieniu syna — bo to on prowadzi ich kalendarz medyczny, nie ja. M. dzwoni do dziadków z dziećmi co niedzielę, bo wie, że bez tego nie będzie kontaktu. M. składa łóżko po wizycie babci, bo wie, że babcia rozkłada nieswoje sprawy.

Ale te rzeczy są niewidzialne, bo robią się w tle. Nie ma nad nimi rozmów, nie ma planów, nie ma negocjacji. M. po prostu robi. I właśnie to po prostu robi sprawia, że łatwo to przeoczyć. Niewidzialna praca ojca jest jak wodociągi w domu — niezauważana, dopóki nie pęknie rura. Gdy działa — normalka. Gdy zniknie na tydzień (M. miał grypę w listopadzie) — pełne uświadomienie sobie, ile robił.

Wracając z Jogosfery — moment uświadomienia

Wróćmy do tego wieczoru z parku. Wracałam i myślałam o tym wszystkim. Sto dwadzieścia wieczorów. Sto dwadzieścia razy M. sam zajmował się dziećmi, żeby ja miała 90 minut spokoju. To jest to, co buddyści nazywają darem, ale powiedziane mniej napuszenie: on mi daje czas. Czasem otwarcie, czasem milczeniem. I ja go biorę, bo go potrzebuję, ale nie zauważam, że ktoś mi go daje.

Weszłam do domu, zdjęłam buty, weszłam do kuchni. M. siedział nad rozsypanymi klockami, jak napisałam na początku. Powiedziałam mu „dzięki, że jesteś" i pocałowałam go w czubek głowy. Spojrzał z lekkim zdziwieniem („coś się stało?") i wrócił do klocków. Ale ja widziałam, że uśmiechnął się, gdy odwróciłam się do garnków. Małe gesty docenienia robią więcej, niż przypuszczamy. Nie trzeba kazania.

Od tego wieczoru postawiłam sobie zasadę: za każdym razem, gdy wracam z Jogosfery, konkretnie dziękuję. Nie „dzięki za wszystko", tylko „dzięki, że dziś wykąpałeś dzieci" albo „widziałam, że posprzątałeś kuchnię, dziękuję ci". Konkrety. Bo konkrety widać. Ogólniki giną.

Gdzie czasem M. zawodzi — bo bez idealizowania

Nie chcę, żeby ten wpis brzmiał jak laurka. M. zawodzi, jak każdy. Po dwunastej w nocy nie obudzi się do dziecka — zawsze ja. Z tego nigdy nie zrobię mu zarzutu, bo to jest temat, w którym nie wygramy. Ale jest faktem.

Skarpetki w fotelu — klasyk. Kubki na stoliku — klasyk. Pranie, które rozwiesi tak, że muszę je przewieszać, bo skurczy się szukane na maxa — klasyk. Drobne sprawy, które po dziewięciu latach małżeństwa już mnie nie wkurzają, ale wciąż istnieją.

Gorszy zarzut: czasem M. znika w pracy. Nie fizycznie — emocjonalnie. Ma intensywny tydzień, dochodzi do domu, je, kładzie się na kanapie, ja siedzę przy stole z dziećmi i czuję się sama w tym samym pomieszczeniu, w którym on jest. Te wieczory są trudne. Nie zdarzają się często, ale gdy są — boli. Wtedy rozmawiamy. Czasem pomaga, czasem trzeba dwóch rozmów. Ale to nie jest temat, który ucieka pod dywan.

O partnerstwie pisałam więcej w tekście o tym, jak nie bać się bliskości — bo to są fundamenty, na których stoi cała ta cisza w domu po dziewiątej wieczorem.

Konkretne sposoby docenienia ojca — nie laurki

Gdy zaczęłam o tym myśleć, spisałam sobie kilka konkretów, które M. lubi i które u nas działają. Może komuś się przydadzą, choć każdy partner jest inny:

  • Dziękowanie konkretem, nie ogólnikiem. „Dziś wykąpałeś dzieci, dziękuję" > „dzięki za wszystko".
  • Pochwała przy dzieciach. Czyli głośno, w ich obecności: „tata dzisiaj zrobił obiad, prawda, że pyszny?". Dzieci wtedy też zauważają, co tata robi.
  • 15 minut samego dla niego raz w tygodniu. Tak jak ja mam Jogosferę, on ma środową grę online z kumplami z liceum. Nie wchodzę do pokoju przez te 90 minut, niezależnie od tego, jak zmęczona jestem.
  • Robienie mu czegoś po jego myśli, nie po mojej. M. uwielbia kanapki z grillowanym serem na śniadanie w niedzielę. Nigdy nie poprosi, ale gdy mu zrobię — uśmiecha się jak dziecko.
  • Czas bez rozmów o domu. Co kilka miesięcy idziemy razem na kolację (rzadko, bo babcia rzadko może z dziećmi), ustalamy zasadę: „zero tematów logistycznych". Bez planowania ferii, bez listy zakupów, bez wizyt u lekarza. Tylko my. Trudne, ale działa.

Nie ma tu nic odkrywczego. Ale wszystko się sprowadza do jednego: zauważanie. Pisałam o tym też w tekście o doceniania tego co masz — bo wdzięczność wobec partnera to ten sam mechanizm, co wdzięczność w ogóle. Trzeba zauważyć, że jest, zanim się je doceni.

Najgorsze, co możesz zrobić ojcu swoich dzieci, to traktować jego wkład jak rzecz oczywistą. Druga najgorsza — to wymagać, żeby się chwalił sam. Trzecia — to porównywać go z mężami z Instagrama. Każde z tych trzech zatruwa partnerstwo wolniej, ale nieuchronnie.— moja przyjaciółka po dziesięciu latach małżeństwa

Jogosfera nauczyła mnie czegoś jeszcze

Na koniec rzecz, której się nie spodziewałam. Joga miała być moim czasem dla siebie. I jest. Ale niespodziewanie nauczyła mnie też patrzeć na M. inaczej. Bo gdy ćwiczysz uważność dwa razy w tygodniu — czyli świadome bycie w tym, co jest teraz — zaczynasz to przenosić poza salę. Zaczynasz zauważać, że M. zostawił mi obiad podgrzany, gdy wróciłam zmęczona. Że pamiętał o lekach syna. Że wczoraj zapytał, czy potrzebuję 15 minut samej.

Do tej pory te rzeczy się działy, ale ja ich nie widziałam. Bo byłam w głowie, w listach, w „co jeszcze trzeba zrobić". Dopiero gdy zaczęłam być w teraz, zobaczyłam, ile się wokół mnie dzieje dobra. Że nie jestem sama. Że nie wszystko na mnie spada. Że M. trzyma drugie tyle, tylko po cichu.

O uważności pisałam też w tekście o cyfrowym detoksie — bo to jest druga strona tej samej medali. Telefon kradnie uwagę. Joga uczy ją odzyskiwać. A odzyskana uwaga widzi rzeczy, których wcześniej nie widziała. W tym partnera, który stoi obok od dziewięciu lat i sprząta kuchnię, gdy ja jestem na Jogosferze.

Więc jeśli próbujesz znaleźć jeden konkretny pomysł na ten tydzień: zauważ jedną rzecz, którą zrobił dziś ojciec twoich dzieci. I powiedz mu o tym wprost. Nie ogólnikiem. Konkretem. Zobaczysz, co się stanie. Z dużym prawdopodobieństwem się zdziwi. A ty zauważysz, że może i ty miałaś dotąd zamknięte oczy.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jak docenić męża, który robi dużo, ale tego nie pokazuje?

Zauważaj konkrety, nie ogólniki. Zamiast „dzięki za wszystko" — powiedz „dzięki, że dziś odprowadziłeś córkę" albo „widzę, że posprzątałeś kuchnię, dziękuję". Konkrety widać i są zapamiętywane. Drugi krok: chwal go przy dzieciach — nie do niego, ale w jego obecności do dzieci. „Tata zrobił dziś obiad, prawda, że pyszny?". Dzieci wtedy też zaczynają zauważać, co robi ojciec. Trzeci krok: daj mu jego czas (hobby, kumple, sport) bez krzywego patrzenia, tak jak ty potrzebujesz swojego.

Co zrobić, gdy mam wrażenie, że robię wszystko sama, mimo że mąż jest obecny?

Spisz uczciwie, co konkretnie robi każdy z was przez tydzień. Nie z głowy — kartka, długopis, codzienne zapisywanie. Po tygodniu zobaczysz, ile rzeczy robi się w tle (kalendarz medyczny, kontakt z dziadkami, zakupy z listy, codzienne odprowadzanie). U mnie ten eksperyment był uświadamiający — myślałam, że mąż robi 20%, okazało się że robi 45%, tylko bezgłośnie. Niewidzialna praca ojca jest jak wodociągi — niezauważana, dopóki działa. Jeśli po spisaniu okaże się, że proporcje są naprawdę krzywe — to jest temat na rozmowę partnerską, nie na ciche pretensje.

Czy joga rzeczywiście pomaga zauważać dobro w domu?

U mnie tak, ale nie magicznie. Joga — albo każda forma uważności — uczy bycia w teraźniejszości zamiast w głowie pełnej list i obowiązków. Po dwóch latach jogi (Jogosfera, dwa razy w tygodniu po 90 minut) zauważyłam, że zaczynam widzieć drobne gesty męża, których wcześniej nie rejestrowałam — bo byłam zbyt zaabsorbowana planowaniem kolejnej rzeczy. Nie chodzi o jogę specifically — może być medytacja, może bieganie bez słuchawek, może wieczorny spacer. Klucz to cisza w głowie przez chwilę dziennie.

Jak rozmawiać z mężem, gdy nie czuję się przez niego dostrzegana?

Mów konkretami i bez generalizacji. Zamiast „nigdy mi nie pomagasz" (które zamyka rozmowę) — powiedz „od trzech tygodni rano sama wyprawiam dzieci do przedszkola, jestem wykończona, potrzebuję wsparcia". Konkretny problem, konkretna prośba. Nie zaczynaj rozmowy o godzinie 22 po wykończonym dniu — to przepis na kłótnię. Ustal moment (np. weekend, popołudnie, kawa) i powiedz spokojnie. Mężczyźni reagują na konkrety i prośby, gorzej na przekazy ogólne i emocjonalne ataki. To nie jest „mężczyzna gorzej rozumie" — to po prostu inny styl komunikacji, który warto poznać.

Co zrobić, gdy partner robi mniej, niż obiecywał?

Najpierw sprawdź, czy oboje rozumiecie te same słowa tak samo. „Pomożesz z dziećmi" może znaczyć dla niego „zostanę w domu", a dla ciebie „aktywnie zajmiesz się". Tu nie ma złej woli, tylko nieporozumienie. Drugi krok: ustal konkretne zadania, nie ogólne deklaracje. „Co poniedziałek odbierasz syna z przedszkola" > „pomożesz mi z dziećmi w tygodniu". Trzeci krok: jeśli mimo konkretów nie wykonuje — rozmowa o tym, dlaczego. Czasem to przeciążenie pracą, czasem brak motywacji, czasem dawne nawyki. Bez rozmowy nie ma rozwiązania, a same pretensje sytuacji nie zmienią.

Jak nauczyć dzieci doceniać ojca?

Pokaż im, że ty go doceniasz. Dzieci kopiują, nie słuchają wykładów. Jeśli słyszą, jak mama dziękuje tacie konkretnie („dzięki, że zrobiłeś obiad"), uczą się, że to jest normalne. Drugi sposób: głośno chwal jego pracę w obecności dzieci („tata pamiętał o szczepieniu — to jest pomoc"). Trzeci: nie krytykuj go przy dzieciach, nawet jeśli czasem jest się za co czepiać — sprawy między dorosłymi załatwiajcie bez świadków. Po roku zauważysz, że dzieci same zaczynają dziękować ojcu i zauważać, co dla nich robi.