Nie wiem, czy znacie to uczucie. Patrzysz w lustro o szóstej rano, masz worki pod oczami, kawa jeszcze nie zaparzyła, w tle z pokoju dziecięcego dochodzi „mamooo!", a w głowie odpalą się tysiąc rzeczy do zrobienia w ciągu dnia. A potem — jakby ktoś wyłączył dźwięk — stoisz przy zlewie i w którymś momencie czujesz, że tak jest naprawdę dobrze. Bez powodu. Bez kontekstu. Po prostu jest dobrze.
To właśnie się stało u mnie w lutym, po nocy, której nie życzyłabym nikomu. Synowi rzęził kaszel, córka miała koszmar, M. spał w pokoju gościnnym (bo wstaje rano do pracy), ja drażniłam się między dwoma sypialniami z poduszką pod pachą jak żołnierz na wojnie. Rano stanęłam w kuchni i postanowiłam pospać sobie kolejne pięć minut nad kawą. Pięć minut, które trwało może 90 sekund. I w tych 90 sekundach pomyślałam: kurde, doceń to. Ten dom, ta cisza po nocy, ta kawa. To wszystko jest twoje. I za chwilę przyjdzie znowu chaos, więc zauważ, że teraz akurat go nie ma.
Dlaczego „doceniaj" trafia mnie nieswojo, gdy słyszę z Instagrama
Powiem szczerze — nie znoszę instagramowych mów o wdzięczności. „Doceniaj każdą chwilę macierzyństwa, bo dzieci tak szybko rosną!" — pisze influencerka z dwójką dzieci, mężem, niania, gosposia, babcia w sąsiedztwie i osobistym fotografem. Ja, gdy to czytam o czwartej rano nad płaczącym dzieckiem, mam ochotę jej coś rozbić nad głową. Bo to nie jest doceniaj — to jest kazanie z pozycji uprzywilejowanej. To jest „przestań narzekać, przecież masz dobrze". A nie zawsze ma się dobrze. Czasem ma się trudno i to jest fakt, którego żadna ilość wdzięczności nie zmieni.
Na początku, gdy próbowałam wdzięczności jako modny temat parentingowy, irytowała mnie sama siebie. „Jestem wdzięczna, że dzieci są zdrowe" brzmiało jak sztywne hasło z plakatu. „Doceniam, że mam wsparcie męża" — kogo ja oszukuję, on właśnie znowu zostawił skarpetki na fotelu. „Cieszę się z tego, co mam" — nie cieszę się, ja jestem wykończona. Wdzięczność na siłę to gorzej niż jej brak — bo dolewasz do siebie poczucia winy, że nawet nie umiesz się cieszyć.
Dopiero gdy odkleiłam się od formuły i zaczęłam nie nazywać tego wdzięcznością, a po prostu „zauważaniem" — coś we mnie kliknęło. Bo zauważanie to nie jest wymuszone uczucie. To jest decyzja, że na pięć sekund pomieszczam pod powiekami coś dobrego. Nie żeby się z niego cieszyć, nie żeby je celebrować, nie żeby zrobić zdjęcie. Tylko po to, żeby zarejestrować, że jest.
Małe rzeczy, które naprawdę warto
Kiedy zaczęłam świadomie zauważać, lista wyszła zaskakująco prosta. Nie była to lista podziękowań losu — była to lista konkretów, które gdyby się zmieniły, byłabym znacznie smutniejsza, niż chciałabym przyznać. Spisałam je sobie w marcu na karteczce, którą wciąż mam w kuchni:
- Mam zdrowe dzieci. Nie zdrowych w sensie „nigdy nie chorują" — zdrowych w sensie „nie ma w naszych dokumentach żadnej diagnozy, która zmieniłaby nam życie". Wiem, jak kruche to jest. Mam koleżankę, która straciła męża w styczniu — to wystarczyło, żebym przestała narzekać na M. zostawiającego ręcznik na podłodze.
- Mam dom, w którym jest cieplej niż w bloku, w którym dorastałam. Drobiazg, ale gdy wczoraj patrzyłam, jak syn biega bez skarpetek po dywanie i nikt mu nie krzyczy, że „zachorujesz", pomyślałam, że dorastał w innym świecie niż ja.
- Mam kawę poranną w spokoju trzy razy w tygodniu. Reszta to chaos, ale te trzy poranki są moje.
- Mam tatę, który zabiera dzieci na spacer w soboty. Cztery godziny dla mnie. To jest luksus, którego nie mają wszystkie mamy w kraju.
- Mam blog. Mam blog. Mam miejsce, gdzie mogę pisać. Pięć lat temu nie miałam.
- Mam ciało, które przebiegło półmaraton. Mimo że je przeklinałam dwa lata po porodzie. (O tym pisałam więcej w pierwszy półmaraton i w wpisie o tym, że nie warto rezygnować z marzeń — to dwa moje teksty, które do siebie pasują).
Ta lista nie ma żadnego porządku. Nie ma wartości artystycznej. Ale za każdym razem, gdy ją czytam, coś we mnie się prostuje.
Trzytygodniowy eksperyment z notesem
W lutym, po tej nocy z którą zaczął się ten tekst, wzięłam notes z półki — taki tani, w kratkę, z zielonej okładki — i postanowiłam, że przez 21 dni napiszę w nim jedno zdanie dziennie. Tylko jedno. Bez pretensji, bez stylu, bez akapitów. Coś, co dziś było dobre.
Pierwszy tydzień szedł mi opornie. Pisałam takie rzeczy jak „dzieci poszły same wyrzucić śmieci", „zjadłam ciepły obiad", „pies nie szczekał na sąsiada". Czułam się głupio. Po piątym dniu byłam pewna, że to bullshit. Po siódmym — że to nieautentyczne. Mąż pytał, co ty tam piszesz wieczorami, a ja zbywałam temat, bo wstyd mi było przyznać.
Dopiero w drugim tygodniu zauważyłam, że zaczynam patrzeć na dzień inaczej w trakcie. Nie tylko wieczorem, gdy siadam do notesu — ale w środku dnia, gdy się dzieje coś dobrego, łapię się na myśli „o, to byłoby do notesu". To zmieniło mi filtr percepcji. Trzeci tydzień to był tydzień, kiedy zdania zaczęły być dłuższe, bardziej osobiste — „córka powiedziała mi przy szczotkowaniu zębów, że dla niej najfajniejszy zawód to być mamą", „M. zauważył, że mam nową bluzkę", „przebiegłam 10 km i nie bolało mnie kolano".
Po 21 dniach — zamknęłam notes. Nie kontynuowałam. I to też jest część tej historii. Dziennik wdzięczności okazał się dla mnie dobrym 3-tygodniowym treningiem percepcji, ale nie codziennym rytuałem na całe życie. Po nim nauczyłam się patrzeć na dzień szukając w nim drobiazgów dobrych — i to mi zostało, mimo że już nie zapisuję. Notes leży na półce, jak siłownia, do której można wrócić, gdy znowu poczuję, że tracę ten filtr.
Pułapka wdzięczności — czyli toxic positivity
Teraz najtrudniejsze. Bo nie chcę, żeby ten tekst wyszedł na sztampowy poradnik o wdzięczności. Wdzięczność potrafi być pułapką — jeśli używasz jej jako sposobu na zaprzeczenie temu, co naprawdę czujesz.
Gdy w lipcu byłam wykończona dziećmi, brakiem snu i remontem łazienki, a koleżanka powiedziała mi „Magda, przecież masz wszystko, doceniaj!" — miałam ochotę zacząć krzyczeć. Bo miałam wszystko i jednocześnie czułam się fatalnie. Te dwa stany się nie wykluczają. Mogę być wdzięczna za moje dzieci i jednocześnie potwornie zmęczona. Mogę kochać męża i jednocześnie mieć go w nosie wieczorem, gdy znowu zostawia kubek na stole. Mogę widzieć, jak wiele mam, i jednocześnie mieć zły dzień.
Toxic positivity to ten moment, gdy zaczynasz tłumić trudne emocje hasłem „doceniaj!". Gdy w środku załamania mówisz sobie „nie wolno ci być smutną, masz dobre życie". Gdy zamiast pozwolić sobie na płacz, próbujesz natychmiast znaleźć trzy rzeczy pozytywne. To jest droga do wybuchu — bo emocje, które nie zostały przeżyte, wracają z procentem.
Moja zasada brzmi tak: najpierw poczuj, potem doceń. Najpierw daj sobie pełne pięć minut na bycie wykończoną, smutną, wkurzoną. Połóż się na podłodze, jeśli trzeba. Popłacz w kuchni nad zlewem. Powiedz mężowi, że ten dzień jest do bani. Dopiero potem — gdy emocja przejdzie — przyjdzie miejsce na zauważanie, co dziś było jednak dobre. Ale nigdy w odwrotnej kolejności.
Wdzięczność, która nie pozwala ci być smutnej, to nie wdzięczność — to ucieczka. Prawdziwa wdzięczność rośnie obok smutku, nie zamiast niego.— moja przyjaciółka po terapii, którą cytuję drugi raz w tym roku
Jak rozmawiać z dziećmi o docenianiu
Tu jest moja ostatnia obserwacja. Kiedy córka ma trudny dzień (nie chce iść do przedszkola, kłóci się o byle co, marudzi), nigdy nie mówię jej „doceniaj, masz tyle". Ona ma siedem lat, dla niej tyle to jest oczywistość, nie zasługa. Zamiast tego pytam: „Co dziś było fajnego?" Po prostu konkretne pytanie o konkretną rzecz. Pierwsze odpowiedzi to zwykle „nic", ale gdy podpytuję — „a w stołówce co było na obiad?", „a o czym pani czytała?", „a Hania ci pomachała?" — wychodzą z niej drobiazgi. Po pięciu minutach jest w innym nastroju.
U dzieci to działa lepiej niż u mnie samej, bo one nie mają jeszcze tej warstwy cynizmu. Ja muszę walczyć z głosem w głowie „to bullshit motywacyjny". Córka po prostu opowiada o tym, że Olek przyniósł nową piłkę. To wystarcza.
Jeśli próbujesz znaleźć siłę w macierzyństwie, polecam też mój wpis o odporności matki — bo dbanie o siebie i zauważanie dobra to dwa narzędzia z tej samej skrzynki. I tekst o buncie sześciolatki — bo trudne emocje dzieci są częścią tego, co warto doceniać też w trudnym dniu, nawet jeśli wydaje się to absurdalne.
Nie obiecuję, że trzy tygodnie z notesem zmienią ci życie. Obiecuję, że zauważanie tego, co masz, jest darmowe i podręczne. Możesz spróbować dziś wieczorem. Jedno zdanie. Bez stylu, bez intencji, bez plakatu na ścianie. „Co dziś było dobre." I tyle.
Najczęstsze pytania
Jak nauczyć się doceniać to, co się ma?
Nie zaczynaj od deklaracji „od dziś jestem wdzięczna" — to zwykle nie działa i kończy się frustracją. Spróbuj prostego eksperymentu: przez 21 dni wieczorem zapisz jedno zdanie o tym, co dziś było dobre. Bez pretensji do stylu, bez wielkich tematów. Po dwóch tygodniach zauważysz, że w trakcie dnia zaczynasz patrzeć na drobne rzeczy inaczej — to nie jest wdzięczność na siłę, to zmiana filtru percepcji. Po 21 dniach możesz odłożyć notes — efekt zostaje.
Czy wdzięczność rzeczywiście pomaga w trudnych okresach?
Pomaga, ale nie jako antidotum na trudne emocje, tylko jako równoległy filtr. Wdzięczność nie sprawi, że nie będziesz zmęczona, smutna albo wkurzona — ale pomoże ci zauważyć, że oprócz tego trudnego, jest też dobre. Najgorsze co możesz zrobić to używać wdzięczności do tłumienia smutku („nie wolno mi być smutnej, mam tyle") — to droga do toxic positivity i wybuchu po kilku tygodniach. Reguła: najpierw poczuj, potem doceń.
Jak prowadzić dziennik wdzięczności i nie odpaść po tygodniu?
Trzy zasady, które mi pomogły: (1) jedno zdanie dziennie, nie akapit, nie esej. (2) Nie szukaj wzniosłych tematów — zapisz, że dzieci same wyrzuciły śmieci, że pies nie szczekał, że zjadłaś ciepły obiad. To wystarczy. (3) Daj sobie limit czasowy — np. 21 albo 30 dni. Otwarte „od dziś codziennie" zniechęca po tygodniu. Mając metę na widoku łatwiej dotrwać. Po skończeniu możesz zrobić przerwę — wcale nie musisz kontynuować rytuałem na całe życie.
Co zrobić, gdy nie czuję żadnej wdzięczności?
Nie zmuszaj się. Brak wdzięczności w trudnym okresie to normalna reakcja, nie wada charakteru. Najpierw dopilnuj podstaw: sen, jedzenie, ruch, kontakt z kimś bliskim. Jeśli problem trwa tygodniami i obejmuje też brak radości z czegokolwiek — porozmawiaj z lekarzem albo psychoterapeutą, bo to mogą być objawy depresji (zwłaszcza poporodowej). Wdzięczność jest narzędziem dobrym na drobne kryzysy, nie na poważne stany emocjonalne.
Jak rozmawiać z dziećmi o docenianiu bez kazań?
Zamiast moralizować („doceniaj, masz tyle!"), zadawaj konkretne pytania: „Co dziś było fajnego w przedszkolu?", „Z kim się dziś bawiłaś?", „Co najlepszego zjadłeś?". Pierwsza odpowiedź to często „nic" — wtedy dopytuj o szczegóły. Dzieci same odkrywają swoje drobiazgi i ich opowieść jest ich własnym aktem zauważania. Wieczorem przed snem to też dobry moment na pytanie „co dziś było dobre w naszym dniu razem" — odpowiedzi dzieci potrafią rozbroić.