Pierwsze siedem lat macierzyństwa wyglądało u mnie tak, jakbym była głównym łapaczem wirusów w domu. Córka łapała w żłobku, przynosiła do domu, ja łapałam od córki, mąż czasem ode mnie, syn potem znowu od kogoś, i pętla zaczynała się od nowa. Zima 2022/2023 była momentem, w którym przestało mi to być śmieszne — w listopadzie miałam zapalenie zatok, w styczniu zapalenie oskrzeli, w marcu anginę. Trzy antybiotyki w pięć miesięcy. Lekarka rodzinna popatrzyła na mnie i powiedziała wprost: „Pani Magdo, dziecko panią rozkłada na łopatki nie dlatego, że choruje, tylko dlatego, że pani jest pusta. Trzeba coś zmienić."
Nie zmieniłam wszystkiego naraz. Nie zaczęłam pić owsianki o 6 rano, nie kupiłam abonamentu w klubie fitness, nie zaczęłam medytować przy świecach sojowych. Zmieniłam pięć rzeczy stopniowo, przez kolejne 18 miesięcy. A ostatnia zima — pierwsza zima od pięciu lat — minęła mi bez ani jednej wizyty u lekarza dla samej siebie. Bez antybiotyku. Z dwoma katarami, które przeleżałam w tle, prowadząc normalne życie.
Pierwsza prawda — herbata z malinami nie wystarczy
Ja też kiedyś w to wierzyłam. Kupowałam witaminę C w cytrynowych musujących tabletkach, pyłek pszczeli za 80 zł słoiczek, jakieś suplementy z grzybami reishi z reklamy na Instagramie. Wiesz, ile mi to dało? Zero. Może placebo na trzy dni — efekt wsparcia rytuału, nic poza tym.
Matka z odpornością daje więcej niż matka z herbatą i koktajlem z różnych proszków — to moje motto od dwóch zim. Bo odporność matki nie buduje się tabletką, tylko trybem życia. To znaczy: snem, ruchem, jedzeniem, wodą i tym, czego nie robisz wieczorami. Brzmi banalnie. Ale w rzeczywistości każda z tych pięciu rzeczy wymaga decyzji, z którą się walczy. I to jest cała tajemnica.
Co działa u mnie — pięć rzeczy, których nie odpuszczam
Nie piszę tego jako poradnik medyczny. Nie jestem lekarzem, dietetykiem, ani trenerem. Piszę jako mama dwójki, która przez trzy lata sprawdziła na własnej skórze, co naprawdę robi różnicę.
- Bieganie 3 razy w tygodniu, po 30–40 minut. Wolno, bez ambicji, czasem z dzieckiem w wózku, czasem w deszczu. Bieganie nie jest dla mnie sportem — jest zmianą stanu. Po biegu jestem inna niż przed nim. Lepiej śpię, mniej jem słodyczy wieczorem, mniej krzyczę. Tak zaczęłam — od pierwszego truchtu — i dziś mam za sobą pierwszy półmaraton, o którym mogłam tylko marzyć w 2022 roku.
- Sen 7–8 godzin fanatycznie. Wiem, jak to brzmi z ust mamy małych dzieci. Też tak miałam. Ale obniżyłam swój standard wieczornego ja — od 21:30 jestem już w łóżku, a o 22:15 śpię. Tak, zrezygnowałam z 90 minut wieczornego scrollowania. Tak, czasem czuję się jak emerytka. I tak — jestem wreszcie zdrowa. Sen jest niewybaczalnym mistrzem odporności.
- Ograniczenie cukru. Nie do zera, nie z fanatyzmem. Po prostu — nie kupuję ciasteczek do domu, nie piję słodzonych jogurtów, nie sięgam po batonik z odruchu. Zostawiam cukier dla świadomych okazji: ciasta od mamy, lodów latem, domowych lodów bananowych z dziećmi w piątkowe wieczory. Cukier jest jak mały zwrotnik dla układu odpornościowego — wystarczy że jest go mniej, żeby ciało zaczęło inaczej reagować na infekcje.
- Witamina D w okresie X–IV. To jedyna suplementacja, której się trzymam. 2000 IU dziennie, codziennie, od października do kwietnia. Sprawdziłam poziom w marcu — mieści się w normie. Wcześniej miałam niedobór jak osiem dziewczyn na dziesięć w polskim klimacie. To jedna tabletka, która naprawdę coś robi — w przeciwieństwie do dziesięciu pseudosuplementów z marketingu Instagrama.
- 2 litry wody dziennie i jeden wieczór bez telefonu. Wodę noszę przy sobie w butelce, której nie odstawiam. Wieczór bez telefonu to jeden raz w tygodniu (zwykle czwartek) — telefon zostawiam w kuchni od 19:00 do rana. Czytam książkę, kąpię się, czasem rozmawiam z mężem na poważnie. Pierwszy raz spróbowałam i myślałam, że oszaleję. Trzeci raz — czekałam na ten wieczór jak na nagrodę.
Najtrudniejsze w budowaniu odporności jest to, że żadna z tych rzeczy nie daje natychmiastowego efektu. Człowiek robi je trzy miesiące i myśli „nic się nie zmienia". Aż mija sezon i nagle widzisz, że ostatni katar miałaś w listopadzie. To wtedy klocki układają się w głowie.— moja zasada cierpliwości
Co NIE działa — mój czarny rejestr
Lista rzeczy, na które straciłam pieniądze i czas, jest dłuższa niż lista tego, co działa.
Cudowne suplementy. Pyłek pszczeli, propolis w sprayu, syropy z czarnym bzem za 50 zł, kapsułki z kolostrum, witaminy w żelkach dla dzieci, które brałam także sama. Wszystko to dawało mi poczucie sprawczości na dwa dni i kosztowało prawdopodobnie 1500 zł rocznie. Wyrzuciłam.
Krótkie, intensywne treningi. Próbowałam HIIT-ów na YouTubie. Po dwóch tygodniach byłam wykończona, źle spałam i zachorowałam. Krótkie i intensywne to nie dla mamy w deficycie snu — to dla osoby, która już ma rezerwy. Ja długo nie miałam.
Wegańskie eksperymenty bez planu. Próbowałam przez miesiąc — z dobrymi intencjami. Skończyło się anemią, którą wykryłam po fakcie. Dieta to nie miejsce na improwizację.
„Pozwolić sobie". Modny slogan, który mnie kosztował dwa lata. Pozwól sobie na lampkę wina, na batonik, na nieprzespaną noc, na dwa seriale po kolei. Pozwalałam sobie tak długo, aż znalazłam się w gabinecie laryngologa z trzecim antybiotykiem w pięć miesięcy. Pozwolić sobie regularnie — to nie self-care. To zaniedbanie. Self-care to dyscyplina ubrana w łagodny język.
Anegdota — i wspomnienie pomocnicze
Najbardziej pamiętna scena z zeszłej zimy: cała trójka domowników kichnęła naraz nad śniadaniem. Córka, syn, mąż. Trzy katary, jeden poranek. Czekałam na siebie. Czekałam dwa, trzy, pięć dni. Nie zachorowałam. Pierwsza zima w siedmioletnim macierzyństwie, kiedy w domu choruje cała czwórka, a ja stoję obok, biegam, gotuję, robię zdjęcia, prowadzę życie.
Dokładnie wtedy zrozumiałam, że odporność matki to nie kwestia szczęścia. To kwestia trzech lat decyzji, których nikt nie widzi. Ostatecznym hartowaniem domowym pozostają u nas bańki bezogniowe — stawiam je dzieciom, ale i sobie samej w sezonie infekcyjnym, bo wiele schorzeń w domu zaczyna się od osłabionej mamy. Bańki to mała tradycja, którą lubię. Ale nie one są fundamentem. Fundamentem jest sen, ruch, jedzenie i decyzje, które dziewczyna w lustrze podejmuje codziennie po cichu.
Dlaczego nikt o tym nie mówi tak wprost
Bo to niemodne. Sen, woda, bieganie i mniej cukru — to nie sprzeda się jako kurs online. Nie zrobisz na tym podcastu z chwytliwymi minutami. Marka suplementów nie zarabia na tym, że ktoś codziennie chodzi spać o 22:00. Zarabia na tabletce, która niby działa od jutra. Dlatego internet jest pełen rzeczy, których nie potrzebujesz, i pusty od rzeczy, które naprawdę robią różnicę.
Jeśli czytasz to w listopadzie i właśnie dopadł cię trzeci katar w sezonie — nie obiecuję ci, że dziś coś się odmieni. Obiecuję, że jeżeli zaczniesz dzisiaj jedną z tych pięciu rzeczy i utrzymasz ją do marca, za rok napiszesz mi w komentarzu, że właśnie minęła ci pierwsza zima bez antybiotyku. Bo tak działa odporność matki. Cicho, długo i nieefektownie. Ale działa.
Najczęstsze pytania
Jak wzmocnić odporność mamy w sezonie infekcyjnym?
U mnie zadziałała kombinacja pięciu rzeczy: regularny ruch (3 razy w tygodniu po 30–40 minut), sen 7–8 godzin, ograniczenie cukru, suplementacja witaminy D od października do kwietnia (2000 IU dziennie) i 2 litry wody dziennie. Plus jeden wieczór w tygodniu bez telefonu. Żadnych cudownych suplementów — to nie działa.
Czy suplementy diety naprawdę pomagają?
Z mojego doświadczenia — w 95% przypadków nie. Wyjątkiem jest witamina D, której niedobór ma 8 na 10 osób w polskim klimacie i którą warto suplementować od października do kwietnia. Reszta — pyłek pszczeli, kolostrum, syropy z czarnym bzem za 50 zł — to głównie marketing. Lepiej zainwestować w dobre buty do biegania niż w półkę suplementów.
Ile czasu zajmuje zbudowanie odporności od zera?
U mnie pełny efekt pojawił się po 18 miesiącach konsekwentnych zmian. Pierwszych 3 miesięcy nie widać żadnej różnicy — to najtrudniejszy etap, bo łatwo się zniechęcić. Po pół roku zauważyłam, że łapię infekcje rzadziej. Po roku — że choruję krócej i lżej. Po 18 miesiącach — pierwsza zima bez antybiotyku.
Czy mama małych dzieci da radę spać 7-8 godzin?
Trudniej, ale da się — pod warunkiem, że jesteś gotowa zrezygnować z wieczornego scrollowania. Ja wstaję 6:30 i kładę się 21:30. Tak, to brzmi jak rezygnacja z młodości. Ale po dwóch tygodniach zauważyłam, że mam więcej energii w ciągu dnia niż wcześniej z nieprzespanymi 90 minutami w internecie.