Hasło „mama da radę" zna każda matka w Polsce. Wisi na koszulkach, wlokach od strony ginekologa, kubkach prezentowych po porodzie. Ratowało mnie i prawie mnie zniszczyło — w dokładnie tej kolejności, na przestrzeni siedmiu lat macierzyństwa. Teraz, gdy moje dzieci mają 7 i 4 lata, próbuję uczciwie spisać, kiedy to hasło pomaga, a kiedy zżera od środka. Bez bullshit motywacji, bez plakatu z różowym napisem.
Pierwsza strona — jak ratowało mnie z noworodkiem
Kiedy córka miała trzy tygodnie, byłam u końca własnych sił po raz pierwszy w życiu. M. wrócił po urlopie ojcowskim do pracy, mama mieszka 200 km dalej, koleżanki w pracy, sąsiadki nie poznałam jeszcze. Pamiętam dokładnie ten moment — siedziałam na podłodze w kuchni z butelką w jednej ręce i smoczkiem w drugiej, córka w łóżeczku obok krzyczała trzecią godzinę pod rząd, ja nie wiedziałam, czy to kolka, czy głód, czy mokra pielucha, czy wszystko naraz.
I w tym momencie — z głębi własnej głowy, jak ze starej radioaudycji — wyciągnęłam to zdanie. „Mama da radę." Powiedziałam je głośno. Wstałam. Wzięłam córkę na ręce. Spróbowałam butelki, smoczka, pieluchy, kołyszenia. Po czterdziestu minutach zasnęła. Hasło zadziałało jako mantra. Jako coś, co wyprowadziło mnie z paraliżu i wprowadziło w ruch.
Przez pierwsze pół roku macierzyństwa mówiłam to sobie codziennie. Przy budzeniu, przy karmieniu nocnym, gdy córka miała kolkę, gdy nie spałam trzy noce, gdy ojcostwo M. mnie irytowało, gdy moja własna mama dzwoniła z radą „a może coś nie tak z mlekiem". Mama da radę. I dawała. Jakoś dawała.
Pierwszy moment, w którym to hasło zaczęło boleć
Gdzieś między 8. a 10. miesiącem życia córki coś się we mnie zmieniło. Hasło zostało, ale przestało być mantrą wspierającą — zaczęło być oskarżeniem. Mama da radę — czyli musisz dać. Czyli nie wolno ci się złamać. Czyli jeśli się złamiesz, jesteś gorszą matką niż reszta. Czyli te kobiety na Instagramie, które po dziewięciu miesiącach od porodu są w formie sprzed ciąży, mają ułożone dziecko, czyste mieszkanie i robią obiad z cukinii, one dały radę. A ty?
Mój pierwszy załam przyszedł w lutym, gdy córka miała 11 miesięcy. Sekwencja była banalna: ząbkowanie, dwie nieprzespane noce, kolejna infekcja w przedszkolu. Trzeciego dnia ja stałam w łazience, patrzyłam w lustro i pierwszy raz w życiu pomyślałam „nie chcę. Nie chcę dziś być matką. Nie chcę. Niech ktoś inny.". Powiedziałam to na głos. M. podszedł i mnie objął. Zapytał, czy mam dać znać teściowej, żeby przyjechała. Pokręciłam głową: „Mama da radę."
To była moja największa pomyłka tamtego roku.
Dałam radę. Jeszcze cztery miesiące. Coraz gorzej, coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej zamknięta w sobie. M. widział, ale nie wiedział, jak interweniować — bo każda jego propozycja pomocy była zbywana hasłem-tarczą „dam radę". W maju, dwa tygodnie przed pierwszą rocznicą córki, miałam atak paniki w supermarkecie. Pełen, klasyczny, przy stojaku z jogurtami. Wtedy w końcu zadzwoniłam po teściową. Przyjechała tego samego wieczoru.
Dwa znaczenia tego samego zdania
Długo myślałam o tym, dlaczego to samo zdanie raz mi pomogło, a raz mnie złamało. I doszłam do wniosku, że to dwa różne zdania, brzmiące tak samo. Pierwsze: „Mama da radę — bo ma w sobie więcej siły, niż jej się wydaje". Drugie: „Mama da radę — bo musi, i nie ma innej opcji".
Pierwsze jest siłą wewnętrzną. Mówi: spokojnie, znasz siebie, wytrzymasz, jesteś silniejsza niż ten moment. Działa, gdy jest się świeżo po porodzie, w pierwszym szoku macierzyństwa, w sytuacjach kryzysowych, których nie da się odpuścić (bo dziecko płacze i ktoś musi je nakarmić, kropka).
Drugie jest presją zewnętrzną, która zaczyna brzmieć jak własna. Mówi: nie wolno ci pomocy, nie wolno ci płakać, nie wolno ci powiedzieć „nie umiem", bo ty jesteś matką i matki dają radę. To jest pułapka. To jest droga do wypalenia, do depresji poporodowej, do ataków paniki w supermarkecie.
Trzeba umieć rozróżnić, w którym jesteś. Pierwsza wersja jest sprzymierzeńcem. Druga — wrogiem.
Jak rozpoznać moment, w którym trzeba odpuścić
Moja siostrzeńcom-zelówka — psychoterapeutka — mówiła mi kiedyś, że istnieją sygnały ostrzegawcze, które warto znać. U mnie zawsze pierwszym sygnałem była utrata zdolności do drobnych przyjemności. Nie mam ochoty na kawę po godzinie 9. Nie mam ochoty na książkę wieczorem. Nie czuję smaku obiadu. To jest moment, w którym „dam radę" zaczyna być pułapką.
Drugi sygnał — ciągłe odkładanie kontaktu z bliskimi. Mama dzwoni, ja zbywam. Koleżanka pisze, ja zostawiam wiadomość bez odpowiedzi. Zaczyna mi się wydawać, że „nie mam siły rozmawiać", choć trzy miesiące wcześniej rozmawiałabym z chęcią. To często pierwszy zewnętrzny widoczny objaw.
Trzeci — wybuchy nieproporcjonalne do bodźca. Krzyk na dziecko za rozsypaną herbatę. Płacz z powodu zepsutej żarówki. Wściekłość na męża za zostawiony talerz. Gdy reakcja jest 10x większa niż sytuacja, znaczy że bateria jest na -5%, a ja dalej mówię „dam radę".
Czwarty — i ten najtrudniejszy do zauważenia — utrata przyjemności z dziecka. Wciąż mnie kocha, wciąż go karmi, wciąż się nim opiekuję, ale przestaję cieszyć się jego widokiem. Codzienne obowiązki rodzicielskie wykonuję na automacie, bez zachwytu, bez obecności. To jest moment alarmowy. Wtedy nie wolno powtarzać „dam radę". Wtedy trzeba prosić o pomoc.
Prosić o pomoc — czego mi nikt nie powiedział
Najtrudniejsze w macierzyństwie nie jest fizyczne zmęczenie. Najtrudniejsze jest prośba o pomoc. Bo my — pokolenie dzisiejszych matek 30-40 letnich — wychowałyśmy się w kulcie samodzielności. Sama radzę sobie ze studiami, sama z pracą, sama z mieszkaniem, sama na imprezie singlową, sama na półmaratonie (o tym zresztą pisałam w pierwszym półmaratonie). Sama, sama, sama. I potem nagle przychodzi dziecko i ta wieża własnej samodzielności okazuje się trochę za wysoka.
Mój system pomocy po latach prób i błędów wygląda tak. Trzy poziomy, na które dzielę problemy:
- Poziom 1 — codzienna pomoc rodzinna. M. przejmuje wieczór z dzieckiem, ja idę pobiegać. Mama bierze dzieci na sobotnie popołudnie. Teściowa zostaje na noc, gdy oboje wymiękamy. To trzeba sobie wcześniej wynegocjować w rodzinie, na trzeźwo, w czasie, gdy nie ma kryzysu. Bo gdy kryzys już jest, nie ma siły na rozmowy.
- Poziom 2 — pomoc systemowa. Pediatra, psycholog dziecięcy, dietetyk, fizjoterapeuta dziecięcy. Płatne, czasem refundowane, ale dostępne. Korzystam ze wszystkich, gdy trzeba. To nie jest słabość, to jest higiena rodzicielska.
- Poziom 3 — pomoc dla siebie. Psychoterapeutka, lekarz pierwszego kontaktu, ginekolog (depresja poporodowa potrafi się pojawić nawet 12 miesięcy po porodzie!). W moim przypadku konsultacja z psychoterapeutką po ataku paniki była najlepszą inwestycją, jaką zrobiłam w pierwszym roku córki. Sześć sesji, koniec. Wystarczyło, żeby nauczyć się rozróżniać te dwa znaczenia „dam radę".
Płakać — bez wyrzutów sumienia
O tym mówi się jeszcze rzadziej. Że mamie wolno płakać. Że to jest nie tylko dozwolone, ale czasem konieczne. Bo emocje, które się tłumią, wracają z procentem.
Mnie pierwszy raz wykończyło to, że nie pozwalałam sobie na płacz przy dzieciach. Bałam się, że je przestraszę. Że pomyślą, że mama jest słaba. Że zapamiętają mnie jako mamę-płaczkę, nie jako mamę-skałę. Po dwóch latach takiej polityki w środku miałam tyle nieprzeżytych łez, że wybuchłam jednego wieczoru w listopadzie, gdy córka rozsypała mleko na nową bluzkę.
Na szczęście wtedy córka była już na tyle duża, że pamięta tamten wieczór do dziś. Pamięta, że „mama płakała przy stole i powiedziała przepraszam". Pamięta, że „usiadłyśmy razem na kanapie i ja przyniosłam jej chusteczki". To nie była trauma. To była lekcja. Że dorośli też płaczą i to jest okej. Że płacz to nie znak słabości, tylko ujście emocji. Że potem się wstaje i idzie się dalej.
Dziś pozwalam sobie na łzy, kiedy są potrzebne. Nie codziennie. Ale gdy są — nie tłumię. M. wie, że to jest częścią mojego dnia. Dzieci wiedzą, że mama jest człowiekiem, nie maszyną. To zdrowsze niż udawanie, że dam radę.
Mama, która umie powiedzieć „nie dam rady, pomóż mi", jest silniejsza niż mama, która powtarza „dam radę", aż padnie. Pierwsza zna swoje granice. Druga je dopiero pozna — najczęściej brutalnie.— moja przyjaciółka po terapii, którą cytuję trzeci raz w tym roku
Wsparcie hasła — kiedy działa, kiedy nie
Nie chcę, żeby ten tekst zabrzmiał jak antymotywacyjne kazanie. Bo „mama da radę" czasem jest dokładnie tym, czego potrzeba. Działa, gdy:
- jesteś w środku konkretnej sytuacji kryzysowej (dziecko płacze, trzeba reagować, nie ma czasu na refleksję),
- masz za sobą dłuższy okres dobrego funkcjonowania i potrzebujesz tylko chwilowego pchnięcia,
- twój partner/rodzina są obecni i wspierający (czyli to nie jest hasło-zamiast-pomocy, tylko hasło-przy-pomocy),
- mówisz to sobie w sercu jako mantrę, nie deklarujesz światu jako tarczę.
Nie działa, gdy:
- jesteś w cyklu kilku tygodni gorszego stanu (sygnały: brak przyjemności, izolacja, wybuchy, utrata zachwytu z dziecka),
- używasz hasła do odrzucania pomocy, którą ktoś próbuje ci dać,
- mówisz to w stylu „muszę dać radę, bo inaczej" — czyli z przymusu, nie z siły,
- czujesz, że tłumi w tobie prawdziwe emocje, zamiast je pomieścić.
Błagam was, mamy. Nie dawajcie rady wszystkiego. Niektóre rzeczy są poza naszą siłą. Niektóre dni nie są naszymi dniami. Niektóre tygodnie wymagają tego, żeby zadzwonić po teściową, partnera, koleżankę, terapeutkę. To nie jest porażka macierzyństwa. To jest dorosłość.
Jeśli czujesz, że to o tobie — polecam mój tekst o tym, że nie trzeba rezygnować z marzeń, ale nie kosztem siebie, doceniaj to co masz, ale bez toxic positivity, i jeszcze wpis o buncie sześciolatki — bo trudne emocje dzieci są czasem ostatnim, co potrzebuje przemęczona mama, ale są też częścią tego, czego nikt nas nie nauczył przed porodem.
A „mama da radę" — tak, da. Czasem da, że pójdzie spać o 19:30, zamiast prać. Czasem da, że zadzwoni po teściową. Czasem da, że nic nie ugotuje i zamówi pizzę. To też jest radzenie sobie. Może najmądrzejsze.
Najczęstsze pytania
Co znaczy hasło „mama da radę" i dlaczego bywa szkodliwe?
Hasło ma dwa znaczenia, brzmiące tak samo. Pierwsze — wspierające: „mama ma w sobie więcej siły, niż jej się wydaje". Działa jak mantra w sytuacjach kryzysowych, w których nie ma czasu na refleksję. Drugie — opresyjne: „mama musi dać radę, bo inaczej jest gorsza od innych". Druga wersja prowadzi do wypalenia, depresji poporodowej i odrzucania pomocy. Klucz to umieć rozróżnić, w którym znaczeniu używasz hasła w danym momencie.
Jak rozpoznać, że mama jest na granicy wypalenia?
Cztery sygnały ostrzegawcze: (1) utrata zdolności do drobnych przyjemności (kawa nie smakuje, książka nie cieszy), (2) unikanie kontaktu z bliskimi (zbywanie mamy, nieoddzwanianie do koleżanek), (3) wybuchy nieproporcjonalne do bodźca (krzyk za rozsypaną herbatę, płacz przy zepsutej żarówce), (4) utrata zachwytu z dziecka (codzienne obowiązki na automacie, bez obecności emocjonalnej). Jeśli kilka z tych sygnałów trwa kilka tygodni — to czas na rozmowę z lekarzem rodzinnym lub psychoterapeutką.
Jak prosić o pomoc, gdy całe życie radziłam sobie sama?
Trzy poziomy pomocy, które warto sobie nazwać: Poziom 1 — codzienna pomoc rodzinna (partner, mama, teściowa). Negocjuj na trzeźwo, przed kryzysem. Poziom 2 — pomoc systemowa (pediatra, psycholog dziecięcy, fizjoterapeuta). To higiena rodzicielska, nie słabość. Poziom 3 — pomoc dla siebie (psychoterapeuta, lekarz, ginekolog — depresja poporodowa może pojawić się nawet rok po porodzie). Sześć sesji u dobrej terapeutki potrafi zmienić cały sposób myślenia o macierzyństwie.
Czy mogę płakać przy dzieciach?
Tak — i to jest zdrowsze niż udawanie skały. Dzieci, które widzą rodziców okazujących emocje (w sposób kontrolowany, nie agresywny), uczą się, że dorośli też mają uczucia i że płacz to nie wstyd. Ważne — po płaczu wracaj do dziecka, mów co czujesz w prostych słowach („mama jest dziś zmęczona i jej smutno, ale to przejdzie"), pokazuj, że emocje się przeżywa, a potem idzie się dalej. Tłumione emocje wracają z procentem — najczęściej jako wybuchy nieproporcjonalne do sytuacji.
Kiedy hasło „mama da radę" pomaga, a kiedy szkodzi?
Pomaga w konkretnej sytuacji kryzysowej (dziecko płacze, trzeba reagować), gdy masz za sobą okres dobrego funkcjonowania i potrzebujesz pchnięcia, gdy partner/rodzina są obecni — czyli hasło wspiera, nie zastępuje pomocy. Szkodzi w cyklu kilku tygodni gorszego stanu, gdy używasz go do odrzucania pomocy, gdy mówisz „muszę dać radę, bo inaczej" (z przymusu, nie z siły), gdy tłumi twoje prawdziwe emocje. Klucz: jeśli to mantra wewnętrzna — dobrze. Jeśli tarcza wobec świata — źle.
Jak rozmawiać z partnerem o tym, że nie daję rady?
Konkretnie i wcześnie, nie dopiero po wybuchu. Trzy zasady: (1) mów o sobie, nie o nim („czuję, że nie dam rady", nie „ty mi nie pomagasz"). (2) Proponuj konkretne rozwiązania („możesz przejmować wieczory we wtorki i czwartki?", nie „powinieneś się bardziej angażować"). (3) Wybierz dobry moment — nie po pracy, nie w trakcie kryzysu, najlepiej w sobotnie popołudnie. Jeżeli partner nie współpracuje po szczerej rozmowie, czas na wspólną terapię par albo poważniejszą rewizję związku.