Motywacja 17 września 2025 4 min czytania 993 wyświetlenia

Nie rezygnuj z marzeń, nawet (a może zwłaszcza) gdy zostałaś mamą

Nie pamiętam dokładnego momentu, w którym uznałam, że moje marzenia muszą poczekać. Wiem tylko, że gdzieś między urlopem macierzyńskim a powrotem do pracy odłożyłam je do szuflady, jak nieużywaną biżuterię, i zaczęłam się oszukiwać, że to dojrzałość.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Kobieta z plecakiem na szlaku górskim o wschodzie słońca

Sześć lat zajęło mi zrozumienie, że to nie była dojrzałość. To była rezygnacja z poczuciem winy w tle. Nie rezygnuj z marzeń — to zdanie, które dziś bym wytatuowała sobie na wewnętrznej stronie nadgarstka, żeby widzieć je za każdym razem, gdy parzę poranną kawę. Wcześniej brzmiało dla mnie jak slogan z plakatu o motywacyjnym zachodzie słońca. Dziś brzmi jak pierwsza rada, jaką dam córce, kiedy będzie miała trzydzieści lat i własne dziecko.

Kłamstwo o właściwym czasie

Kiedy córka miała pół roku, znajoma zapytała mnie, co robię „dla siebie". Pamiętam, że się obraziłam. Mam pół roku dziecko, pomyślałam, kobieto, jakie „dla siebie". Robię piersi i zmieniam pieluchy. Wtedy wydawało mi się, że to oczywiste — że są etapy, w których odpuszcza się siebie, bo nie ma innej opcji. Że wrócę do siebie później, kiedy dziecko pójdzie do żłobka. Potem do przedszkola. Potem do szkoły.

Z jednym dzieckiem to się jeszcze trzymało. Z dwójką pękło. Bo „później" nigdy nie przychodzi. Drugie dziecko ma znowu pół roku, potem zerówkę, potem kolejny etap, na którym mama jest najbardziej potrzebna teraz. Któregoś popołudnia, sortując zimowe ubrania, zdałam sobie sprawę, że mam 33 lata i na pytanie co bym chciała zrobić w życiu odpowiadam tylko odespać. To był moment, w którym coś się we mnie złamało.

Pierwsze marzenie odkurzone z szuflady

Moim pierwszym odzyskanym marzeniem nie było nic dużego. Chciałam przebiec półmaraton. Brzmi banalnie. W moim ówczesnym życiu — zajętej mamy dwójki, mającej za sobą pięć lat ciągłego niedospania — brzmiało jak science fiction. Kiedy o tym powiedziałam mężowi, popatrzył na mnie tak, jakbym właśnie ogłosiła, że jadę na Marsa. Magda, ty od trzech lat ledwo wstajesz, jak będziesz biegać 21 kilometrów?

Dokładnie tak. Z tego biegania zrobiła się moja największa życiowa lekcja o sile woli i odpoczynku, a po dwunastu tygodniach treningu przebiegłam półmaraton w 2:14. Nie był to czas olimpijski. Ale był mój. I po raz pierwszy od długiego czasu poczułam, że istnieję jako osobny człowiek, nie tylko jako trybik w domowej maszynerii.

Nie ma idealnego momentu — i to jest dobra wiadomość

Jedna z największych pułapek macierzyństwa to przekonanie, że kiedyś będzie idealny moment. Idealne dziecko, idealne zdrowie, idealny budżet, idealny mąż współpracujący w 50%. Otóż nie. Idealnego momentu nie ma i nigdy nie będzie. Ale jest odpowiedni moment — czyli ten, kiedy zaczynasz, mimo wszystko. Mimo niewyspania. Mimo poczucia winy. Mimo komentarzy teściowej. Mimo tego, że nie masz pewności, że ci się uda.

Wiem, jak to brzmi. Jak typowy bullshit motywacyjny z Instagrama. Ale chcę powiedzieć coś, czego Instagram nie powie: uda ci się gorzej, niż gdybyś zaczęła w idealnym momencie. I to jest okej. Mój półmaraton był wolny. Mój blog ma czasem literówki. Moje zdjęcia z sesji rodzinnych są dalekie od portfolio National Geographic. Ale wszystkie istnieją. A idealne wersje, na które czekałam, nie istnieją do dziś.

Praktyczne zasady realizowania marzeń z dziećmi

Po trzech latach świadomego odzyskiwania własnego życia mam kilka konkretnych obserwacji. Nie nazywam ich „regułami", bo nie znoszę poradników z regułami. To są moje codzienne sztuczki, które działają.

Zacznij od dwudziestu minut. Nie od godziny dziennie, nie od porannego pisania o piątej. Dwudziestu minut. Wieczorem, kiedy dzieci śpią. Kawa, książka albo notes — pierwsze marzenie wymaga tylko tego, żebyś znowu się z nim zaprzyjaźniła. Mów o tym głośno. Nie szeptem przy rodzicach. Powiedz mężowi przy obiedzie, koleżankom na spacerze, dzieciom przed snem. Marzenie powiedziane na głos staje się zobowiązaniem. Nie czekaj, aż wszyscy będą zachwyceni. Nie będą. Niektórzy się obrażą, że robisz coś dla siebie. To nie znaczy, że masz przestać. Akceptuj, że dwa kroki w przód i jeden w tył to też postęp. W macierzyństwie nie ma linii prostych.

A co jeśli to nie ja, tylko on jest egoistą?

Kiedy pierwszy raz zaczęłam wstawać o szóstej, żeby pobiegać przed śniadaniem, mąż sapał. Niewerbalnie. Werbalnie był „wspierający". Ale każda moja godzina dla siebie była jego godziną dłużej z dziećmi rano i wieczorem. I to był prawdziwy konflikt, którego żaden poradnik nie rozwiąże w trzech akapitach.

My go rozwiązaliśmy długą rozmową — taką prawdziwą, bez pretensji i bez płaczu, w sobotnie popołudnie, gdy dzieci były u dziadków. Powiedziałam, że albo dzielimy się życiem realnie, albo blog, bieganie i fotografia umrą, a ja umrę razem z nimi (metaforycznie, ale nie aż tak metaforycznie). Mąż się obraził, potem przemyślał, potem zaproponował konkretny podział obowiązków poranek/wieczór. To nie było idealnie rozegrane, ale zadziałało. Czasami wsparcie partnera trzeba wynegocjować zamiast czekać, aż samo przyjdzie.

Marzenia mam są nie egoistyczne. Egoizmem jest zniknąć w macierzyństwie i potem mieć pretensje do wszystkich, że nikt cię nie zauważa. Bardziej szanuję mamę, która biega półmaratony, pisze bloga i fotografuje, niż taką, która sześć lat poświęca się rodzinie i potem wybucha w sobotę po śniadaniu.— moja przyjaciółka po terapii, którą zacytuję do końca życia

To, co dzieci widzą na co dzień

Najlepsze co przyszło mi do głowy o marzeniach matek: nasze dzieci patrzą i się uczą. Córka widziała mnie wstającą o szóstej do biegania przez dwanaście tygodni. Widziała, jak biorę telefon i robię zdjęcia z naszej Wielkanocnej sesji rodzinnej, choć byłam zmęczona i wcale mi się nie chciało. Widziała, jak wieczorem siedzę nad blogiem zamiast nad netflixem.

Kiedy ostatnio mówiła w przedszkolu o swoim pomyśle na karierę (ma siedem lat, więc karierą był tym razem zawód aktorki w teatrze), powiedziała ciociom, że „moja mama mówi, że jak chcesz coś robić, to po prostu robisz, nawet jak ci się nie chce". Z tego zdania nie chcę się otrząsnąć do dziś. To jest jedyna motywacja, jakiej ja sama potrzebowałam, żeby się nie poddać. Nie te plakaty z zachodami słońca. Tylko siedmioletnia dziewczynka cytująca matkę, która kiedyś prawie zrezygnowała ze wszystkiego.

Jeśli stoisz teraz na progu — w środku zmiany, w środku wątpliwości, w środku odpalonej kawy o jedenastej rano — to chcę ci powiedzieć: nie rezygnuj z marzeń. Ani małych, ani dużych. Twoje dzieci nie potrzebują męczennicy, potrzebują żywego, oddychającego dorosłego z pasjami. A ty — najbardziej zasługujesz, żeby znowu się ze sobą poznać.

Mój pierwszy półmaraton był pierwszym krokiem. Pisanie bloga drugim. Trzeciego jeszcze nie wymyśliłam — ale przyjdzie. I twój też.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jak znaleźć czas na marzenia, gdy ma się małe dzieci?

Nie szukaj godziny — zacznij od dwudziestu minut dziennie. Wieczorem, kiedy dzieci śpią, albo wcześnie rano, zanim się obudzą. Marzenie nie potrzebuje na początku ogromnych zasobów czasu — potrzebuje regularności. Po kilku tygodniach naturalnie rozszerza się do 30–40 minut, bo zaczynasz reorganizować priorytety wokół niego.

Czy myślenie o sobie po dzieciach to egoizm?

Nie. Egoizmem jest zniknąć w macierzyństwie i potem mieć pretensje do całej rodziny, że nikt cię nie widzi. Mama, która ma swoje pasje, marzenia, projekty, jest dla dzieci zdrowszym wzorcem niż mama-męczennica. Twoje dziecko potrzebuje żywego dorosłego, nie tylko opiekunki — i nie bój się tego pisać sobie codziennie na lustrze, jeśli trzeba.

Jak zacząć realizować marzenia małymi krokami?

Trzy proste reguły: (1) zdefiniuj jedno konkretne marzenie (nie „chcę być szczęśliwa", tylko „chcę przebiec półmaraton"), (2) podziel je na 10 minimalnych kroków (kupić buty, znaleźć plan, pierwszy bieg 1 km...), (3) odhaczaj kroki, nie patrz na cel końcowy. Po trzecim kroku poczujesz, że to działa. Reszta to kwestia konsekwencji.

Co jeśli partner mnie nie wspiera w marzeniach?

Najpierw — prawdziwa rozmowa, nie zarzuty. Konkretnie: ile godzin tygodniowo potrzebujesz, jak chcesz to ułożyć, co możesz dać w zamian. Jeśli partner nadal nie współpracuje po szczerej rozmowie, to nie chodzi o twoje marzenia — to głębszy problem w związku, czasem warto się spotkać z terapeutą par. Nie rezygnuj z siebie tylko po to, żeby uniknąć konfliktu — to droga do wybuchu za rok.