Zapisałam się trzy miesiące wcześniej, w przypływie odwagi po dwóch lampkach wina i rozmowie z siostrą. Od tamtej chwili każdy poranek wstawałam z myślą, że za X tygodni mam przebiec dystans, którego nigdy w życiu nie pokonałam. Plan treningowy opisałam wcześniej tutaj — to jest jego druga część. Część, której nie da się zaplanować. Część, która dzieje się w głowie.
Dziś, kilka tygodni po tym dniu, próbuję zapisać go kilometr po kilometrze — bo wiem, że kiedyś wrócę do tego tekstu i będę chciała pamiętać, co czułam. I bo wiem, że gdzieś w internecie siedzi inna mama, która właśnie zapisała się na swój pierwszy półmaraton i szuka czyjejś relacji — nie poradnika, tylko opowieści, że dało się.
Wieczór przed startem — pasta, paranoja i numer startowy
Sobota, godzina 19. Stół w kuchni zastawiony makaronem z pomidorami (sprawdzony, bez eksperymentów), butelką wody z dodatkiem soku z cytryny i talerzem, z którego nie chciało mi się jeść. Nie z głodu — ze stresu. Córka pyta, dlaczego mama smutna. Mama nie smutna, mama biegnie jutro. Czteroletni syn dotyka medalu, który przyniosłam z odbioru pakietu startowego (wisiał na ścianie biura zawodów jako wzór). „A ten dla mnie?". Nie, mama jutro taki sama dostanie. Może.
Numer startowy przypiełam do koszulki już o ósmej wieczorem. Buty, skarpetki, opaska, zegarek, żel energetyczny w kieszeni — wszystko leżało na fotelu w sypialni jak komplet po sportowcu, którego ktoś za chwilę wyrzuci na ring. Włączyłam podcast, którego nie słuchałam, wzięłam prysznic, w którym nie mogłam się rozluźnić, i położyłam się o 21:30. Zasnęłam o pierwszej. Obudziłam się o trzeciej. Potem o czwartej. Potem o piątej z budzikiem. Witaj, dniu startu.
Poranek, owsianka i 800 metrów do startu
Pogoda była, jak wymarzona — 8 stopni, lekkie zachmurzenie, bez wiatru. Oktroberowa, klasyczna polska aura na bieganie. Założyłam tę samą koszulkę, w której biegałam ostatnie dwa long runy, krótkie spodenki, długie skarpetki za kostkę, czapkę z daszkiem (nie ze względu na słońce — żeby coś trzymało włosy). M. zawiózł mnie samochodem do strefy startu i obiecał, że na 8. kilometrze trasy będzie z dziećmi z transparentem.
Owsiankę z bananem i miodem zjadłam 2,5 godziny przed startem, jak co sobota przez ostatnie 12 tygodni. Pół godziny przed — banan i mała kawa. Toaleta trzy razy w piętnaście minut, bo nerwy.
Gdy ustawiłam się w sektorze drugim z planowanym czasem 2:15, koło mnie stała ekipa: chłopak po pięćdziesiątce z twarzą weterana, dwóch kumpli w identycznych koszulkach klubowych, dziewczyna mojego wieku z oczami błyszczącymi tak samo jak moje. Spojrzałyśmy na siebie i parsknęłyśmy śmiechem — jesteśmy tu pierwszy raz, prawda? Wymieniłyśmy imiona, uściski i — moje pierwsze prawdziwe odkrycie tego dnia: biegacze są nawzajem dla siebie najmilszymi ludźmi pod słońcem.
Kilometry 1-7 — eufroia, której się obawiałam
Wystrzał startera. Tłum ruszył. Pierwsze 100 metrów to przepychanka, druga setka — już rytm. Po pierwszym kilometrze spojrzałam na zegarek: 5:48 min/km, czyli o 20 sekund szybciej niż planowałam. Klasyczny błąd nowicjusza, o którym czytałam w każdym poradniku. Magda, zwolnij, powiedziałam sobie. Nie zwolniłam.
Kilometry 2-5 to było uczucie, którego się obawiałam najbardziej — eufoia. Wszystko szło za łatwo. Nogi same niosły. Słuchawki grały playlistę, którą zrobiłam siostrze trzy lata temu, zanim się ze sobą pokłóciłyśmy. Mijałam ludzi, oni mijali mnie, kibice klaskali, dziecko na chodniku krzyczało „brawo pani!". Czułam, że dzień należy do mnie.
Na szóstym kilometrze zwolniłam świadomie do 6:00 min/km. Na siódmym — do 6:05. Tak miało być. Najtrudniejsza dyscyplina mentalna w bieganiu to świadomie spowolnić w momencie, w którym ciało jeszcze nie protestuje. Wszystkie poradniki to mówią. Wszyscy nowicjusze to ignorują. Ja akurat usłuchałam — i to mnie później uratowało.
Kilometr 8 — kartka „Mama jesteś bombą" i pierwsza kropla
Kilometr 8. M. miał stać przy stacji benzynowej, której nazwy nie pamiętam. Stał — z dziećmi przy nogach, z transparentem napisanym mazakami przez córkę. „MAMA JESTES BOMBĄ". Bez polskiego znaku w „jesteś". Z literówką. Z syna podpisem w postaci niebieskiej kreski przez całą szerokość kartonu.
Wyhamowałam, podbiegłam, dotknęłam dłoni córki, pocałowałam syna w czoło, popatrzyłam w oczy mężowi, a on powiedział tylko „dawaj, kochanie". Pierwsza łza spadła mi tam, na 8. kilometrze. Otarłam ją czołem i pobiegłam dalej. Nie przerywałam już ani razu. Pochlubię się, że mam tę kartkę powieszoną nad biurkiem do dziś.
Kilometry 9-15 — nuda, którą trzeba przeczekać
O tym fragmencie nikt mi nie powiedział. W każdym półmaratonie jest moment, w którym wszystko jest normalne — nogi jeszcze działają, oddech jeszcze równy, kibice już rzedną, a do mety daleko. Trzeba przebiec to zwyczajnie. Po prostu kolejne kroki, kolejne kroki, kolejne kroki. Mój zegarek pokazywał 1:00:12 po 10 km — rekord życiowy, ale w tym tempie nie cieszył.
Kilometr 12 to było przyjemne zaskoczenie: minęłam bufet, wzięłam pół kubka izotoniku (sklepowego, nie smakował tak jak mój domowy), kolejny pół kubka wody, dwa łyki — i poczułam, że mam w sobie zaskakująco dużo siły. Kilometr 14 — łapałam ludzi, którzy mnie wyprzedzali w 5. kilometrze. Klasyczny negative split, o którym mówią trenerzy: kto wolniej zaczyna, ten dalej dobiega. Tylko w bieganiu wolniej znaczy mądrzej.
Na 15. kilometrze odważyłam się pomyśleć: może mi się uda.
Kilometr 17 — ściana, o której nikt mi nie powiedział do końca
O ścianie czytałam w każdym artykule. Wiedziałam, że glikogen się kończy. Wiedziałam, że organizm przestawia się na spalanie tłuszczu. Wiedziałam teoretycznie wszystko — i nie pomogło mi to ani trochę.
Ściana przyszła na 17. kilometrze, dosłownie z minuty na minutę. Mięśnie przedniej części ud zamieniły się w drewno. Każdy oddech zaczął boleć. Ramiona zwisały. Tempo spadło z 5:55 na 6:40, potem na 7:00. W głowie odezwał się głos: zatrzymaj się, usiądź na trawniku, nikt się nie obrazi, dasz radę następnym razem. Mijałam dziewczynę z mojej grupy startowej — siedziała na krawężniku z głową w dłoniach. Inny chłopak — szedł zataczając się.
Zamiast się zatrzymać, zaczęłam mówić do siebie na głos — nie poddawaj się, jeszcze cztery, jeszcze trzy, mama jest bombą, idź. Dwie biegaczki obok mnie usłyszały i jedna powiedziała „razem, pójdziemy razem". Dotarłam z nimi do 19. kilometra trzymając się ich tempa, oddechu i obecności. Bez nich nie wiem, czy bym dobiegła. Nigdy się już potem nie spotkałyśmy. Były aniołami stróżami, których wysłał ten dzień.
Ostatnie 2 kilometry — drążenie tunelem
O tym, jak biegnie się ostatnie 2 kilometry pierwszego półmaratonu, można pisać cały osobny tekst. Czas zwalnia. Każdy kilometr trwa pół godziny. Otoczenie się rozmywa, dźwięki kibiców dochodzą jak z innego pokoju, jedyne co słyszysz — to twój oddech i swoje kroki. Mijałam transparenty, których nie czytałam. Mijałam stacje z wodą, których nie tknęłam. Skupiłam się na jednym: biegnij.
Na 20. kilometrze zobaczyłam łuk mety w oddali. Wtedy w głowie pękło coś — i zaczęłam płakać. Nie z bólu, nie z radości. Z ulgi. Ostatnie 800 metrów biegłam ze łzami spływającymi po policzkach, nie wycierając ich, bo wiedziałam, że przestaję panować nad oddechem. Mijał mnie kolejny chłopak, krzyknął „dawaj dziewczyno, jesteś tam!", ja kiwnęłam głową bo nie umiałam odpowiedzieć.
Meta — 2:18:42 — i to, co się stało potem
Metę przekroczyłam o 2:18:42. Trzy minuty wolniej, niż planowałam. Nie obchodziło mnie to ani trochę. Wbiegłam pod łuk, pozwoliłam wolontariuszce założyć mi medal na szyję, wzięłam folię termiczną, dwie kanapki bananowe i butelkę wody — i usiadłam na trawniku obok mety. Płakałam tam może pięć minut. Nikt się nie zdziwił. Połowa biegaczy wokół mnie robiła to samo.
Gdy M. z dziećmi mnie znalazł, córka powiedziała tylko „mamo, masz medal jak w bajce". Syn dotknął palcem łez na moim policzku. „Mama mokra". Mąż mnie przytulił i nie powiedział nic — co w jego stylu znaczy więcej niż mowa pochwalna.
W samochodzie, w drodze do domu, jadłam drugą kanapkę i myślałam jedną myśl: nigdy więcej, nigdy więcej, nigdy więcej. Trzy dni później zapisałam się na kolejny półmaraton, na wiosnę. M. tylko popatrzył na ekran komputera i pokiwał głową. „Wiedziałem."
Co wzięłabym ze sobą, żeby polubić ten dzień jeszcze bardziej
Dziś, z perspektywy kilku tygodni, gdybym miała sobie sprzed dnia startu napisać list, brzmiałby tak: Magda, przede wszystkim zwolnij na pierwszych 5 kilometrach. Ten chłód cię oszukuje. Pij na każdym bufecie, choćby trzy łyki. Nie patrz na zegarek po 15. kilometrze — to cię tylko zdołuje. Pamiętaj, że mężczyzna z transparentem czeka na Ciebie z dziećmi i to jest jedyna prawdziwa nagroda tego dnia, niezależnie od czasu na zegarze. I — kobieto — pozwól sobie się popłakać. Nie tylko na mecie. Na każdym kilometrze, na którym tego potrzebujesz.
Polecam Ci jeszcze moją odpowiedź na pytanie, czy biegające mamy nie wariują — bo ja, na trasie półmaratonu, naprawdę przez chwilę pomyślałam, że tak.
Najczęstsze pytania
Czy warto biec pierwszy półmaraton na czas?
Nie. Pierwszy półmaraton to nie wyścig z zegarem, tylko z głową. Jeżeli ustalisz sobie ambitny czas, zbyt szybko ruszysz na starcie i z bardzo dużym prawdopodobieństwem trafisz na ścianę na 17-19 kilometrze. Lepiej założyć szeroki przedział czasowy (np. 2:10-2:25), zacząć wolniej niż czujesz, że możesz, i ostatnie 5 kilometrów dobiec spokojnie. Cel pierwszego półmaratonu to przede wszystkim przekroczyć metę z uśmiechem, a nie z rozpaczą.
Jak się ubrałam na pierwszy półmaraton?
Sprawdzony zestaw, w którym biegłam ostatnie 4 long runy: koszulka techniczna z krótkim rękawem, krótkie spodenki, długie skarpetki za kostkę, sportowy stanik (sprawdzony!), czapka z daszkiem (do trzymania włosów), zegarek z GPS. Żadnych nowości na zawodach — każdy element był przebiegany wcześniej. Dla pewności miałam też w plecaku rękawiczki i opaskę na uszy, których ostatecznie nie założyłam, bo było cieplej niż prognozowano.
Co jadłam i piłam podczas pierwszego półmaratonu?
Śniadanie 2,5 godziny przed startem: owsianka z bananem, miodem i masłem orzechowym. Pół godziny przed startem: mały banan i kawa. W trakcie biegu: po pół kubka izotoniku i wody na każdym z 4 bufetów, plus jeden żel energetyczny na 14. kilometrze (ten sam, który testowałam na long runach). Po mecie: kanapka bananowa, woda, banan. Nic nowego, niczego nie próbuj pierwszy raz w dniu startu.
Czy dzieci rozumieją, że mama biegnie tak długo?
Moja siedmioletnia córka rozumie i była dumna — sama zrobiła transparent i pilnowała tatę przy stacji benzynowej, żeby się nie spóźnili. Czterolatek nie do końca, ale wyczuwał ważność dnia. Klucz to przygotować je wcześniej: tłumaczyć przez kilka dni, pokazać medal, opisać, że mama będzie biegła długo i będzie zmęczona, ale wróci. Po starcie — krótka uroczystość w domu (medal na ścianie, ciasto, opowieść). Dla dzieci to nie tyle „mama biegała", ile „mama zrobiła coś trudnego i się udało" — i to jest cenna lekcja sama w sobie.
Czy popłakałam się na mecie?
Tak. I jeszcze przed metą. Pierwsza łza poleciała na 8. kilometrze, gdy zobaczyłam męża z dziećmi i transparent. Drugi raz — na ostatnich 800 metrach, gdy w głowie coś we mnie pękło z ulgi. Trzeci raz — przez 5 minut na trawniku po mecie. To nie były łzy bólu ani fałszywego sentymentu — to była fizjologia organizmu, który właśnie zrobił rzecz przekraczającą jego dotychczasowe możliwości. Połowa biegaczy wokół mnie robiła dokładnie to samo. Płacz na pierwszym półmaratonie to norma, nie wstydź się go.