Bieganie 15 lutego 2026 7 min czytania 3 125 wyświetleń

Czas na trening — jak mama dwójki znajduje godzinę dla siebie

„Magda, ale skąd ty masz na to czas?” — to pytanie dostaję najczęściej. Skądś. Z jakiegoś miejsca, którego pięć lat temu nie umiałam zobaczyć, a dziś mam tam swoje 3,5 godziny tygodniowo. Pokażę ci, jak je wycięłam z dnia, w którym wszyscy mi mówili, że ich nie ma.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Budzik 5:30 na nocnej szafce, buty biegowe gotowe obok, kubek kawy w przedświtowym świetle

Zaczęło się od bardzo prostego rachunku. Wzięłam kalendarz tygodnia, narysowałam tabelę 7 kolumn × 24 wiersze i wpisałam, co robię w każdej godzinie. Sen — szare. Dzieci — pomarańczowe. Praca — niebieskie. Dom — fioletowe. M. — różowe (mało, bo niewiele). Magda dla siebie — chciałam zostawić zielone, ale nie miałam co kolorować. Cała siatka była gotowa, kolorów masa — i nigdzie ani jednej zielonej minuty.

Wtedy zrozumiałam coś, czego dotąd nie widziałam: czas dla siebie nie znajduje się sam. Trzeba go wyciąć. Nie ze snu, bo to się mści. Nie z dzieci, bo to się mści podwójnie. Nie z pracy, bo się traci pracę. Trzeba wyciąć go z marginesów — z minut, które są niczyje, z godzin, które są szare. W moim przypadku tymi marginesami były: rano przed wszystkimi, wieczorem po wszystkich, oraz weekend gdy M. zostaje z dziećmi. Pokażę po kolei.

Margines pierwszy: 5:30 rano, gdy wszyscy śpią

To mój główny czas na trening. Nieoczywisty, niełatwy, ale najbardziej przewidywalny. Wstaję o 5:30, sześć dni przed dziećmi (M. wstaje o 7:00, syn o 7:15, córka około 7:30). Mam więc półtorej godziny, w której nikt mi niczego nie chce. Nie ma maili. Nie ma telefonów. Nie ma listy obowiązków, bo cały świat śpi. Jest tylko buty, kurtka, klucz, drzwi i pętla, którą kocham.

To nie zaczęło się jako wybór — zaczęło się z konieczności. Próbowałam biegać wieczorami; po dwóch tygodniach okazało się, że po położeniu dzieci spać jestem tak zmęczona, że nie umiem już tego zrobić. Próbowałam biegać w południe; nie da się, bo praca i dom. Próbowałam biegać w trakcie drzemek dzieci; udawało się raz w miesiącu, bo drzemki są nieprzewidywalne. Zostało 5:30 rano.

Pierwszy tydzień był horrorem. Drugi był piekłem. Trzeci — okazało się, że organizm zaczął mnie sam budzić o 5:25, jeszcze przed budzikiem. Czwarty — że wracałam do domu o 6:50 z lepszym humorem niż kiedyś o 11:00. Po dwóch miesiącach byłam „ranną biegaczką” — kategoria osób, której wcześniej nienawidziłam, a której dziś nie wymienię na nic.

Margines drugi: 21:00, gdy wszyscy zasnęli

Wieczorne treningi to mój rezerwowy plan. Nie zawsze działają, ale czasem są zbawieniem. Kiedy dzień się rozpadł, kiedy dzieci miały popołudnie z piekła, kiedy poranny trening odpadł — wieczorem zostaje margines drugi.

O 21:00 dzieci są spać (córka czasem dłużej czyta, ale leży w łóżku). Praca skończona. M. na kanapie z piwem i meczem. Zakładam strój, który leży gotowy w korytarzu (o tym za chwilę), wychodzę, biegam 30–40 minut wokół osiedla, wracam, biorę szybki prysznic, kładę się o 22:30. Wieczorne treningi działają na rozluźnienie, nie na formę. Tempo wolne, dystans krótki, oddech przez nos. Wracam wykończona, ale śpię jak głaz.

Problem z wieczornymi: w zimie ciemno (latarka na biodrze obowiązkowa), w lecie komary, w słocie deszcz. Ale jeśli mi nic nie wychodzi rano i tygodniowo nazbiera się 0 treningów do środy — wieczorny trening jest lepszy niż żaden. To jest zasada nadrzędna nad wszystkimi innymi: niedoskonały trening wykonany jest lepszy niż doskonały trening pominięty.

Margines trzeci: weekend, gdy M. bierze dzieci

Weekend to święte 1,5–2,5 godziny soboty rano lub niedziela po południu, kiedy M. zostaje z dziećmi solo. To jest umowa, którą wypracowałyśmy z M. i którą szanujemy oboje.

Sobotnia długa pętla wychodzi się o 6:30, wraca o 8:30 albo 9:00. M. robi w tym czasie dzieciom śniadanie, ogląda z nimi bajki, w lecie wychodzi na plac zabaw. Wracam spotniała, głodna i szczęśliwa — i przez resztę dnia jestem z nimi w stu procentach. Ten układ działa najlepiej, kiedy M. ma swoje 1,5–2 godziny w niedzielę (basen, mecz piłki, raz w miesiącu wieczór z chłopakami). Wymiana czasu między partnerami jest fundamentem rodziny, której każde z dwojga ma jeszcze jakąś własną rzecz poza dziećmi. Doceń ojca, powiedz mu dziękuję, kup mu czasem ulubione piwo. To są godziny, których nikt ci za darmo nie da.

Hacki, które ratują mi tydzień

Logistyka biegania mamy dwójki to nie tylko kiedy. To też jak — żeby między „obudzeniem” a „wyjściem” było jak najmniej tarcia. Tarcie zabija nawyk. Każde dodatkowe „trzeba poszukać”, każda dodatkowa decyzja, każdy moment myślenia „a może dziś odpuszczę” — kosztuje energię, której rano nie masz. Spisałam więc małą listę hacków, które trzymam u siebie do dziś.

  • Wieczorem ułóż strój — koszulkę, spodenki, sportowy stanik, skarpetki, czołówkę (jeśli rano ciemno). Wszystko leży na krześle przy łóżku. Rano nie szukasz niczego. Wstajesz, ubierasz się po ciemku, idziesz.
  • Buty przy drzwiach — gotowe, ze sznurówkami zawiązanymi tak, żeby się tylko nasunąć. Nie szukasz drugiego buta pod łóżkiem dzieci.
  • Klucze na hak nad butami — żeby nie biegać po domu w kurtce.
  • Zegarek/aplikacja włączone wieczorem — niech rano startują samym kliknięciem. Każda dodatkowa konfiguracja to dodatkowe 30 sekund myślenia.
  • Butelka wody w lodówce — rano wypijesz pół, drugą połowę zabierzesz na trasę.
  • Banan w torbie owocowej — żeby był na widoku. Pusty żołądek źle bieg pamięta.
  • Mała kawa w termosie z wieczora — dla mnie to luksus, ale działa: wstaję, łyk kawy, wychodzę. Trzy minuty zaoszczędzone.

Gdy wszystko leży gotowe, moja decyzja rano sprowadza się do jednej: wstaję czy nie. To jest jedyna decyzja, na którą mam siłę o 5:25. Wszystko inne dzieje się automatycznie.

Co zrobić, gdy dzień się rozpadł

Niektóre tygodnie są po prostu trudne. Dziecko choruje. M. pracuje do wieczora trzy dni z rzędu. Ja sama mam okres, migrenę, biorę dwa dni spóźnionego snu. Plan się sypie. Co wtedy?

Moja zasada: zamiast nic, zrób mniej. Nie ma czasu na pełny trening 45 minut? Zrób 15 minut interwału — 5 minut rozgrzewki marszem, potem 5 razy 1 minuta szybko / 1 minuta truchtem, 2 minuty wyciszenia. Razem 15 minut, efekt sercowo-naczyniowy prawie jak po 40-minutowym biegu spokojnym. Nie ma czasu na 15 minut? Zrób 8-minutowy spacer szybkim tempem wokół bloku. Nie ma 8 minut? Zrób 20 przysiadów w salonie między goleniem zębów a pójściem do łóżka.

Sens jest jeden: utrzymać nawyk. Nawyk umiera nie w dniach trudnych — umiera w pierwszej dziurze, którą się wybaczy. Jak raz odpuścisz cały tydzień bez ratowania niczym małym, łatwiej będzie odpuścić kolejny. Drobne aktywności trzymają linię. To jest hack życia, nie tylko biegania.

Co odpaść trzeba — żeby trening się utrzymał

W moim życiu, żeby zmieścić 3,5 godziny biegania tygodniowo, musiały odpaść inne rzeczy. Spiszę je uczciwie, bo ten wpis ma być prawdziwy, nie różowy.

Odpadł mi wieczorny scrollowanie telefonu od 21:30 do 23:00. To było przed bieganiem 1,5 godziny każdego dnia, czyli 10 godzin tygodniowo. Dziś to są 4 godziny tygodniowo, max — bo idę spać o 22:00, żeby wstać o 5:30. Odpadły mi długie kawy z koleżankami w popołudnia. Kawy zostały, ale szybsze, jednogodzinne. Odpadł mi wieczorny serial — jeśli oglądam film z M., to zwykle w piątek wieczorem, kiedy następnego dnia nie wstaję.

Odpadły mi też dwie godziny tygodniowo generalnego perfekcjonizmu w domu. Już nie odkurzam dwa razy w tygodniu, tylko raz. Już nie składam wszystkich par skarpetek z prania, tylko wrzucam je do koszyka i wyjmuję parami przy obuwaniu. Już nie chodzę na uciążliwe rodzinne wizyty u dalszych krewnych (M. też). Każda godzina odzyskana z perfekcjonizmu jest godziną dla siebie. Nie trzeba na to przeznaczać biegania — można na to też przeznaczyć czytanie, fotografowanie, wylogowanie się, spacer.

Najczęstsze przeszkody i moje krótkie odpowiedzi

Na końcu zostawię ci listę. Każda kobieta, której pomagałam w pierwszych miesiącach biegania, mówiła te same trzy zdania. Tu są.

  • „Mąż jeszcze śpi, czuję się winna”nie czuj się. Mąż jeszcze śpi i żyje. To, że ty wstajesz wcześniej, nie jest grzechem. Jest twoją decyzją. M. śpi sześć dni w tygodniu do 7:00, ja śpię raz w tygodniu do 7:00 (niedziela). Sprawiedliwie? Nie. Działa? Tak. Bo M. ma swoje wieczory, ja swoje poranki. Każdy negocjuje swoje.
  • „Dziecko się obudzi, gdy mnie nie będzie” — może. Wtedy M. wstanie. Albo dziecko zaśnie znowu. Sprawdziłam: moje 5:30–6:50 jest tym czasem, w którym dom śpi z największą stałością. Pierwsza pobudka mojego dziecka w mojej historii biegania to było 6:35, jeden raz w 4 lata. Nie panikuj.
  • „Sąsiedzi pomyślą, że jestem dziwna” — pomyślą tylko w pierwszym tygodniu. Po dwóch miesiącach przestaną zauważać. Nikt nie pamięta cudzych poranków. Nawet jak są regularne.

Reszta to po prostu systematyczność. Buduje się ją tygodniami, traci w trzy dni, odbudowuje miesiącami. Dlatego najlepszą strategią jest nigdy nie tracić serii. Choćby 15 minut. Choćby z mokrymi włosami po prysznicu, gdy spóźnisz się 5 minut do roboty. Lepsze niż dziura.

Bieganie to czas, nie kondycja

Na końcu chcę powiedzieć rzecz, którą dziś rozumiem lepiej niż pięć lat temu. Bieganie nie jest sprawą kondycji. Kondycja przyjdzie. Bieganie jest sprawą kalendarza. Kobiety, które rezygnują, nie rezygnują dlatego, że nie umieją biegać — rezygnują dlatego, że nie umiały sobie ułożyć tygodnia tak, żeby bieganie miało gdzie być.

Ułożenie tygodnia jest pierwszym, najważniejszym, najtrudniejszym treningiem. Trwa kilka tygodni. Nie ma w nim spektakularnych efektów, nie nakręcisz reelsa, nie pochwalisz się selfie z mety. Ale bez niego cała reszta nie istnieje. Buty są tańsze niż czas. Plan biegowy jest łatwiejszy niż plan dnia. Pierwsza zwycięska decyzja to ta, w której wpiszesz w kalendarz „bieg 5:30, wtorek, czwartek, sobota” — i potem przez 12 tygodni nie usuniesz tego wpisu.

A jeśli w tygodniu, w którym masz biegać, nie wybiegasz żadnego treninguprzeczytaj sobie raz jeszcze mój tekst o różnicy między muszę a chcę. Albo o tym, biegasz-czy-stoisz-i-patrzysz. Pomoże. Pomoże ci wrócić, bo wszystkie kobiety, które kiedykolwiek biegały, kiedyś też nie wybiegały. Każda wraca. Ja wracałam wielokrotnie. Wstanę jutro o 5:30 i tym razem też wrócę. Idź ze mną — mając swoje własne 5:30, gdziekolwiek je masz w tygodniu.

A potem szybki prysznic, domowy izotonik, kanapka z hummusem na śniadanie i dzień, który zaczyna się w innym samopoczuciu, niż gdy się go zaczyna od telefonu. Reszta wynika z porządku. Naprawdę.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

O której najlepiej biegać, gdy mam małe dzieci?

Wcześnie rano (5:30–6:30) lub wieczorem (21:00) po położeniu dzieci spać — to dwie pory, które najczęściej działają u mam. Poranna ma przewagę: dom śpi, telefony milczą, najwyższa stałość. Wieczorna ma przewagę: jeśli dzień był ciężki, bieg pomaga rozluźnić napięcia i lepiej zasnąć. U mnie 80% treningów to poranek, 20% wieczór jako rezerwa. Spróbuj obu wariantów przez 2 tygodnie i zobacz, co działa lepiej w twoim domu.

Jak nie zwariować, kiedy plan treningowy się rozsypuje?

Zasada: lepiej krótszy trening niż żaden. Jeśli rozsypał się tydzień, zrób w sobotę długi bieg, żeby uratować formę. Jeśli rozsypał się dzień, zrób 15 minut interwału zamiast 45 minut spokojnego biegu. Jeśli rozsypała się godzina, zrób 8-minutowy szybki spacer wokół bloku. Sens: utrzymać nawyk, nie idealny plan. Idealne plany w macierzyństwie nie istnieją. Praktyczne plany owszem.

Czy partner musi się zaangażować, żeby mama mogła biegać?

Tak — w jakimś stopniu. Bieganie 3 razy w tygodniu wymaga, żeby ktoś zostawał z dziećmi w te 30–60 minut, kiedy biegniesz. Najczęściej to oznacza: 2 poranki w tygodniu, kiedy partner wstaje 30 minut wcześniej + 1 sobotni długi bieg, kiedy partner robi sam śniadanie. To umowa do negocjacji, ale bez niej trudno utrzymać systematyczność. Zaproponuj mu w zamian jego godziny — basen, mecz, raz w miesiącu wieczór z chłopakami. Wymiana czasu w parach to fundament.

Co zrobić, jeśli mąż pracuje na zmiany i nie ma stałych godzin?

Trudniej, ale się da. Trzymaj się dni stałych (np. wtorek, piątek, sobota), planuj treningi na te dni z największą szansą wsparcia. W dni, kiedy partner wyjeżdża, odpuść lub przerzuć trening na bieg z wózkiem (jeśli dziecko jest w wieku wózkowym). Z dwójką starszych dzieci możesz też włączyć je w aktywność: krótka wspólna wyprawa rowerem (one) plus twoje truchtanie obok. Nie zawsze pełny trening, ale ruch — tak.