Wstałam o 4:45, choć budzik nastawiłam na piątą. Każda mama biegaczka, która szła na pierwszy maraton, wie, jak to wygląda — leżysz w ciemności i liczysz belki na suficie, a w głowie kołują wszystkie najgorsze scenariusze. Co jeśli sznurówka pęknie, co jeśli pójdę za szybko, co jeśli skurcz na trzydziestce, co jeśli, co jeśli, co jeśli. M. spał obok, równo, z ramieniem przerzuconym przez moje. Tego dnia czekały na mnie 42 kilometry i 195 metrów — i ani ja, ani żaden trener świata nie wiedział, czy je przebiegnę.
Dziś, kilka tygodni po starcie, próbuję spisać ten dzień kilometr po kilometrze. Już teraz pamięć się rozmywa — wczoraj jeszcze pamiętałam każdy oddech na 27. km, dziś już nie. Spisuję pamiętnik tak, jak go zapamiętałam, bez koloryzowania. Bo na pierwszym maratonie człowiek przeżywa rzeczy, których się nie wymyśla i których potem nie chce zapomnieć.
4:45 — kuchnia, owsianka, drżące dłonie
Owsiankę zjadłam w kuchni przy kuchence, stojąc, w skarpetkach. Banan, miód, masło orzechowe — dokładnie ten sam zestaw, który jadłam przed każdym long runem przez ostatnie 16 tygodni. Zero eksperymentów, koniec dyskusji. Pół kawy z mlekiem. Szklanka wody z odrobiną cytryny. Toaleta dwa razy w piętnaście minut. Próba medytacji w fotelu, której nie skończyłam, bo trzęsły mi się dłonie tak, że nie umiałam ich utrzymać na kolanach.
M. wstał o 5:30, potargany, w piżamie z napisem „NAJLEPSZY TATA" — prezent od córki, o tym dniu pisałam już osobno. Bez słowa zrobił mi drugą kawę. Założył kurtkę na piżamę, wyniósł moją sportową torbę do bagażnika, ustawił dzieciom misie obok poduszek i o 6:00 jechaliśmy do strefy startu. Auto pachniało termosem, dzieci spały jak susły na fotelach, ja patrzyłam przez okno na świt, którego nie umiałam ocenić.
7:30 — strefa startu, sektor C, kobieta z czerwoną opaską
Wystartowałam z miasta wojewódzkiego — nazwy nie podaję, bo nieistotne, a w internecie i tak każdy zgadnie. Strefa startu na rynku, około 8000 zawodników, sektory A–E. Ja w sektorze C, planowany czas 4:25–4:40. Pakiet odbierałam w piątek — koszulka biegowa szara z czerwonym napisem, numer 4382, plecak depozytu z numerem szatni 174.
W sektorze obok stała kobieta moich lat, w czerwonej opasce na włosach. Spojrzałyśmy na siebie naraz, ona zapytała pierwsza: „pierwszy?". Skinęłam głową. „Mój też. Mam dwoje, najmłodsze tu z mężem czeka. A ty?". „Mam dwoje. Córka 7, syn 4. Z M. czekają". Złapała moją dłoń, ścisnęła i powiedziała: „dobiegniemy, kobieto, dobiegniemy". Imienia nie pamiętam, ale ten uścisk czuję do dziś.
O 8:25 zagrał Mazurek Dąbrowskiego. O 8:30 — sygnał. Sektor A ruszył pierwszy, B po dwóch minutach, my w C — po czterech. Pierwsze 200 metrów to przepychanka, setka — rytm. I pobiegłam.
Kilometry 1-10 — rozsądek, którego się trzymałam
Plan był jasny i przećwiczony: pierwsze 10 km wolniej, niż chcesz. 6:15 na kilometr, czyli o 15 sekund wolniej niż mój półmaratoński rytm. „Magda, oszczędzaj się" — powtarzałam co minutę. Co minutę. Co minutę. Bo każdy nowicjusz po dwóch półmaratonach myśli, że umie biegać, i każdy się tu kończy.
Kilometr 5 — 31:12, perfekcyjnie. Kilometr 8 — przez most, słońce w lewo, M. miał z dziećmi czekać na 12. km. Kilometr 10 — 62:08, dokładnie tak, jak zaplanowałam. Czułam się świeżo. Mówię z całą szczerością: po 10 kilometrach maratonu czułam się tak, jakbym dopiero zaczynała. To jest też ostrzeżenie tego tekstu — bo właśnie ten moment ośmiela do błędów, których potem płaci się cenę po 30. kilometrze.
Kilometry 11-21 — półmaraton, który był łatwy
Na 12. kilometrze zobaczyłam M. z dziećmi. Stali pod McDonaldem (nazw McDonalda zawsze się pamięta). Córka miała tabliczkę „MAMA NIE WAŻ SIĘ ZWALNIAĆ" napisaną mazakiem (M. pomógł, frazę wymyśliła sama). Syn machał chorągiewką. M. uniósł kciuk, dotknęłam dłoni córki, pobiegłam dalej. Nie zatrzymałam się — nauczyłam się tego z półmaratonu, zatrzymanie zabiera ci więcej energii niż samo bieganie.
Kilometry 11–21 były moimi ulubionymi kilometrami tego dnia. Czułam tempo, czułam oddech, czułam flow. Mijałam ludzi, ludzie mijali mnie, byłam gdzieś w środku peletonu, w komfortowej średniej. Półmaraton zamknęłam w 2:11:18 — czas, który jeszcze rok temu byłby moim rekordem życiowym, a tu pojawił się po prostu po drodze. M. z dziećmi przeniosły się tymczasem na 24. kilometr.
Na 21. kilometrze pomyślałam jedną zdradzieckie zdanie: „może jednak będzie łatwo?". Trzy minuty później maraton zaczął się naprawdę.
Kilometr 25 — banan, izotonik i pierwsze ostrzeżenie
Na 25. kilometrze stała zaopatrzeniówka — woda, izotonik, banany porcjowane, żele energetyczne. Wzięłam pół banana i kubek izotoniku. Banan był rozjechany na blacie tak, że rozsypał mi się w dłoni — śmiem twierdzić, że to ten sam, którego okruchy znalazłam wieczorem w kieszeni spodenek. Zjadłam co się dało, popiłam, pobiegłam dalej. Kilometr 26, 27, 28 — tempo zaczęło lekko spadać, ale wciąż w bezpiecznych granicach. Czułam, że nogi trochę odmawiają, ale wciąż były to mięśnie, nie głowa.
Na 29. kilometrze przyszła pierwsza panika. Łydka prawa zaczęła kłuć — nie skurcz, zapowiedź skurczu. Przyspieszyłam oddech, świadomie zwolniłam tempo do 6:35, próbowałam rozluźnić ramiona. Pomogło. To, co wzięłam za skurcz, było ostrzeżeniem, że pierwsze 28 kilometrów wzięłam jednak za pewnie. Glikogen się kończył. Ciało zaczynało prosić.
Kilometr 30 — ściana, której się tak bałam
O ścianie czytałam w każdej relacji. 30. kilometr maratonu. Glikogen wyczerpany, organizm przestawia się na spalanie tłuszczu, mózg krzyczy „zatrzymaj się". Wiedziałam, że to przyjdzie. Wiedziałam, kiedy. A jednak — kiedy weszło, weszło tak, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch.
Kilometr 30 zaczął się od dziwnego uczucia w głowie. Jakby cienka warstwa filcu rozłożyła mi się między oczami a światem. Dźwięki kibiców dochodziły jakby z innego pokoju. Tempo spadło z 6:35 na 6:55, potem na 7:10, potem na 7:30. Mięśnie czworogłowe nóg zamieniły się w drewno. Każdy oddech bolał. W głowie odezwał się głos, którego nigdy wcześniej u siebie nie słyszałam — „zatrzymaj się, usiądź na ławce, nikt cię nie potępi, koniec, koniec, koniec".
Na 31. kilometrze minęłam mężczyznę, który leżał na trawniku obok trasy. Wolontariuszka biegała wokół niego, ktoś z medykami. Ten obraz spowodował, że wzięłam się w garść. „Jeszcze nie jestem nim. Jeszcze biegnę. Jeszcze". Powtarzałam to przez 200 metrów, kładąc stopę za stopą.
Kilometr 32 — banan na asfalcie i baba, która mnie zbawiła
Kilometr 32 był punktem zaopatrzenia numer cztery. Wzięłam żel energetyczny — pierwszy raz tego dnia (i ostatni raz w życiu, bo do dziś nie znoszę smaku malinowego) — i kawałek banana. Banan wypadł mi z ręki, rozjechał się o asfalt zaraz przy mojej stopie. Krzyknęłam „cholera!". Z drugiej strony stoiska kobieta lat sześćdziesiąt parę, w fartuszku organizatora, podała mi drugą połówkę bez słowa.
„Dziewczyno, jedz, idź dalej", powiedziała. „Mam wnuczkę w tym samym wieku co ty. Dawaj". Zjadłam tę połówkę z jej ręki dosłownie. Skinęła głową, uśmiechnęła się, klepnęła mnie w ramię. Pobiegłam dalej, z bananem w gardle, ze łzami, których nie mogłam sobie pozwolić. „Nie płacz, Magda, bo zapchasz nos i nie pobiegniesz". Posłuchałam siebie.
Pomiędzy 30. a 35. kilometrem maratonu człowiek przestaje być sobą i staje się skupioną wolą do następnego kroku. Nie ma już planu, nie ma tempa, nie ma czasu. Jest tylko stopa, która musi się unieść i opaść. Stopa za stopą. Tak długo, aż meta.— z mojego notesu, niedzielny wieczór po starcie
Kilometry 35-39 — agonia mięśnia czworogłowego
Bolało wszystko. Nogi — bezdyskusyjnie. Plecy — nagle, na 36. km, jakby ktoś mi włożył kij za koszulkę. Brzuch — od żelu, którego się nie spodziewał. Ramiona — od tego, że już od dziesięciu kilometrów trzymałam je nienaturalnie sztywno. Buty, które dotąd były wygodne, zaczęły mi zawadzać tak, jakby były o numer mniejsze. W kilometrze 37 zrozumiałam, dlaczego ludzie po pierwszym maratonie mówią, że „nigdy więcej".
Mijała mnie wtedy kobieta około pięćdziesiątki, w czarnej koszulce z napisem „BABCIA" — poważnie, miała taki napis. Powiedziała w przelocie: „dziewczyno, jeszcze 5 km, jeszcze dasz radę". Pobiegłam za nią — była dla mnie kotwicą do końca. Babciu z czarnej koszulki, jeśli kiedyś trafisz na ten blog — dziękuję. Bez ciebie zrobiłabym sobie dłuższą przerwę i już bym nie wstała.
Kilometr 40 — wszystko boli, ale meta widoczna
Na 40. kilometrze pojawił się znak „OSTATNIE 2 KM". Zegarek pokazał 4:18:42. Czas planowany na metę — 4:25–4:40. Wiedziałam, że ostatnie 2 km zajmą mi co najmniej 14 minut, możliwe że więcej. Nie obchodziło mnie to. Nie biegłam już z czasem. Biegłam z M., z dziećmi, z mamą, która przyjechała z drugiego końca Polski i czekała na mecie w kurtce, której wcześniej nie znałam.
Kilometr 41 to była najwolniejsza minuta mojego życia biegowego — 8:12 na kilometr. Szłam co kilka kroków. Biegłam co kilkanaście. Powtarzałam „meta, meta, meta" jak mantrę. Mijałam transparenty, których nie czytałam, mijałam stacje, których nie tknęłam. Słyszałam tylko swój oddech i swój krok. Reszta świata zniknęła.
Meta — 4:38:14 i moment, w którym pęka tama
W kilometrze 42 zobaczyłam łuk mety. Tłum kibiców gęstniał. Słyszałam swoje imię z głośników — „MAGDA, NA OSTATNIE METRY!". M. stał przy barierce z synem na ramionach. Córka obok z tabliczką „MAMA TY MOŻESZ". Mama — moja mama — stała trzy metry dalej z chusteczką w ręku. Trzy pokolenia kobiet patrzyły na mnie, gdy biegłam ostatnie 50 metrów.
Przekroczyłam metę o 4:38:14 — dwie minuty po planowanym górnym przedziale. Na zegarku tego nie zauważyłam. Po pięciu metrach zobaczyłam wolontariuszkę z medalem. Pochyliła się, założyła mi go na szyję. „Brawo, kobieto. Pierwszy?". Skinęłam głową. „Pamiętaj — pierwszy się pamięta najbardziej".
I wtedy pękło. Łzy, które trzymałam od 30. kilometra, poszły wszystkie naraz. Nie cicho — głośno, z chlipaniem. M. przebiegł przez barierkę (zwykle nie wolno, ale tego dnia widząc mój stan wolontariuszka tylko skinęła głową). Wziął mnie w ramiona, syn na jego rękach krzyczał „MAMA WYGRAŁA!", córka biegła obok z papierowym kubkiem wody. Mama nie powiedziała nic. Przytuliła mnie i płakała ze mną.
Usiadłyśmy z mamą na bordurze koło mety. Nie ruszyłam się stamtąd przez 20 minut. Mama trzymała mnie za rękę i mówiła rzeczy, których nie zapamiętałam. Patrzyłam, jak wbiegają kolejni biegacze. Patrzyłam, jak wbiega ta babcia w czarnej koszulce — klasnęłam jej, choć ledwo umiałam unieść ręce. Kiwnęła głową w moją stronę. Szukałam też pani z czerwoną opaską z mojego sektora, ale tłum mi ją zasłonił.
W aucie do domu, czyli pierwsze „nigdy więcej"
W samochodzie, owinięta folią termiczną, z medalem na szyi, z bananem niedojedzonym w dłoni, wypowiedziałam pierwszą myśl po maratonie: „nigdy więcej". M. roześmiał się: „Magda, mówiłaś tak po pierwszym półmaratonie i zapisałaś się trzy dni później na drugi. Wiem, jak to działa".
Miał rację. Pięć dni później zapisałam się na kolejny maraton — wiosenny, za rok. M. tylko popatrzył na ekran komputera i pokiwał głową: „wiedziałem". Maraton, którego się tak bałam, ten, który mnie tak zbolał, ten, który mnie tak zmienił, wciągnął mnie tak mocno, jak nic dotąd. Kto pisze, że biegacze maratońscy są wariatami — ma rację, ale to nie oskarżenie. To diagnoza, pod którą sami się podpisujemy z dumą.
Co wzięłabym z tego dnia
Dziś gdybym miała sobie sprzed dnia napisać list, brzmiałby tak: Magda, pierwsze 21 km biegnij wolniej, niż sądzisz. Drugie 21 km biegnij głową, nie nogami. Bój się mniej ściany — przyjdzie i tak, ale przejdzie. Pamiętaj, że banan z ręki obcej kobiety na 32. km będzie tym, co zapamiętasz najbardziej. Pamiętaj, że babcia w czarnej koszulce cię uratuje. Pamiętaj, że M. z dziećmi i mama na mecie to są twoi najprawdziwsi kibice w świecie. Płacz na mecie. Każdy płacze. Tylko dziwacy nie płaczą po pierwszym maratonie.
A jeśli ty czytasz ten tekst i ostatnie 40 dni przed maratonem masz właśnie przed sobą — pobiegniesz. Może wolniej, niż chcesz. Może pęknie ci łza wcześniej, niż na mecie. Może powiesz „nigdy więcej" w aucie do domu. Ale pobiegniesz. A potem wrócisz. Każda mama biegaczka wraca. Sprawdzone na mnie i na pani z czerwoną opaską z mojego sektora, której nawet imienia nie zapamiętałam. Po więcej z mojego biegowego pamiętnika polecam jeszcze moją pierwszą dychę — ten poranek listopadowy w przemoczonych butach, od którego się to wszystko zaczęło.
Najczęstsze pytania
Czy pierwszy maraton można pobiec po dwóch półmaratonach?
Tak, jeśli masz solidną bazę — minimum 30–40 km tygodniowo przez kilka miesięcy plus dwa ukończone półmaratony to dobry punkt wyjścia. Klucz to pełen cykl przygotowań: 16–20 tygodni z długimi biegami stopniowo wydłużanymi do 30–32 km i 2–3 tygodnie taperu. Ja przygotowywałam się 6 miesięcy po dwóch półmaratonach i dobiegłam, ale nie obyło się bez ściany na 30. kilometrze i wolniejszego końca. Nie da się przebiec maratonu z marszu — ciało potrzebuje czasu na przyzwyczajenie do dystansu.
Co to jest ściana w maratonie i jak ją przejść?
Ściana to wyczerpanie zapasów glikogenu, zwykle przychodzi między 28. a 32. kilometrem. Objawy: gwałtowny spadek tempa, mętlik w głowie, drewniane mięśnie czworogłowe nóg, dezorientacja, silne pragnienie zatrzymania się. Jak przejść: wcześniej (od 16. km) regularnie pij izotonik na każdym bufecie, weź żel energetyczny około 14. i 28. km, oddech głęboki i równy, świadomie zwolnij tempo o 30–60 sekund/km. Ściana minie po 3–5 kilometrach — trzeba ją po prostu przejść metodą drobnych kroków.
Co jeść i pić podczas maratonu?
Przed startem (2,5 h wcześniej): owsianka z bananem, miodem i masłem orzechowym. Pół godziny przed: banan i mała kawa. Na trasie: pij na każdym bufecie (zwykle co 5 km) — pół kubka izotoniku, pół wody. Żele energetyczne — 1 na każde 8–10 km biegu po 14. kilometrze (czyli 2–3 żele w trakcie maratonu). Banan na 25. lub 32. km — opcjonalnie. Niczego nowego w dniu startu — wszystko musi być przebadane na long runach.
Ile czasu zajmuje regeneracja po pierwszym maratonie?
Minimum 3 tygodnie zerowego biegania — pierwszy tydzień tylko spacery i drzemki, drugi lekkie rozciąganie i dłuższe spacery, trzeci tydzień można zacząć krótkie truchty 3–5 km. Pełna regeneracja mięśniowa zajmuje 4–6 tygodni, hormonalna i mentalna nawet 2–3 miesiące. Drugi maraton planuj minimum 4 miesiące po pierwszym, idealnie 6 miesięcy. Maraton kosztuje organizm tyle, co poród — i tak samo trzeba się po nim porządnie odbudować.