Były takie dwa lata, kiedy mówiłam o sobie: „zaczęłam biegać”. Nie „biegam” — mózg jeszcze tego nie kupił. „Zaczęłam” — tak, jakbym wciąż była na pierwszej stronie. Po roku biegania trzy razy w tygodniu po pięć kilometrów wciąż patrzyłam na siebie jak na nowicjuszkę i myślałam, że jeszcze — jeszcze — jeszcze — nie jestem gotowa.
Potem przyszła ta listopadowa niedziela. Lokalny bieg na 10 km, w naszym miasteczku, sześćdziesiąt parę osób na starcie, organizator-emeryt z megafonem, zegar kupiony za pieniądze burmistrza i kawa w styropianowych kubkach na mecie. Zapisałam się w ostatniej chwili, bo koleżanka mnie do tego nakłoniła. Bo bałam się. Bo pomyślałam, że jak nie teraz, to nigdy. Wszystkie te trzy zdania były prawdziwe naraz — co u biegaczek się czasem zdarza.
Wieczór przed — czyli gdy człowiek nie śpi
Noc przed pierwszą dychą była długa. Położyłam się o 22:00, wstałam o 4:30, w międzyczasie przewracałam się ze trzy razy. M. przyglądał mi się z kanapy, kiedy w trzecim zerknięciu wyciągałam buty z szafy i sprawdzałam sznurówki: „Magda, to jest dycha. Nie igrzyska olimpijskie. Połóż się”. Położyłam się. Nie spałam.
Nad ranem przygotowałam śniadanie — owsianka z bananem, dwie kawy, szklanka wody. Córka wstała o 6:00 („mama, ja też chcę iść na bieg”) i siedziała ze mną w kuchni, w piżamie, ze swoim śniadaniowym misiem. To była nasza pierwsza wspólna pobudka „w sprawie maminych biegów”. Dziś, kilka lat później, mamy ich za sobą dziesiątki. Wtedy była ta jedna, pierwsza, w listopadowym mroku.
Start — strach większy niż przy ślubie
Na start dotarłam pół godziny przed czasem. Stadion przy szkole, około sześćdziesięciu numerów startowych, kolorowe koszulki klubów biegowych, których nazw nawet nie znałam. Czułam się obco. Wszyscy wyglądali, jakby tu byli sto razy. Każdy znał kogoś. Kobiety pożyczały sobie kremy ochronne na sutki, mężczyźni opowiadali sobie o startach w Krakowie i Sopocie. Ja stałam pod murkiem i powtarzałam w głowie: „dasz radę, dasz radę, dasz radę”.
Kiedy starter zawołał „zawodnicy na linię”, odetchnęłam tak głęboko, że mogłam usłyszeć powietrze w klatce piersiowej. Trzask startera. Sześćdziesiąt par stóp ruszyło naraz. Pobiegłam — za szybko, jak każdy nowicjusz. Pierwszy kilometr w tempie, w którym nigdy w życiu nie biegałam treningu. Drugi już lekko niżej. Trzeci — euforia.
Kilometry 3-7: euforia, słońce i poczucie, że umiem
Tych kilka kilometrów po starcie zostało mi w głowie tak wyraźnie, że umiem opisać je sekunda po sekundzie. Trasa wychodziła ze stadionu na ulicę wzdłuż rzeki, potem przez most, potem polną drogą wzdłuż lasu. Kibice stali na mostku — kilkunastu mieszkańców z kubkami herbaty, dzieci z balonami, miejscowy proboszcz w kurtce (potem mi powiedziano, że on co rok kibicuje, taki rytuał).
W kilometrze 4 zauważyłam, że mam siły. Naprawdę siły. Że tempo, które wybrałam za szybko, jakoś się utrzymuje. Że oddech, który na początku galopował, zaczął się układać. Że nogi pamiętają, że biegały. W kilometrze 5, kiedy pętla zawracała, zegar w punkcie zwrotnym pokazał mi 25:30. Nie dowierzałam. To było tempo szybsze, niż na żadnym treningu. Dosłownie roześmiałam się sama do siebie w środku trasy. Zrobiło to dziwne wrażenie na mężczyźnie, który mnie wtedy mijał.
Pierwsze siedem kilometrów pierwszej dychy to ten moment, w którym człowiek odkrywa, że naprawdę umie. Że to, czego się uczył pół roku po cichu, w mglistym świetle, w starych skarpetkach — działa. Że ciało zapamiętało. Że nogi wiedzą.— wspomnienie z notesu, listopad
Kilometr 8: ściana niedoświadczonego biegacza
A potem, w ósmym kilometrze, wszystko się posypało. Nie tak, jak posypała mi się ściana w półmaratonie (o tym napiszę kiedyś), bo tu nie chodziło o glikogen. Chodziło o to, że pierwsze siedem kilometrów przebiegłam za szybko i ciało powiedziało: „koniec”. Bok kłuł, oddech rwał się jak nitka, łydki zaczęły boleć w sposób, którego wcześniej nie znałam. Z 5:00 na kilometr tempo nagle spadło na 6:30, potem 7:00.
Minął mnie wtedy starszy pan — może sześćdziesiąt parę lat, w niebieskiej koszulce z napisem nazwy lokalnego klubu. Mijając, klepnął mnie w ramię i powiedział: „dziewczyno, to są pierwsze 10 km, masz prawo, oddychaj nosem, idź na trzy kroki, pójdź”. Posłuchałam. Trzy kroki marszu, pięć biegu. Trzy marszu, dziesięć biegu. To uratowało mi tę dychę. Niech ten pan wie, jeśli kiedyś czyta blog matki, że uratował mi ten dzień.
Ostatnie 2 km — najdłuższe 13 minut
Kilometry 8–10 są w mojej pamięci jak osobny film. Każdy ruch nogi był decyzją. Każde uderzenie stopy o asfalt — trzeba? kolejny? teraz tu?. Czas się rozciągnął jak guma. Wiedziałam, że jeszcze 1,5 km, ale oczy widziały trasę, jakby było 5 km. Słońce raziło, choć było niskie. Ludzie, którzy mnie wcześniej mijali, znikali za zakrętem.
W ostatnim kilometrze, na powrocie przez most, zobaczyłam M. z córką. Stali w tym samym miejscu, w którym potem wracałam z każdej kolejnej dychy w naszym mieście. Córka miała w ręce tabliczkę z napisem „MAMA DZIELNA” (M. pomógł jej napisać) i krzyczała: „MAMA, JESTEŚ ÓSMA!”. Nie wiedziałam, czy mówi o miejscu w klasyfikacji, czy o numerze startowym. (Potem się okazało, że mówiła o numerze. W klasyfikacji byłam 23.)
Metę przekroczyłam w czasie 1:05:42. Tempo średnie 6:34 na kilometr — wynik, który dziś bym ledwo wybiegła na rozgrzewce. Ale wtedy, w listopadowy ranek, na lokalnym stadionie, był to najlepszy czas w moim życiu. Bo był pierwszy. Bo był prawdziwy. Bo był mój.
Po mecie — łzy w styropianowym kubku
Dali mi za przekroczenie linii kubek herbaty z cukrem i jabłko. Usiadłam na ławce pod murkiem stadionu, z numerem startowym wciąż na koszulce. M. przyniósł mi koc i kawę z termosu, córka usiadła mi na kolanach i pytała, „czy boli”. Boli, mała, boli — i jeszcze jak. Ale uśmiechałam się tak, jak nie uśmiechałam od porodu córki.
Dostałam medal — szkło z laserową grawerką, trochę krzywą, ale moją. Zachowałam go. Wisi do dziś na haku obok klatki piersiowej, (zaraz, na ścianie nad biurkiem), i to on jest pierwszym z mojej kolekcji. Mam ich już sporo — z dwóch półmaratonów, z drugiej i trzeciej dychy, z biegów charytatywnych. Ale pierwszy medal jest pierwszy. Tego się nie rozstrzygnie żadnym czasem ani dystansem.
Co dycha dała mi naprawdę
Ludzie często pytają, co biegacz wynosi z pierwszego startu. Powiem szczerze. Nie wynosi formy — formy ma już tyle, ile sobie wyrobi. Nie wynosi techniki — technika dopiero się buduje. Nie wynosi prestiżu — bo lokalna dycha to bieg, na którym czeka cię herbata w styropianie, nie laureat-koronowany.
Wynosi się wiarę, że można. Że to, co przedtem było tylko „biegam sobie po pętli”, jest jednak czymś — bo da się stanąć na linii startu razem z innymi i dotrzeć na metę. Wynosi się też przynależność — od tego dnia jesteś jedną z nich, biegaczek; ktoś, kto rozumie, dlaczego się to robi, czemu się dwa razy zarywa noc przed startem, dlaczego po zawodach kupuje się za 5 zł kubek najlepszej kawy świata.
Wynosi się wspomnienie, na które się będzie potem wracać przez lata, w gorszych chwilach. Kiedy mam zły tydzień, kiedy nie idzie trening, kiedy nie chce mi się — wracam do tej listopadowej niedzieli. Pamiętam siebie zaraz po starcie, w dziwnej euforii kilometra 5, i mówię sobie: „umiesz, robiłaś to, dasz radę”. To działa lepiej niż jakakolwiek mantra z telefonu.
Dlaczego dycha pozostaje pierwszą miłością
Potem przyszły dłuższe dystanse. Pierwszy półmaraton — 21 kilometrów, dwie i pół godziny w nogach, łzy na mecie, sztandar zwycięstwa nad sobą. Drugi półmaraton bo zakochałam się w tym dystansie. Maraton w przygotowaniach, 40 dni do startu i panika z głową w Excelu. Każdy dystans inny, każdy ważny. Każdy uczy czegoś nowego.
Ale dycha — dycha jest inna. Dycha jest pierwszą miłością. Trzema literami, które mówią ci wszystko. Pierwszy raz, kiedy się sobą nie wstydziłaś przy linii startu. Pierwsza meta. Pierwszy medal. Pierwszy moment, w którym powiedziałaś sobie: „biegam” zamiast „zaczynam biegać”. Reszta jest historią, która z tej godziny i pięciu minut wynika.
Nie zapomnę, jak pierwszy raz wybiegłam w deszczu — to był początek. Ale dycha była dyplomem. Ten kwit z laserową grawerką wisi do dziś, a moja córka, która już ma siedem lat, czasem na niego patrzy i mówi: „mamo, to ten, kiedy ty pierwszy raz biegłaś, prawda?”. Tak, mała. Ten. Ten się liczy najbardziej.
A jeśli ty czytasz ten tekst i masz przed sobą swoją pierwszą dychę — nie bój się. Pobiegnij za szybko, jak każdy nowicjusz. Posypiesz się w ósmym, jak każda. Wstaniesz, dobiegniesz, dostaniesz styropianowy kubek herbaty i medal, którego nie zdejmiesz potem przez tydzień. A potem wrócisz po więcej. Każda wraca. Sprawdzone.
Najczęstsze pytania
Ile trzeba trenować, żeby przebiec pierwszą dychę?
Realistycznie 8–12 tygodni systematycznych treningów (3 razy w tygodniu po 30–45 minut) wystarczy osobie, która wcześniej nie biegała, żeby spokojnie dobiec do mety na 10 km. Klucz: zacznij od marszu z wstawkami truchtu, stopniowo wydłużaj fazę biegu, raz w tygodniu rób bieg dłuższy. W szóstym tygodniu spokojnie pobiegniesz 5 km, w dziesiątym — pełną dychę.
Czy mój czas na pierwszej dysze ma znaczenie?
Nie. Czasu na pierwszej dysze nie pamięta nikt poza tobą — i ty go zapamiętasz nie ze względu na liczbę, tylko na emocje. Mój pierwszy czas to 1:05:42, dziś bym to wybiegła na rozgrzewce, ale wtedy był to najwspanialszy wynik mojego życia. Cel pierwszej dychy: dobiec, nie zwyciężyć. Każdy kolejny start już może mieć cel czasowy.
Co zabrać na pierwszy bieg na 10 km?
Lista absolutnego minimum: buty znoszone (nie nowe!), skarpetki sportowe (nie bawełniane), strój dopasowany do pogody, numer startowy z agrafkami, krem ochronny na pachwiny i sutki (poważnie), butelkę wody na po, kubek herbaty/kawy w termosie. Telefonu raczej nie — będzie cię tylko ciągnął. Zegarek opcjonalnie. Kibica z tabliczką — bezcenne.
Czy warto biec lokalną dychę, jeśli można pobiec większy bieg?
Tak, jeśli to twój pierwszy start — gorąco polecam. Lokalne biegi na 10 km mają mniej stresu, mniej tłoku, więcej życzliwych kibiców z miasteczka, niższe wpisowe (15–30 zł zamiast 80–150) i organizatorów, którzy znają cię z imienia. Atmosfera jest rodzinna, klimat — niezapomniany. Większe biegi z atrakcyjnymi medalami zostaw na drugi, trzeci, czwarty start.