Postanowienie zapadło w styczniu, między butelką grzanego wina a kawałkiem makowca, na który nikt już nie miał ochoty. Powiedziałam M. „zapisuję się na maraton październikowy”, a on wytarł nóż i odpowiedział: „no to się ubezpiecz, bo cię nie wykupię”. Wszedł do salonu, znalazł grę z synem, i wrócił do tematu dopiero w marcu. Wtedy zobaczył, że poważnie. Wtedy też zaczął nosić ze sklepu owoce w ilości, jakiej u nas wcześniej nie było.
Plan przygotowań ułożyłam sobie sama, na podstawie trzech źródeł — bo każdy tutorial mówił co innego, a ja jestem upartą amatorką-czytelniczką. Cykl bazowy: 16 tygodni budowy, potem 4 tygodnie tapering. Dziś piszę o ostatnich 40 dniach — czyli 4 tygodniach końcówki budowy i 14 dniach taperu. To są dni, w których dzieje się wszystko. Tu nie dorobi się formy. Tu można ją tylko stracić.
Spisuję pamiętnik tak, jak sobie zapisywałam co wieczór w notesie z motywem maków na okładce. Nie dla SEO. Dla mnie samej, żeby kiedyś córka mogła przeczytać, jak mama szła pierwszy raz na 42 kilometry i nie wiedziała, czy dojdzie.
Dzień 1 — pewność siebie, która nie wytrzyma długo
Wstałam o 5:45, jeszcze przed dzieciakami. W kuchni już czekała kawa z poprzedniego wieczora w dzbanku, owsianka w lodówce, banan na blacie. Dzień 1 z 40, długi bieg 26 kilometrów. Założyłam ulubione skarpetki, zawiązałam buty, wyszłam.
Pobiegłam pętlę przez pola za naszym osiedlem, potem skręciłam w stronę lasu. Dwadzieścia trzy kilometry przeszły w transie — zachód słońca-na-wschodzie, mgła nad łąką, zero ludzi. Ostatnie trzy kilometry zaczęły się problemy. Lewe biodro stanęło na sztywno, jakby ktoś włożył tam śrubę. „To nic”, pomyślałam, „rozbiegam to”. Wróciłam do domu, weszłam pod prysznic, wyszłam — i już nie mogłam zrobić kroku bez sykania. Tak zaczęły się 40 dni.
Dzień 5 — wizyta u fizjoterapeutki i pierwsza lekcja pokory
Do Asi, która prowadzi gabinet trzy ulice od nas, przyszłam z miną kogoś, komu właśnie zabrali plan na życie. Powiedziałam jej: „Asia, mam za 35 dni maraton, mówisz mi, że trzeba odpuścić — odpuszczę, ale powiedz mi, że nie muszę”. Asia rozłożyła mnie na kozetce, popatrzyła na biodro, popatrzyła na pośladek, wbiła w nie łokieć tak, że krzyknęłam aż w lustrze odbiło się od ściany. „Nic ci nie jest”, powiedziała. „Spięcie mięśnia gruszkowatego po długim. Trzy dni rolowania, dwa dni bez biegu, potem wracasz, ale na asfalt, nie na pole”.
Nie biegałam dwa dni. Płakałam wieczorem przy laptopie, bo widziałam plan, w którym było napisane czwartek 10 km, a ja siedziałam z foam rollerem pod biodrem. Lekcja: ciało, nie plan, decyduje o tym, czy stanę na starcie. Mogę napisać sobie kalendarz nawet z brokatem na okładce — jeśli ścięgno powie nie, to nie. M. kupił tego dnia wino, a córka narysowała mi mapę trasy maratonu na kartce A4, z chmurkami, ptaszkami i napisem „MAMA NIE PŁACZ”. Powiesiłam to nad biurkiem.
Dzień 10 — drugi długi i ten dziwny moment radości
Dziesiątego dnia ruszyłam na 28 km. Pierwszy raz w życiu. Plan zakładał ten dystans jako ostatni naprawdę długi przed taperem — dłuższe biegi to już tylko psychika, nie kondycja. Wyszłam o 5:30, w kurtce, którą zdjęłam po dwóch kilometrach, bo październik nagle udawał, że jest wrzesień.
W kilometrze 18 zorientowałam się, że jestem… szczęśliwa. Po prostu. Bez powodu. Słońce się przebijało przez mgłę nad rzeką, biegłam przez most, na którym kiedyś z mężem fotografowaliśmy się dziesięć lat temu, i poczułam, że nogi same niosą. To rzadki moment — ja mam takie raz na trzy miesiące. Trwa dziesięć minut, czasem kwadrans. Ale wystarcza, żeby zrozumieć, dlaczego się to robi. Wróciłam do domu, zrobiłam sobie domowy izotonik i położyłam się na podłodze w przedpokoju. Tę chwilę resetu, o której pisałam w innym tekście — to ona. Mówiłam, że jest w bieganiu rzecz, której nie da się dostać nigdzie indziej.
Dzień 15 — kontuzja, której nie było, i ta, która była
Po drugim długim przyszło osłabienie. Cztery dni spaków u dzieci (najmłodszy złapał wirusa w przedszkolu), trzy noce po pięć godzin snu. Tygodnia w planie był wtorek-tempowy 8 km, nie pobiegłam. Środa — interwały, nie pobiegłam. Czwartek wstałam, zrobiłam sobie kawę i powiedziałam M.: „rezygnuję”. M. odstawił kubek, popatrzył na mnie i odpowiedział: „Magda, to jest piętnasty dzień z czterdziestu. Idź się wyspać, jutro wracasz”.
Wróciłam. Sobota, długi 22 km, wolne tempo, w słuchawkach Adele. To był chyba mój ulubiony bieg w całym cyklu. Nogi pamiętały, kondycja była, odpoczynek pomógł. To, co wzięłam za kontuzję, było tylko zmęczeniem rodzica, którego nikt nie nauczył różnicy między „boli mięsień” a „boli serce”. Te dwie rzeczy biegowe matki mylą do końca cyklu.
Dzień 20 — półmetek, dzieci rysują mi mapy tras
W dwudziestym dniu wszedł rytuał, który został z nami do dziś. Każdego sobotniego wieczora córka i syn siadają z kredkami i rysują mi trasę na jutro. Wynika z tego nieziemska kartografia: trasa biegnie przez dom babci, kończy się przy lodziarni, w połowie jest dinozaur (dziadek tatka, jakoś), a w siódmym kilometrze stoi „pani z piłką”. Mapę wieszam na lodówce. Rano biegnę swoją realną pętlę, a w głowie mam dziecięcą.
To jest coś, czego nie napiszą w żadnym poradniku. Że dzieci, które tygodniami widzą, jak mama wstaje wcześnie, robi sobie kanapkę i wychodzi w ciemności, zaczynają to traktować jako rodzinę. Ich rodzinę, nie tylko moją. Pytają, ile mi zostało. Liczą dni. Robią mi serduszka z papieru z napisem „powodzenia mama maratoński”. Na lodówce zbiera się ich kolekcja, której nie zdejmę nawet po starcie. Dziecko, które kibicuje matce w jej własnej rzeczy, uczy się tego, że mama jest osobna. Że ma coś swojego. Że to się szanuje.
Dzień 25 — pierwsza panika i nocne grzebanie w Excelu
Gdzieś koło dwudziestego piątego dnia przyszła panika. Nie z powodu kondycji. Z powodu pogody. Sprawdziłam długoterminową prognozę na dzień startu i zobaczyłam: 18 stopni, słońce, wiatr 15 km/h. Wpadłam w spiralę: zbyt ciepło, zbyt sucho, mało wody na trasie, jakie buty, czy kupić nowe skarpetki, czy zostać przy starych, jak ubrać się na start, kiedy nawet sama nie wiem, jakie tempo planuję.
O drugiej w nocy obudziłam się, wstałam, poszłam do kuchni, otworzyłam Excel i zaczęłam liczyć tempo na poszczególne kilometry. M. wyszedł za mną w piżamie, popatrzył w monitor i powiedział: „Magda, to jest siódma godzina rana w niedzielę za dziewięć dni. Idź spać. Excel ci nie pobiegnie maratonu”. Miał rację. Wróciłam do łóżka. Excel został na rano. Tabela miała 42 wiersze i była w trzech kolorach. Nigdy do niej nie zajrzałam podczas startu.
Dzień 30 — początek taperu, czyli kontrolowane szaleństwo
Dziesięć dni przed startem zaczyna się tapering — czyli sztuka stopniowego zmniejszania objętości treningu, żeby na start przyjść wypoczętą, ale nieobudzoną. Brzmi prosto. W praktyce to dwa tygodnie, w których człowiek wariuje powoli i metodycznie.
Pierwsze pięć dni taperu to było bicie po rękach. Co rano czułam w nogach więcej energii niż przez ostatnie cztery miesiące i co rano musiałam sobie powtarzać: „nie wybiegasz teraz dwudziestki, bo zniszczysz sobie cały cykl”. Plan zakładał krótkie biegi 5–8 km w wolnym tempie, jeden trening tempowy 6 km, długi bieg 14 km zamiast 25 km. Mózg krzyczy, że to za mało. Ciało wie, że to dokładnie tyle, ile potrzeba. Przez pierwsze dni słuchałam mózgu, w połowie przeszłam na ciało. Słuszna decyzja.
W tym czasie zaczęłam też gotować dla siebie inaczej. Większe porcje węglowodanów, mniej tłuszczu, codziennie owsianka, dwa razy dziennie banan. Nie żadne carb-loading w stylu trzy dni makaronu — po prostu spokojne dosypywanie energii. M. żartował, że teraz w domu jest „kuchnia maratońska”, a córka pytała, czemu nie ma już ciasta.
Dzień 35 — pięć dni do startu, panika powraca
Kończy się trzeci tydzień taperu. Pięć dni. Włóknista panika. Każda komóreczka pyta: czy zdążyłaś, czy się wyspałaś, czy buty, czy plan, czy strach przed ścianą. Przeczytałam wieczorem mój własny tekst sprzed pół roku — „Jak przebiec pierwszy półmaraton”. Sama do siebie. Bo wiedziałam, że napisałam tam o tygodniu przed startem, i potrzebowałam usłyszeć od siebie sprzed pół roku, że umiem.
Położyłam ten wieczór na łóżku komplet — koszulkę, spodenki, skarpetki, buty, numer startowy — z dziewięciodniowym wyprzedzeniem. M. roześmiał się, ja też. Ale komplet leżał. Co rano patrzyłam na niego i wiedziałam: jest gotowy. Mnie zostało już tylko stanąć na starcie.
Dzień 40 — wieczór przed startem
Ostatni dzień. Zjadłam o 18:00 makaron z sosem pomidorowym i klopsem mielonym (wbrew wszystkim regułom, ale w naszym domu kolacja przed ważnym dniem to klops, koniec dyskusji). Wzięłam długą kąpiel, z magnezem w wodzie i z lawendą. Poczytałam dzieciom dwie bajki, bardzo wolno, żeby przedłużyć ten wieczór. Dziewczynka wsadziła mi pod poduszkę swój pluszowy kamień szczęścia, „żeby mama go znalazła rano”. Syn, który miał się już rozumieć z nami i ze sobą, powiedział: „mama, ty pobiegniesz, mama, ja wiem”. I poszedł spać.
Leżałam długo z otwartymi oczami. Nie spałam wiele, ale leżałam w ciemności, słuchając oddechu M. obok i przypominając sobie wszystkie 40 dni. Mokre buty z dnia 1, łzy z dnia 5, dziecięce mapy z dnia 20, panikę z dnia 25, ciszę z dnia 35. To było 40 dni jednego z najbogatszych życiowych okresów w moim życiu po porodzie najmłodszego.
Co zostaje po 40 dniach
Nie napiszę tu o tym, jak poszło na samym maratonie — to jest historia na inny wpis, bo zasługuje na osobne miejsce. Tu skupiam się tylko na samych przygotowaniach. Co zostaje?
Po pierwsze: przekonanie, że ciało jest mądrzejsze, niż się wydaje. Plan był ważny, ale wybawiający był każdy dzień, w którym słuchałam ciała zamiast planu. Po drugie: wsparcie M. — bez niego nie byłoby tych 40 dni. Bez tego, że zostawał z dziećmi przez dwie soboty z rzędu, kiedy biegałam długie, że gotował w piątki, że odbierał córkę z urodzin, kiedy ja kończyłam tempowy. Po trzecie: dzieci, które mnie obserwowały i nauczyły się, że mama ma swoje i że to nie zagraża im, tylko ich wzbogaca.
Mama da radę — to fraza, którą się rzuca, ale rzadko ma się na nią dowód. 40 dni przygotowań do maratonu jest dowodem. Każda kobieta, która kiedykolwiek stanęła na starcie czegoś trudnego, wie o czym mówię. A jeśli ty właśnie stoisz przed swoim „dlaczego nie spróbować” — zacznij. Znajdź swoje 40 dni. Reszta przyjdzie sama.
Najczęstsze pytania
Czy 40 dni wystarczy, żeby przygotować się do pierwszego maratonu?
Nie — 40 dni to ostatni etap pełnego cyklu, nie cały plan. Realnie do pierwszego maratonu potrzebujesz 16–20 tygodni systematycznych przygotowań, z bazą biegową minimum 30–40 km tygodniowo. Ostatnie 40 dni to dwa cele: dokończenie budowy formy (4 tygodnie z długimi do 28–32 km) i tapering (14 dni zmniejszania objętości o 30–50%), żeby przyjść na start wypoczętą.
Co to jest tapering i dlaczego nie można go pominąć?
Tapering to stopniowe zmniejszanie objętości treningu w ostatnich 2–3 tygodniach przed startem. Cel: regeneracja mięśni, uzupełnienie zapasów glikogenu, zagojenie mikrourazów. Pominięcie taperu = wyjście na start zmęczoną, większe ryzyko kontuzji i gorszy wynik. Klasyczny model: tydzień -3 → 80% objętości, tydzień -2 → 60%, tydzień -1 → 40%. Krótkie biegi w wolnym tempie zostają, żeby utrzymać czucie.
Czy maraton jako pierwsza mama dwójki to nie szaleństwo?
Dla mnie był to logiczny krok po dwóch ukończonych półmaratonach. Klucz to wsparcie partnera (sobotnie długie biegi to 2,5–3 godziny, ktoś musi być z dziećmi), realny plan dopasowany do życia rodzinnego (rano przed dziećmi albo po położeniu spać) i dawanie sobie prawa do odpuszczenia treningu, gdy dom się rozsypuje. Nie jest to szaleństwo — jest to świadoma decyzja, że twoja pasja jest tak samo ważna jak cudza.