Jest taki rodzaj rozczarowania, którego nikt cię nie nauczy w żadnym podręczniku biegowym. Nie ma go w planach treningowych, nie ma go w blogach o motywacji, nie ma go w komentarzach pod zdjęciami z mety. To rozczarowanie, które przychodzi dzień przed startem, gdy zamiast pakować plecak, mierzysz dziecku temperaturę po raz piąty. 39 stopni. Patrzę na niego, patrzę na buty stojące w przedpokoju, patrzę na mojego męża i mówię tylko: „Nie jadę." On kiwa głową. Syn patrzy na mnie wielkimi oczami i pyta szeptem, czy mama będzie z nim w nocy.
Byłam przekonana, że temat Runmageddonu wpiszę kiedyś na blogu jako relację z trasy — z błotem na twarzy, z medalem i tym charakterystycznym uczuciem totalnego wyczerpania, które podobno przychodzi po pierwszym przejściu sześciu kilometrów przeszkód. Tymczasem siedzę w fotelu, piszę ten tekst, a sobota startu jest już od dwóch tygodni za mną. Postanowiłam jednak ten wpis dokończyć — bo gdzieś w internecie jest inna mama, która właśnie się zapisała, kupiła buty, planuje weekend i ma cichą obawę, że coś jej przeszkodzi. Ten wpis jest dla niej.
Co to Runmageddon — krótko, dla niewtajemniczonych
Runmageddon to największy w Polsce cykl biegów z przeszkodami (OCR — Obstacle Course Race), organizowany od 2014 roku w kilkunastu lokalizacjach od marca do października. Wyobraź sobie cross po lesie, bagnie, błocie, dorzuć do tego płoty do przeskoczenia, ściany do wspięcia się, beczki do przeczołgania i wodne baseny — i masz pełen obraz. Główne formuły:
- Rookie (6 km, ~25 przeszkód) — formuła dla początkujących, czyli moja. Przeszkody dobierane tak, żeby dało się je pokonać bez wcześniejszego treningu siłowego, można poprosić o pomoc innych biegaczy, zero kar za ominięcie. To formuła „dla każdego, kto skończył 16 lat i potrafi przebiec 5 km pod rząd".
- Classic (12 km, ~45 przeszkód) — wyższy poziom, wymaga już sprawności ogólnej i doświadczenia. Kary za ominięcie przeszkody (burpees albo runda dodatkowa).
- Hardcore (21 km, ~70 przeszkód) — dla doświadczonych, kategoria sportowa, eliminacje przy każdym błędzie.
- Intro (3 km, ~12 przeszkód) — tu startują nawet 8-latkowie z rodzicami, formuła rodzinna, ale bez naciągania, bo błoto jest błotem.
Ludzie często pytają, jak długo trwa Runmageddon Rookie. Z tego, co czytałam w relacjach znajomych: dobry czas Rookie 6 km to 1 godzina i 15 minut do 1 godziny i 30 minut. Czołówka schodzi poniżej godziny, ale 90 procent uczestników to ludzie, którzy chcą po prostu skończyć i obfotografować się w błocie. Mówię to bez ironii — bo właśnie po to się chodzi.
Dlaczego się zapisałam — i co mi to dało, mimo że nie pobiegłam
Runmageddon nie był moim wymarzonym celem. Po przebiegnięciu pierwszego półmaratonu jesienią poszłam za ciosem i kupiłam pakiet kolejnego — ale chciałam po drodze coś lekkiego. Czegoś, co byłoby zabawą zamiast walki o czas. Koleżanka z drużyny biegowej, Kasia, zapisała się na Rookie w lipcu i powiedziała: „Magda, jedziesz z nami. Cztery dziewczyny w jednym sektorze, robimy z tego babski wyjazd." Po dwóch dniach miałam opłaconą startówkę (199 zł — niedrogo na to, ile trasy się dostaje), kupiony bilet na pociąg i kalendarz oznaczony grubym czerwonym X.
Przez następne trzy miesiące moje treningi się zmieniły. Zamiast samych długich biegów dorzuciłam interwały, podciąganie się na drążku (zaczynałam od jednego na siłę, doszłam do trzech), pompki na kolanach, czołganie się po dywanie z synem (myślał, że to zabawa, dla mnie to był trening core'u). Kupiłam buty terenowe Salomon Speedcross — droższe niż jakiekolwiek buty w moim życiu — i biegałam w nich po lesie za domem, żeby nogi się przyzwyczaiły do błota i kamieni. Zainwestowałam w rękawiczki z gumową siatką, do liny i ścian, i w opaskę na włosy, która nie spadnie po pierwszym basenie z wodą.
I tu jest pierwsza prawda, którą wyniosłam z tej historii: trening miał sens, mimo że na zawodach mnie nie było. Po trzech miesiącach przygotowań jestem w lepszej formie niż po samym półmaratonie. Mam mocniejszy core, lepszą koordynację, niższe ciśnienie, mniej bólów krzyża wieczorem. To wszystko zostało we mnie, niezależnie od tego, czy stanęłam pod łukiem startowym, czy nie. Przygotowanie to nie tylko medium do celu — to wartość sama w sobie. Pisaliśmy to wszyscy w blogosferze biegowej miliony razy, ale dopiero teraz to czuję.
Piątek wieczorem — to nie chodzi o gorączkę
Dzień przed startem wszystko było gotowe. Plecak spakowany według listy znalezionej na grupie facebookowej Mamy biegają Runmageddony — ubranie na zmianę, ręcznik, klapki, drugie skarpetki, batonik, butelka wody, woreczek na mokre ciuchy, plaster na otarcia, kosmetyczka z najpotrzebniejszymi rzeczami. Numer startowy odebrałam dwa dni wcześniej — wisiał na drzwiach lodówki obok kalendarza córki. M. miał zająć się dziećmi w sobotę cały dzień. Wszystko ułożone.
O godzinie 18 syn zaczął być rozdrażniony. O 19 odmówił kolacji. O 20 przyłożyłam mu rękę do czoła i poczułam, że parzy. Termometr — 38,4. Paracetamol, godzina spokoju, ponowny pomiar — 38,9. O 22 — 39,1. Nie ma kataru, nie ma kaszlu, nie ma żadnych objawów. Ot, klasyczna „wirusówka u czterolatka", która rodziców straszy bardziej niż samo dziecko, bo nie wiadomo, co to jest. Jak zawsze przy gorączce u dziecka, w głowie odpalił mi się scenariusz z rotawirusa sprzed roku — wtedy też zaczęło się tak niewinnie.
Myślałam dokładnie pięć minut. M. powiedział: „Jedź, ja się zajmę". Wiem, że tak by zrobił. Wiem, że dałby radę. Ale wiem też coś innego — że gdyby syn miał w nocy przebłysk paniki, gdyby zaczął wymiotować, gdyby trzeba było jechać na ostry dyżur, chciałabym tam być. Nie z poczucia winy. Z prostego, fizjologicznego matczynego mechanizmu, który nie ma nic wspólnego z byciem „nadopiekuńczą". Powiedziałam M.: nie jadę. On odetchnął.
Co poszło źle — czyli o decyzji, która nie była trudna, ale była gorzka
Tu jest druga prawda tego tekstu, którą mocno trzymam: decyzja nie była trudna. Trudne było to, co przyszło potem. W sobotę rano syn miał już 37,8 — gorączka spadała powoli, ale do ostrego dyżuru nie pojechaliśmy. Synek leżał na kanapie, oglądał Bing'a, ja siedziałam obok z kawą. I właśnie wtedy uderzyło mnie rozczarowanie. O 9:30 dziewczyny startowały. O 10:00 patrzyłam w telefon na zdjęcia z trasy, które wrzucały na Insta. O 11:00 dostałam filmik z Kasią ślizgającą się po hopie z błota. „Magda, kochana, jesteś tu z nami sercem!" Otarłam łzy i odpisałam serduszkiem.
Wieczorem przyszła faza, która zaskoczyła mnie bardziej niż gorycz — przyszedł spokój. Syn miał już 36,9, jadł makaron, nawet się ze mną droczył. Patrzyłam na niego i wiedziałam, że sobotę wybrałam dobrze. Każdą inną decyzję pamiętałabym teraz jako błąd, mimo że wszystko skończyło się dobrze. Zaufanie do własnej intuicji — to chyba największa lekcja tego dnia. Nie zaufanie do planu, nie zaufanie do treningu, nie zaufanie do koleżanek, które jechały beze mnie. Tylko do mojego własnego tak lub nie.
Trening miał sens. Ominięty start nie znaczy stracony rok. Dzieci mają złe godziny, my mamy złe weekendy. Ten konflikt jest częścią pakietu „mama biegaczka" i nie da się go rozegrać inaczej niż uczciwie z samą sobą.— moje notatki z poniedziałku rano
Planowanie z dziećmi — to inna gra
Zanim zostałam mamą, planowałam start za sześć tygodni i wsiadałam do pociągu. Dziś planowanie biegu wygląda inaczej. Mam plan A (jadę), plan B (nie jadę, ale mogę zająć się treningiem indywidualnie w niedzielę), plan C (cały weekend leżę chora razem z dzieckiem). I wszystkie trzy są w pełni równoprawne. Wcześniej wydawało mi się, że plan B i C to porażki. Dziś wiem, że to po prostu części układanki, której nie zaplanowałam.
Moje koleżanki bez dzieci nie do końca to rozumieją. „Ale Magda, zapłaciłaś za pakiet" — owszem, 199 zł poszło w piach. „Przygotowywałaś się trzy miesiące" — i w nogach to zostało. „Mogłaś poprosić mamę o pomoc" — mogłam, ale nie chciałam. Nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Każda mama biegaczka rozgrywa to po swojemu, i każda strategia jest dobra, jeśli pozwala ci spać spokojnie. Ja po porodzie drugiego dziecka mam jasną zasadę: gdy jest gorączka, jestem w domu. Nie negocjuję ze sobą. To uprościło mi życie bardziej, niż się spodziewałam.
Czy poleci następny rok?
Tu odpowiedź jest krótka — tak, na pewno. Już kupiłam pakiet na wiosnę przyszłego roku. Tym razem dzieci będą o rok starsze (córka prawie 9 lat, syn prawie 6), gorączka u nastolatka i u przedszkolaka to już zupełnie inna gra niż gorączka u czterolatka. Plus — mam plan B: jeśli znowu coś się stanie, dziewczyny już wiedzą, że może się zdarzyć, i nie biorę tego osobiście. Przyjmuję, że tak ma być w tym etapie macierzyństwa.
A na razie — buty terenowe stoją w przedpokoju. Numer startowy z dopiskiem „DNS" (did not start) powiesiłam nad biurkiem, obok medalu z półmaratonu. To są moje dwa biegi tego roku: ten, który przebiegłam, i ten, który ominęło. Oba są moje. Oba zostały w nogach i w głowie.
Jeśli właśnie czytasz ten tekst i myślisz, czy się zapisać — zapisz się. Nawet jeśli nie pobiegniesz. Trening, który zrobisz, zostanie z tobą. Gorączka u dziecka — jeśli przyjdzie — minie, a kolejna sobota przyjdzie też. Polecam Ci jeszcze mój wpis o pierwszym półmaratonie jako poradnik bazowy, domowy izotonik na trening (zdrowszy niż sklepowe) i tekst o morsowaniu, bo zimowe hartowanie zaczęło się u mnie właśnie dzięki temu, że nie pobiegłam Runmageddonu i musiałam coś zamiast.
Najczęstsze pytania
Co to Runmageddon i czym różni się od zwykłego biegu?
Runmageddon to największy w Polsce cykl biegów z przeszkodami (OCR). Od zwykłego biegu różni się trasą — biegnie się przez las, błoto, bagno, wodę i pokonuje 12-70 przeszkód (ściany, liny, beczki, baseny). Formuły są cztery: Intro (3 km, rodzinna), Rookie (6 km, dla początkujących), Classic (12 km, średnio zaawansowani) i Hardcore (21 km, dla doświadczonych). Główne miasta: Wrocław, Warszawa, Lublin, Trójmiasto, Myślenice.
Ile czasu zajmuje Runmageddon Rookie 6 km?
Średni czas to 1 godzina 15 minut do 1 godziny 30 minut. Czołówka schodzi poniżej godziny, ale to zawodnicy regularnie trenujący OCR. 90 procent uczestników to ludzie, którzy chcą po prostu skończyć i bawić się przy okazji — czas nie ma tu większego znaczenia, bo na trasie zatrzymujesz się przy każdej przeszkodzie. Mój planowany czas: 1:30.
Czy Runmageddon jest dla początkujących?
Tak — formuła Rookie 6 km jest dokładnie do tego stworzona. Wystarczy umieć przebiec 5 km bez przerwy, mieć podstawową siłę (kilka pompek, jeden-dwa podciągnięcia z asekuracją) i mieć ochotę na zabawę w błocie. Przeszkody są dobierane tak, żeby dało się je przejść bez wcześniejszego treningu siłowego, można prosić o pomoc innych biegaczy. Brak kar za ominięcie. Nie ma minimalnego wieku poza 16 lat (do 16 lat jest formuła Kids).
Co spakować na Runmageddon — lista podstawowa?
Na trasę: buty terenowe (najlepiej Salomon Speedcross albo równoważne, koniecznie wcześniej rozbiegane), rękawiczki z gumową siatką (do liny i ścian), elastyczne legginsy/krótkie spodenki (nie luźne — zaczepiają o przeszkody), techniczna koszulka, opaska na włosy trzymająca się po basenie z wodą. W plecaku: ubranie na zmianę, ręcznik, klapki, dwa worki na mokre ciuchy, plaster na otarcia, batonik, butelka wody, kosmetyczka. Nie zabieraj nic, czego nie żałujesz, gdyby przepadło w błocie.
Ile kosztuje opłata startowa Runmageddon Rookie?
Cena 199-249 zł za pakiet Rookie 6 km w zależności od momentu rejestracji (im wcześniej, tym taniej). W cenie: numer startowy, koszulka eventowa, medal po przekroczeniu mety, dostęp do tras, baseny z wodą i przebieralnie. Dodatkowo można kupić pakiety zdjęć z trasy (~50 zł) i pamiątkowe koszulki finiszerskie. Zniżki dla grup od 4 osób.
Czy Runmageddon jest bezpieczny dla mam-amatorek?
Tak, pod warunkiem trzymania się formuły Rookie. Trasa jest zabezpieczona, na każdej przeszkodzie stoi wolontariusz pomagający przejść, można prosić o pomoc innych biegaczy. Najczęstsze urazy to otarcia (stąd plaster), drobne stłuczenia (stąd zdrowy rozsądek przy ścianach) i przemoknięcie (stąd ubranie na zmianę). Z poważnymi urazami zwykle wracają osoby, które przeceniają swoją formę i startują w Classic/Hardcore bez przygotowania. Rookie to formuła „rodzicielska" — można ją przejść z głową i wrócić cała.