Bieganie 8 września 2024 7 min czytania 2 005 wyświetleń

Biegam — muszę. Biegam — chcę. O drodze od obowiązku do wolności

Pierwsze trzy kilometry mojego życia przebiegłam w obowiązku. Następne trzy tysiące — w wolności. Pomiędzy tymi dwoma światami była droga, której nikt mi nie pokazał i nikt mi nie ułatwił. Dziś chcę o niej napisać, bo wiem, że stoisz pewnie gdzieś w pierwszej połowie i nie wiesz, że ta druga w ogóle istnieje.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Sylwetka biegaczki na mglistym leśnym dukcie, polski poranek, ciepłe brzoskwiniowe światło wschodu

Język polski ma na to dwa słowa, które prawie wszyscy mylą. „Muszę” i „chcę”. Brzmią podobnie, są dwie sylaby, oba mówią o czymś, co masz zamiar zrobić — a różnica między nimi jest cała galaktyka. Ja przez długie pół roku po porodzie syna mówiłam: „muszę biegać”. Przez kolejny rok mówiłam: „biegam”, bo nie umiałam tego jeszcze nazwać. A dziś mówię, ze spokojem i z lekkim uśmiechem: „chcę biegać” — i wiem, że ta zmiana była najważniejszą rzeczą, jaka spotkała mnie w macierzyństwie poza samymi dziećmi.

O tym jest ten wpis. O trzech etapach mojej relacji z bieganiem — przymusie, medytacji, radości. Bez ładnej kolejności, bez przewidywalnej drogi, bez happy endu, którego można sobie zaplanować. Po prostu o tym, jak się je przechodzi, jeśli ma się w domu dwoje małych dzieci, kilka kilo do zrzucenia i wieczne wyrzuty sumienia o to, że „nie poświęcam czasu sobie”.

Etap pierwszy: muszę. Bieganie z winy

Gdy syn miał pół roku, ważyłam o dziewięć kilo więcej niż przed pierwszą ciążą. Nie chodzi o to, jakim ciałem się dyszę, bo nie dyszę — ale chodziło o to, że nic z mojej szafy nie wchodziło, lustro nie pokazywało mi mnie, a kąpiele kończyły się małym płaczem na podłodze łazienki, kiedy myślałam, że „już nigdy nie będę sobą”. M. mówił, że jestem przepiękna. Przyjaciółka mówiła, że jestem słodka. Mama mówiła, że „u rodzących to normalne”. Wszyscy oprócz mnie samej wiedzieli, jak ze mną gadać. Tylko ze mnie się ktoś nie dogadywał.

Wtedy zaczęłam biegać. Nie z miłości, nie z radości, nie z potrzeby zdrowego stylu życia. Z winy. Bo w internecie pisali, że bieganie spala kalorie. Bo koleżanka, która niedawno urodziła córkę, schudła pięć kilogramów po dwóch miesiącach truchtu. Bo dietetyk, do którego pisałam mailem, odpisał: „aktywność fizyczna trzy razy w tygodniu plus deficyt kaloryczny, da pani radę”.

Pierwsze treningi były krótkimi torturami. Wieczorem, po położeniu syna spać, zakładałam stary dres męża i wychodziłam na 20 minut na pętlę wokół osiedla. Liczyłam minuty, kalorie, kilometry. Wracałam do domu wkurzona — bo aplikacja pokazała, że spaliłam 180 kcal, a jadłam dziś więcej. Nie dawało mi to żadnej satysfakcji. Tylko poczucie, że „to jest cena, jaką trzeba zapłacić”. Że „matka, która nie biega, jest leniwa”. Że „skoro nie mogę robić nic innego, muszę biegać”. Wszystkie te przekonania były toksyczne. Wszystkie nosiłam w sobie kilka miesięcy.

Co się zmieniło w siódmym tygodniu

Kluczowy moment, który dziś widzę, choć wtedy nie zauważyłam — przyszedł w siódmym tygodniu. Był luty, bardzo zimny, śnieg na chodniku, ja w czapce naciągniętej do brwi, w trzeciej parze rękawiczek. Biegłam jak zawsze swoją pętlę, liczyłam minuty do końca. I nagle, na drugim okrążeniu, zorientowałam się, że nie liczę. Że już od pięciu minut nie patrzę na zegarek. Że zauważyłam latarnię, która zapaliła się na różowo (taka po remoncie, jaśniej niż reszta), i że trasa skręca między domami w sposób, którego nie zauważyłam przez całą zimę.

Wróciłam do domu i nie wiedziałam, ile spaliłam kalorii — i pierwszy raz mi to nie przeszkadzało. Wzięłam prysznic, zjadłam kanapkę, położyłam się obok M. i powiedziałam: „chyba mi się to zaczyna podobać”. M. odpowiedział „hm”, bo akurat oglądał mecz. Ale ja wiedziałam, że coś pękło. Że waga przestała być jedynym powodem.

Etap drugi: bieganie jako medytacja. Cisza, której nie było

Drugi etap był długi, najdłuższy z trzech. Trwał chyba półtora roku. To był moment, kiedy bieganie przestało być obowiązkiem, ale jeszcze nie stało się radością. Stało się medytacją — ucieczką, schronieniem, samotnym ćwiczeniem, którym latam ze złością, smutkiem, zmęczeniem, przeładowaniem. Trasy z tego okresu pamiętam wszystkie, mimo że biegałam je tysiące razy. Bo każda była inna w głowie, choć ta sama w nogach.

Zorientowałam się wtedy, że w domu z dwójką małych dzieci nie ma ciszy. Nie ma jej w łazience, bo zawsze ktoś puka. Nie ma jej w kuchni, bo zawsze coś się gotuje. Nie ma jej w sypialni, bo dziecko ma sen lekki jak motyl. Nie ma jej nawet w głowie — bo w głowie jest lista zakupów, termin szczepień, jutro wywiadówka, zapomniałam zapłacić za przedszkole, trzeba zadzwonić do teściowej. Cisza absolutna nie istniała w moim życiu od pięciu lat.

A potem przyszło bieganie. Nogi w dół, oddech w rytm, słuchawki bez muzyki (tylko biały szum, czasem nawet bez), krajobraz wokół zmienia się jak filmik w przyspieszeniu — i nagle głowa robi się pusta. Nie cała, nie naraz, ale po pięciu, dziesięciu, piętnastu minutach myśli zaczynają opadać jak liście w jesieni. Lista zakupów spada gdzieś z gałęzi. Termin szczepień leci z innej. Zapomniałam zapłacić za przedszkole płynie powoli na ziemię. Zostają tylko nogi i oddech. Nic więcej.

Wtedy zrozumiałam, że nie biegam już dla zrzucenia kilogramów. Schudłam. Zrzuciłam siedem kilo i więcej już nie schudłam, bo organizmu nie da się oszukać poniżej jego komfortu. Biegałam dla tych czterdziestu minut bez głowy. Dla momentu, kiedy mama-lista-żona-córka-koleżanka schodziła na drugi plan, a zostawała tylko Magda, która oddycha. Tę Magdę gdzieś po drodze straciłam. Bieganie ją odnalazło.

Etap trzeci: chcę. Bieganie z radości

Moment przejścia z drugiego do trzeciego etapu jest dla mnie do dziś trudny do uchwycenia. Nie pamiętam dnia. Nie pamiętam okoliczności. Pamiętam tylko, że pewnego ranka, gdy wstałam o 5:30 i nakładałam buty po cichu, żeby nie obudzić syna w pokoju obok, zorientowałam się, że uśmiecham się sama do siebie. Bez powodu. Tylko z radości, że za chwilę pobiegnę.

To jest dziwna rzecz, której nie umiem wyjaśnić, jeśli nigdy nie biegłaś dłużej niż rok. Bieganie staje się rzeczą, której się chce. Nie obowiązkiem, nie medytacją, nie kompromisem — czystą chęcią. Jak wieczorne wino dla niektórych. Jak czytanie książki na kanapie dla innych. Tylko że bieganie ma tę przewagę, że po nim jest ci lepiej — fizycznie, psychicznie, energetycznie. Nie zostaje kac, nie zostaje wyrzut sumienia, nie zostaje zmęczenie. Zostaje cisza, która już ci została dawno temu, plus dodatek euforii, na którą trzeba sobie zasłużyć systematycznością.

Dziś, kiedy ktoś mnie pyta, „dlaczego biegasz”, wzruszam ramionami. Bo chcę. Bo to jest moja rzecz. Bo daje mi to, czego nic innego nie daje. Bo gdybym nie biegała, byłabym matką, żoną i osobą mniej cierpliwą, mniej obecną, mniej spokojną, niż jestem teraz. To jest argument, który najlepiej rozumiem już po wielu latach: biegam dla wszystkich wokół mnie tak samo, jak dla siebie. Bo wracam z biegu inną.

Trzy fazy — ale nie liniowe

Myliłabym cię, gdybym napisała, że te trzy etapy następują po sobie i że przechodzi się z jednego do drugiego raz na zawsze. Tak nie jest. Bywają tygodnie, w których wracam do „muszę”, bo poczułam, że tracę formę, że za dużo zjadłam, że za mało chodzę. Bywają miesiące, w których biegam tylko po medytację — bo dom się rozsypuje i potrzebuję uciec na 40 minut z głową pustą. Trzy etapy są raczej trzema trybami — pomiędzy którymi się przechodzi, w zależności od dnia, od tygodnia, od roku.

Difrence jest tylko jedna: kiedyś znałam tylko muszę. Dziś znam wszystkie trzy. I umiem rozpoznać, w którym jestem. Bo gdy biegam z muszę trzy tygodnie z rzędu — coś się ze mną dzieje. Coś niedobrego. Wiem wtedy, że trzeba odpuścić cel i wrócić do biegu dla samego biegu. Trzy razy w roku tak robię. Trzy razy w roku to działa.

Co bym powiedziała sobie sprzed pięciu lat

Gdybym mogła wsiąść w wehikuł czasu i pojechać do swojego mieszkania w lutym, kiedy ważyłam dziewięć kilo więcej i wybiegałam wieczorami w dresie męża z winy — co bym powiedziała? Trzy rzeczy.

Po pierwsze: „bieganie nie jest karą”. Nie zaczynaj go z winy. Bieg, który jest karą za to, że źle wyglądasz — nigdy się nie utrzyma. Po drugie tygodniu organizm rozpozna, że to nie jest sport, tylko samobiczowanie, i zacznie go odrzucać. Wszystkie te kobiety, które „próbowały biegać i nie wytrzymały”, próbowały biegać z winy. Bieg z winy zawsze przegrywa.

Po drugie: „kilogramy nie są celem, są skutkiem ubocznym”. Schudniesz. Schudniesz tyle, ile twój organizm chce schudnąć — nie tyle, ile chce instagram. Reszta to trucizna. Wpisz sobie do kalendarza fakt, że bieganie ma za zadanie zrobić cię szczęśliwą, nie chudą — i obserwuj, co się dzieje. Schudniesz przy okazji.

Po trzecie: „daj sobie sześć miesięcy”. Trzeci etap — chcę — przyjdzie po pół roku systematyczności. Nie wcześniej. Może nawet po roku. Nie wycofuj się, jeśli pierwsze miesiące są trudne — to są pierwsze miesiące, mają być takie. Wszystko się buduje. Ciało, głowa, motywacja — wszystko buduje się długo, i powoli.

Chcieć biegać — coś więcej niż bieganie

Na koniec myśl, która mnie samej zajęła kilka lat, żeby się sformułowała. Bieganie z chęci jest mikroskopijną wersją większej zmiany, której potrzebuje większość kobiet w wieku 30+. Zmiany z „muszę” na „chcę” w wielu obszarach życia. Muszę dbać o dom — nie, chcę. Muszę gotować obiady — nie, chcę. Muszę być dobrą matką — nie, chcę. Muszę spotkać się z teściową — tak, czasem trzeba zostać przy muszę, ale dużo rzadziej, niż się wydaje.

Bieganie jest dobrym laboratorium tej zmiany. Bo widać efekt — fizycznie, mentalnie, w ciele i w głowie. Jeśli umiesz przejść z muszę biegać do chcę biegać, umiesz potem przejść też z muszę być wszystkim dla wszystkich do chcę być sobą dla siebie. Jedno wynika z drugiego.

Pierwsza randka z biegiem — to ta listopadowa, w deszczu, w starych adidasach. Pierwsza dycha — to ten dyplom, ten medal, ten kubek herbaty na metę. Pierwsza zmiana z muszę na chcę — to coś jeszcze ważniejszego. Bo zostaje na zawsze. I rozszerza się na wszystko inne, co robisz w życiu. Buty są tylko narzędziem. Reszta dzieje się w głowie.

A jeśli stoisz dziś w dresie męża pod drzwiami, w czapce naciągniętej do brwi, i myślisz, że „muszę pobiec, bo zjadłam za dużo” — wyjdź. Pobiegnij dziś z winy. Ale rób to dalej — bo siódmy tydzień przyjdzie, i wszystkie kolejne biegi będą inne. Słowo. Sprawdziłam to na sobie. Działa.

A potem koniecznie domowy izotonik i pięć minut na podłodze. Bo to też jest część rytuału, w którym z muszę robi się chcę. Reszta się sama opowie.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jak zmienić nastawienie z „muszę biegać” na „chcę biegać”?

Nie da się tego zmienić siłą woli — to dzieje się samo, ale trzeba dać sobie czas. Klucz: wytrwać systematycznie 3 razy w tygodniu przez minimum 6 miesięcy. Zmiana przyjdzie sama, gdy organizm zacznie kojarzyć bieganie nie z karą, tylko z wytchnieniem. Nie liczy kalorii, nie patrz na wagę, nie ścigaj się ze sobą — biegaj wolno, dla samego biegu. Po pół roku zauważysz, że wstajesz rano i cieszysz się, że za chwilę pobiegniesz.

Czy bieganie po porodzie pomaga w schudnięciu?

Tak, ale nie tak szybko, jak się wydaje. Pierwsze 5 kilogramów schodzi w pierwszych 3–4 miesiącach systematycznego biegania (3x w tygodniu po 30 minut). Kolejne kilogramy schodzą wolniej i zatrzymują się tam, gdzie organizm uznaje za swoje minimum komfortu. Klucz: bieganie nie jest dietą, lecz dodatkiem do dobrego stylu życia. Bez snu, dobrego jedzenia i mniej stresu — nawet codzienne treningi nie zrobią cudów.

Co zrobić, gdy bieganie kojarzy mi się tylko z obowiązkiem?

Zmień zasady gry. Wybierz nową trasę, wyjdź o innej porze, zabieraj słuchawki z muzyką (lub odwrotnie — biegnij bez), nie patrz na czas i tempo. Daj sobie tydzień bez celów. Po prostu biegnij, gdziekolwiek, jakkolwiek. Zauważysz, że bieganie bez ciśnienia jest zupełnie innym sportem. Wracając potem do swojego planu, robisz to z innej perspektywy.

Czy bieganie naprawdę poprawia zdrowie psychiczne?

Z mojego doświadczenia — tak, choć nie zastępuje terapii ani leczenia depresji. Bieganie regularne (3x w tygodniu) działa na trzech poziomach: rozregowywanie napięcia mięśniowego, lepszy sen, regulacja gospodarki hormonalnej (endorfiny i serotonina). U mnie efekt był znaczący, ale potrzebowałam kilku miesięcy systematyczności, żeby go zauważyć. Bieganie raz na dwa tygodnie nie da niczego.