Bieganie 24 stycznia 2025 6 min czytania 2 395 wyświetleń

Biegasz, czy stoisz i patrzysz? O tych, którzy mówią „kiedyś zacznę”

Każdej jesieni dostaję ten sam komentarz pod zdjęciem z trasy: „kiedyś też zacznę biegać”. Kiedyś. Czas przyszły niedokonany — najsmutniejszy z czasów, jakie zna polszczyzna. Bo „kiedyś” nigdy nie jest dziś, a jutro odkłada się tak długo, aż minie kolejna zima i znów spojrzę w lustro tymi samymi oczami.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Buty biegowe na progu domu w jesiennym świetle, przed pierwszym treningiem

Stałam kiedyś w tym samym miejscu, w którym dzisiaj stoisz ty. Pamiętam dokładnie ten moment, choć minęło już prawie sześć lat. Niedziela, październik, park przy stadionie w naszym miasteczku. Pchałam wózek z młodszym, córka na rowerku biegła trzy kroki przede mną. Obok przebiegła kobieta — może czterdzieści lat, może więcej, w różowej czołówce, z twarzą skupioną i mokrą od potu. Pomyślałam dwie rzeczy naraz. Pierwsza: jaka ona musi się dobrze czuć. Druga: ja bym tak nie umiała.

Obie myśli były kłamstwem. Pierwsza — bo ta kobieta prawdopodobnie była w połowie ciężkiego treningu i marzyła wyłącznie o tym, żeby już skończyć. Druga — bo umiałabym, gdybym tylko spróbowała. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że „nie umiem” to najczęściej tłumaczenie ze strachu na racjonalność.

Czas przyszły, w którym mieszka połowa moich znajomych

Mam taką teorię, prywatną, niepopartą żadnym badaniem: większość ludzi nigdy nie zaczyna biegać, bo wciąż mówi o tym w czasie przyszłym. „Zacznę od kwietnia.” „Jak schudnę pięć kilo.” „Jak dzieci pójdą do szkoły.” „Jak w końcu kupię porządne buty.” Każde z tych zdań brzmi jak plan. W rzeczywistości to grobowiec — pochówek dla decyzji, której boimy się podjąć dzisiaj.

Czas przyszły niedokonany jest podstępny, bo nie wymaga od nas niczego. Daje poczucie, że jesteśmy już prawie tam, gdzie chcemy być. „Będę biegać” brzmi prawie jak „biegam”. Mózg się oszuka, sumienie się uspokoi, a buty dalej leżą w pudełku z napisem „Jysk, święta 2021”.

Z kobietami, które piszą do mnie w wiadomościach prywatnych, najczęściej rozmawiamy o tym samym. „Magda, ja bym chciała, ale boję się, że…”. I tu pada lista: że za wolno, że za grubo, że ludzie będą się patrzeć, że dzieci się obudzą, że mąż się będzie śmiał, że nie mam czasu, że już za późno. Wszystkie te lęki znam na pamięć, bo każdy z nich chodził za mną przez kilka lat, zanim założyłam te pierwsze buty.

Gdy patrzysz na mnie, widzisz tylko końcówkę

Zdjęcia z mety półmaratonu, które wrzucam czasem na bloga, oglądasz przez filtr Instagrama. Włosy spięte, uśmiech, medal na szyi. Wyglądam jak ktoś, dla kogo to było zawsze naturalne. Otóż nie było. Pierwsze trzy miesiące mojego biegania to były dwa kilometry truchtem, w czapce naciągniętej do brwi, o szóstej rano, żeby nikt mnie nie zobaczył. Wracałam do domu czerwona jak burak, z bokiem szorującym mnie tak, że nie mogłam się prosto wyprostować. Płakałam raz, w drugim tygodniu, na chodniku przy bloku. Zatrzymałam się, oparłam o latarnię i myślałam, że jestem śmieszna.

Potem przyszła zima, potem wiosna, potem lato — i ten moment, w którym zorientowałam się, że biegam już dziesięć kilometrów bez przerwy. Nie pamiętam, kiedy się to stało. Pamiętam tylko, że przestałam się oglądać na to, czy ktoś patrzy.

Nikt nigdy nie patrzy na ciebie tak długo, jak ci się wydaje. Większość ludzi w ogóle cię nie widzi. Mają swoje życie, swoje słuchawki, swoje zmartwienia. A jeżeli ktoś już patrzy — to nie z pogardą. Najczęściej z myślą: „też kiedyś zacznę”.

Gdy więc patrzysz na mnie, jak biegnę, nie widzisz prawdy. Widzisz dziesiąty kilometr czyjegoś treningu, ale nie widzisz pierwszego, który był cudzy i też trwał dwadzieścia minut. Widzisz medal, ale nie widzisz dwustu rano-rannych pobudek, które się za nim kryją. Widzisz cudzą wytrwałość, ale nie widzisz cudzego strachu, który ta wytrwałość pokonała.

Apel do mam, które „kiedyś zaczną”

Piszę to do ciebie — kobiety, która ma trzydzieści parę lat, dziecko w wózku albo w przedszkolu, mężu siedzącym przy laptopie i lekkie wyrzuty sumienia, że „powinnam coś dla siebie”. Nie czekaj na kwiecień. Nie czekaj na chudsze pośladki. Nie czekaj na nowe legginsy z pinterestowych zestawów. Nie czekaj, aż dziecko będzie spało dłużej niż do szóstej, bo tego dnia, w którym to się stanie, ty będziesz już o pięć lat starsza i o pięć lat bardziej zmęczona.

Wyjdź jutro. Albo dzisiaj — w starych legginsach, w sportowym staniku, którego nie nosiłaś od liceum, w butach do chodzenia, jakie masz. Możesz iść truchtem dwie minuty i potem wracać. Możesz iść szybkim krokiem przez kwadrans. Nie ma reguł. Nie ma sędziów. Nie ma stopera, który by liczył twoje porażki.

To, co cię dzieli od bycia biegającą, to nie kondycja, nie czas, nie sprzęt i nie waga. To gramatyka. Zamiana czasu przyszłego na teraźniejszy. „Biegam” zamiast „będę biegać”. Pierwsza osoba, czas teraźniejszy, niedokonany — bo nie chodzi o to, żeby skończyć, tylko żeby trwać.

Najczęstsze wymówki i co o nich myślę po sześciu latach

Przez te lata zebrałam, niczym kolekcjonerka, wszystkie wymówki, jakie kobiety przytaczały mi w rozmowie. Spiszę je tu — i odpowiem każdej z nich tak, jak chciałabym, żeby ktoś odpowiedział mi sześć lat temu, kiedy stałam w parku z wózkiem.

  • „Nie mam czasu” — masz. Nie masz dwóch godzin dziennie, ale masz pół godziny trzy razy w tygodniu. Każda mama ma. Pytanie brzmi, na co tę pół godziny przeznaczysz: na scrolla telefonu po położeniu dziecka, czy na siebie.
  • „Mam za dużo kilogramów” — bieganie jest paradoksalnie sportem dla osób z większą wagą bardziej niż dla chudych. Nie startujesz przecież w półmaratonie. Idziesz na pięć minut truchtu w parku. Stawy się przyzwyczają, mięśnie się obudzą, organizm zacznie pracować inaczej. Po trzech miesiącach kilogramy schodzą same.
  • „Mąż się będzie śmiał” — być może tak, w pierwszym tygodniu. Po trzecim miesiącu zacznie cię podziwiać. Po roku zapyta, czy nie chciałby też spróbować. Sprawdziłam.
  • „Nie mam butów” — masz jakiekolwiek buty sportowe. Wystarczą. Drogie buty kupisz, jak zostaniesz w grze. Nie wcześniej.
  • „Już za późno” — nigdy nie jest za późno. Najstarsza kobieta, którą znam z grupy biegowej, zaczęła w wieku 58 lat. Dziś, w wieku 64, przebiegła trzy maratony.

Pierwszy krok — co konkretnie zrobić jutro

Zanim przejdę do końca, dam ci konkret. Bo poezja to ładna rzecz, ale w praktyce trzeba wiedzieć, co dokładnie zrobić, kiedy budzisz się rano i myślisz: „dobrze, to dziś”.

Wieczorem dziś przygotuj sobie strój — nawet niedoskonały. Jakiekolwiek legginsy, jakiś biustonosz sportowy, koszulkę bawełnianą lub syntetyczną, buty sportowe, czapkę, kurtkę przeciwwiatrową. Połóż to wszystko na krześle przy łóżku. Postaw budzik o pół godziny wcześniej niż zwykle. Wypij wieczorem szklankę wody, idź spać o normalnej porze.

Rano, gdy zadzwoni budzik, nie myśl. Myślenie jest wrogiem pierwszego razu. Włóż strój, umyj zęby, wypij szklankę letniej wody i wyjdź. Idź do najbliższego parku, alei drzew, odcinka chodnika wzdłuż rzeki. Tam zacznij. Pięć minut marszu — żeby się rozgrzać. Potem spróbuj truchtać przez dwie minuty — spokojnie, w tempie, w którym mogłabyś jeszcze rozmawiać. Potem znów pięć minut marszu. I jeszcze raz dwie minuty truchtu. I marsz powrotny. Razem dwadzieścia minut.

To wszystko. Dwadzieścia minut, w których zmienia się twoje życie, choć ty jeszcze tego nie wiesz, bo nikt nie czuje zmiany w pierwszym dniu. Zmiana przychodzi w pięćdziesiątym wyjściu — ale każda pięćdziesiątka zaczyna się od jednego pierwszego razu. Tego, na który czekasz dziesięć lat. Tego, który mógłby być jutro.

Co znajdziesz po drugiej stronie

Nie powiem ci, że bieganie zmieni twoje życie. To zdanie z taniej okładki magazynu. Powiem ci, co dało mi — bo to jedyne, czym mogę się szczerze podzielić.

Dało mi półtorej godziny tygodniowo, w której nie jestem mamą, żoną, córką, koleżanką ani osobą do załatwienia czegoś. Jestem tylko ciałem, które się porusza — i to wystarcza. Dało mi takie zmęczenie, po którym sen jest naprawdę snem, a nie półbudzeniem o trzeciej, bo coś się przesnuło. Dało mi społeczność kobiet, które wiedzą, jak się rozmawia o cyklu, biustonoszach sportowych i pęcherzach na piętach bez krępacji. Dało mi pierwszy półmaraton jako moment, którego nigdy nie zapomnę. Dało mi zdrowie — bo serce, które biega, dłużej bije.

A przede wszystkim dało mi odpowiedź na pytanie, czy dam radę. Nie tylko biegać — ale też zrobić wszystko inne, co do tej pory mówiłam sobie w czasie przyszłym. Zacząć fotografować na poważnie. Postawić granicę matce. Powiedzieć M. „nie" w sprawie urlopu. Pojechać samej w góry na weekend. Bieganie było tylko pierwszym domino — pociąg się rozpędził, a ja dotąd dziwię się, że nie zaczęłam wcześniej.

Jeśli czytasz ten tekst do końca, to znaczy, że coś w środku ciebie nie chce już mówić „kiedyś”. Zaufaj temu czemuś. Załóż buty. Wyjdź na pięć minut. Reszta się wymyśli.

A gdybyś chciała się przygotować lepiej — mam dla ciebie praktyczny tekst o błędach początkujących biegaczy, żebyś nie powtarzała moich. I mam też historię o tym, jak się zakochałam w bieganiu — żebyś wiedziała, że ten pierwszy raz, gdy chcesz zawrócić w połowie trasy, jest u każdego z nas. Naprawdę u każdego.

A jak już wyjdziesz i wrócisz spocona i szczęśliwa — przygotuj sobie domowy izotonik i połóż się na pięć minut na podłodze. Tak właśnie zaczyna się historia, która kiedyś, gdy ty będziesz mijać kogoś w parku, sprawi, że ten ktoś pomyśli o tobie: „chciałabym tak umieć”. Powiedz mu wtedy w myślach: umiesz. Już dziś.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Co znaczy „biegać w czasie przyszłym”?

To moja prywatna nazwa pułapki, w którą wpada większość osób mówiących „kiedyś zacznę biegać”. Czas przyszły niedokonany daje pozorne poczucie sprawczości, bo brzmi jak plan, a w rzeczywistości jest sposobem odraczania decyzji w nieskończoność. Jedyną drogą wyjścia jest zamiana go na czas teraźniejszy: „biegam” zamiast „będę biegać” — nawet jeśli to „biegam” trwa na razie dwie minuty truchtu pod blokiem.

Mam 35 lat i nigdy nie biegałam — czy nie jest za późno?

Nie. Po trzydziestce zaczyna bardzo wiele kobiet, które do tej pory nie miały ze sportem nic wspólnego. Trzydziestka i czterdziestka to wręcz najczęstszy wiek startu w grupach mam-biegaczek, które znam. Organizm nadrabia znacznie szybciej, niż się wydaje, a głowa, jako już dojrzała, ma większą wytrwałość niż w wieku 20 lat. Zacznij od krótkich odcinków marsz–trucht (np. 1 minuta truchtu, 2 minuty marszu, powtórzone 6 razy) i powoli wydłużaj fazę truchtu.

Boję się, że ludzie będą mnie obserwować i komentować — co zrobić?

Mam dwie odpowiedzi. Praktyczna: wybierz pierwsze tygodnie wczesny poranek (6–7 rano) lub późny wieczór, mniej uczęszczane parkowe pętle, czapkę naciągniętą do brwi. Filozoficzna: nikt nigdy nie patrzy na ciebie tak długo, jak ci się wydaje. Większość ludzi w parku w ogóle cię nie widzi — biegną własne sprawy, słuchają własnej muzyki. A jeśli ktoś już patrzy, to najczęściej z zazdrością, że sam jeszcze nie zaczął.

Jakie buty na początek — czy muszę kupować drogie?

Nie. Na pierwsze 4–6 tygodni wystarczą jakiekolwiek buty sportowe z amortyzacją, które masz w szafie, byleby były mniej więcej w twoim rozmiarze i nie miały rozpadającej się podeszwy. Dopiero kiedy zorientujesz się, że bieganie cię wciągnęło i regularnie wychodzisz 2–3 razy w tygodniu, warto pójść do sklepu biegowego i poprosić o test biomechaniki stopy. Wcześniej drogie buty to często wyrzucone pieniądze — bo zmienisz dystans, technikę i preferencje, zanim się przyzwyczaisz.

Ile razy w tygodniu biegać na początku?

3 razy, z dniem przerwy między sesjami — to złota zasada. Mniej niż 3 = za mało, żeby zbudować nawyk i kondycję. Więcej niż 3 = ryzyko kontuzji u osoby początkującej. W pierwszych 4 tygodniach każda sesja to 20–30 minut marszu z wstawkami truchtu. Po miesiącu zaczyna się wydłużać dystans, ale częstotliwość zostaje przy 3 razach przez kolejne 6–8 tygodni.

A co jeśli zacznę i się rozmyślę po dwóch tygodniach?

To najnormalniejsza rzecz na świecie. Nawyki nie powstają w 21 dni — to mit. Powstają w 8–12 tygodniach systematycznej praktyki. Większość osób, które rezygnują w drugim tygodniu, robi to dlatego, że za dużo wymagała od siebie na starcie (zbyt długie dystanse, zbyt szybkie tempo, brak przerw). Jeżeli się rozmyślisz — poczekaj tydzień, odpuść poczucie winy i wróć z planem o połowę krótszym niż poprzednio. Ja sama miałam trzy podejścia, zanim zostałam na stałe.