Mam wobec Dnia Matki uczucia mieszane. Z jednej strony — nie ma niczego piękniejszego niż widok mojej siedmiolatki, która od trzech dni czaruje się w pokoju z farbami i kredkami, żeby zrobić mi prawdziwą laurkę. Z drugiej — coś mnie w tym święcie uwiera, choć przez wiele lat nie umiałam tego uczucia nazwać. Dopiero w tym roku, przy szóstym z kolei Dniu Matki w mojej kuchni, zrozumiałam, o co mi chodzi. Chodzi o to, że jeden dzień w roku jest jednocześnie za mało i za dużo.
Za mało — bo dziękuję ci, mamo w jednym kalendarzowym wpisie nie naprawi 364 dni, w które tego dziękuję nie usłyszałam. Za dużo — bo nakłada na ten jeden dzień ciężar, którego on nie udźwignie. Wszystkie spóźnione „dziękuję", wszystkie niedoceniane gesty, wszystkie przegapione wzruszenia z całego roku — w jeden majowy poranek, między laurką a śniadaniem do łóżka. To jest matematycznie niemożliwe. A jednak co roku próbujemy.
Tegoroczna laurka i to, co mnie wzruszyło najbardziej
Laurka Hani jest cudowna, bo niedoskonała. Litery wielkości różnej, w „kocham" zabrakło miejsca i M wpadło w róg arkusza, jedno serduszko jest odwrócone do góry nogami. Pisała ją sama, nikt jej nie poprawiał. I to jest ten moment, w którym mi się ściska gardło — nie dlatego, że laurka jest piękna, tylko dlatego, że Hania poświęciła trzy popołudnia, żeby ją zrobić. Zamknęła się w pokoju, kazała mi nie wchodzić („to niespodzianka mamo!"), pomalowała sobie kciuk na zielono i o tym wiedziała tylko ona. W tej laurce jest jej czas, jej koncentracja, jej myślenie o mnie.
A w drugim pokoju, czterolatek niesie talerz z bułeczką, którą sam wyjął z chleba (z połową kromek na podłodze, ale o tym M. mi powie później), z twarogiem na widelcu (większość obok talerza), i mówi „śniadanie!" z taką dumą, jakby właśnie zdobył Mount Everest. Patrzę na to wszystko i wiem, że ten widok zostanie mi w pamięci na lata. Bo właśnie tak dzieci kochają — niedoskonale, w totalnym skupieniu, z całym sobą.
O tym, jak dziecięca miłość objawia się w niedoskonałych formach, pisałam też w tekście o tym, że jestem wielka w oczach swoich dzieci — bo one widzą nas inaczej, niż my widzimy siebie.
Dlaczego tylko dziś?
A jednak. Gdy Hania wraca do swojego pokoju czytać sobie po cichu nową książkę (po śniadaniu, po przytulasie, po obejrzeniu dwukrotnie laurki, po ośmiokrotnym „kocham cię, mamo") — siadam na kuchennej ławie z kawą i myślę. Dlaczego dziewiątego marca nikt mi nie zrobił śniadania? A dwudziestego ósmego października? A trzynastego stycznia, gdy padałam ze zmęczenia po nocnym karmieniu syna? Dlaczego akurat dziś — a nie w żadną z tych innych 364 nocy?
Wiem, wiem. Dzień Matki to symbol. To święto kalendarzowe, jak Wigilia, jak Wielkanoc, jak Walentynki. Symbol nie znaczy niewystarczalność — symbol znaczy przypomnienie. Tak mi tłumaczy M., gdy o tym rozmawiamy. „Magda, to nie jest tak, że dzieci kochają cię tylko dziś. Po prostu raz w roku to wybrzmiewa głośniej". I on ma rację — racjonalnie. Ale ja, uczuciowo, dalej coś czuję pod skórą.
Bo widzisz — dziecko to wie. Hania nie pyta, czy kochać mamę przez resztę roku. Ona kocha bez kalendarza, bez przypomnień, bez symboliki. To my, dorośli, potrzebujemy daty, żeby pamiętać. A potrzebujemy tej daty, bo w ciągu roku nie umiemy się zatrzymać. Bo codzienne dziękuję jest dla nas trudniejsze niż jednorazowy bukiet. Bukiet to wydatek raz na rok. Codzienne dziękuję to nawyk, który trzeba pielęgnować. Nawyki są droższe niż prezenty. To dlatego mamy Dzień Matki — bo prezent jest tańszy.
Co dla mnie znaczy prawdziwa wdzięczność
Przez ostatnie lata zauważyłam u siebie pewien dziwny mechanizm. Dzień Matki w moim sercu słabnie, im dłużej jestem matką. Nie dlatego, że nie kocham córki i syna, ani dlatego, że nie cieszę się z laurki. Po prostu — z każdym rokiem coraz mniej potrzebuję kalendarza, żeby wiedzieć, że jestem kochana. Bo wiem to z drobnych gestów, które się dzieją bez okazji.
Takich, jak:
- Hania, która przynosi mi szklankę wody do łóżka, gdy widzi, że kaszlę o szóstej rano w środę.
- Syn, który przybiega z placu zabaw z kamieniem i mówi „dla ciebie, mamo, bo jest ładny" (kamień zwykły, podłużny, brzydki).
- Hania, która zauważa moje nowe kolczyki i mówi „ładnie ci, mamuś", choć wcale jej o to nie pytałam.
- M., który robi mi kawę dwa razy w tygodniu, bez prośby, bo „widziałem, że dziś jesteś niewyspana".
- Syn, który tuli mnie nogą w nocy, gdy się przywali do naszego łóżka, i pomrukuje „mama dobra" przez sen.
To są moi prawdziwi prezenci. Te codzienne, niezauważane przez nikogo z zewnątrz, niespisane na żadnej laurce, nieświętowane w kalendarzu drobiazgi. One się składają na poczucie bycia kochaną. Dzień Matki — dodatkowo — to po prostu wisienka na cieście, którego cały rok piekłam razem z dziećmi.
O tym, jak ważne jest docenianie codzienności, pisałam wcześniej. Bo prawdziwe życie matki nie składa się ze świąt. Składa się z tysiąca zwykłych poniedziałków, w których jest coś cichego, ale ważnego.
Co dziś podaruję sobie sama
Ustaliłam sobie kilka lat temu mały rytuał, którego trzymam się co roku 26 maja. Po śniadaniu, po laurce, po wzruszeniach — daję sobie godzinę dla siebie. Wychodzę z domu sama. Bez dzieci, bez M., bez listy zakupów, bez „muszę jeszcze". Idę do kawiarni, którą lubię, biorę kawę i drożdżówkę, i siedzę na ławce w parku obok. Sama. Czterdzieści minut.
To nie jest egoizm. To jest gest, którym dziękuję sobie samej za cały rok bycia mamą. Bo Dzień Matki, jeśli ma sens, powinien być też dniem, w którym mama coś daje sobie — nie tylko dostaje od innych. Jeśli czekamy tylko na to, co dadzą nam dzieci, kalendarz i sąsiedzi, to sami stawiamy się w roli biernej odbiorczyni. A matka — to nie jest bierna rola.
Dlatego co roku siadam w tej ławce, piję kawę, patrzę na drzewa (w tym roku akurat zakwitły kasztanowce na sąsiedniej ulicy, więc jest pięknie), i myślę o tym, co w mijającym roku zrobiłam dla siebie. Czego się nauczyłam. Czego mam więcej. A potem wracam do domu, do laurki i bułeczki, i jestem znowu mamą — ale taką, która chwilę wcześniej powiedziała sobie samej dziękuję.
Dla mojej mamy — która nigdy nie potrzebowała kwiatów
Na koniec — mała myśl o mojej własnej mamie. Bo Dzień Matki to też dzień, w którym myślę o niej. Moja mama nigdy nie potrzebowała kwiatów na 26 maja. Wręcz odwrotnie — jako dziecko zawsze pamiętam jej zażenowanie, gdy pakowałam jej w ręce naprędce kupiony tulipan z kioska „bo dziś jest twoje święto". Mówiła: „dziecko, ja nie potrzebuję tulipana. Wystarczy, że dzwonisz do mnie raz w tygodniu".
Wtedy, jako nastolatka, nie rozumiałam tego. Myślałam, że jest skromna albo zażenowana. Dziś wiem, że ona już wtedy umiała coś, czego ja dopiero się uczę: że prawdziwy gest dla matki to nie jest kwiat na święto, tylko obecność na co dzień. Telefon. Pamięć o pytaniu, jak się czuje. Wpadnięcie z dziećmi w niedzielne popołudnie, bez okazji. Sms z fotką wnuczki w piątek wieczorem.
To dlatego dziś, dwudziestego szóstego maja, zadzwonię do niej po południu, nie rano. Bo rano wszyscy dzwonią. Zadzwonię, gdy już wszyscy złożą jej życzenia, gdy będzie sama na werandzie ze swoją kawą. I powiem jej coś konkretnego — nie wszystkiego najlepszego, tylko „mamo, pamiętasz, jak mnie chłodziłaś, gdy miałam pięć lat i 39 stopni? Zrobiłam to samo Hani w zeszłym roku i pomyślałam o tobie". To jest mój prawdziwy prezent dla niej. Lepszy niż tulipan. Lepszy niż każda laurka.
O tym, że dla mamy najważniejsza jest obecność, nie prezenty, pisałam już wcześniej — bo to się sprawdza w każdym pokoleniu.
Co bym chciała, żeby mówiono o Dniu Matki
Najpiękniejszy Dzień Matki to taki, który prowadzi do serdeczniejszych pozostałych 364 dni w roku.— moja koleżanka Asia
Gdyby mi ktoś dał mikrofon i powiedział: „Magda, masz minutę na temat Dnia Matki" — powiedziałabym tak. Nie kupuj kwiatów raz w roku — kup mamie kawę raz w miesiącu, bez okazji. Nie pisz laurki raz w roku — przytulaj częściej w listopadowe wieczory, gdy nikt cię nie patrzy. Nie obiecuj śniadania do łóżka raz w roku — pomyśl o niej, gdy będzie zmęczona w ciągu tygodnia. Bo ona nie żyje od 26 maja do 26 maja. Ona żyje codziennie.
A jednocześnie — świętujmy też jeden dzień w roku. Bo dzień, w którym dziecko świadomie usiądzie z farbami i pomyśli o mamie przez 30 minut, jest cenny. Nawet jeśli reszta roku jest szara. Bo ten jeden dzień Hania zapamięta. Ja go zapamiętam. M. też zapamięta. I za 20 lat Hania może powie swojej córce — „pamiętam, jak robiłam mamie laurkę z trzema serduszkami" — i córka jej zrobi to samo. Tak się przekazuje miłość — przez rytuały, które się powtarzają.
Więc nie zrezygnuję z Dnia Matki. Tylko wewnętrznie wiem, że ten jeden dzień to nie jest cały mój prezent. Cały prezent dostaję każdego dnia, w drobnych gestach, których sama uczę się zauważać. A 26 maja to po prostu dzień, w którym to wszystko spotyka się w jednym miejscu — w kuchni, między laurką a wystygłą bułeczką, między dwoma rozkrochmalonymi dziećmi.
Po południu, gdy wszyscy zasną
Dziś po południu, gdy syn padnie na drzemkę, a Hania zatopi się w nowej książce, ja siądę na werandzie z laurką w ręku. Obejrzę ją trzeci raz, dokładnie. Zauważę każdą krzywą literę, każde serduszko, każdą plamkę farby na obrzeżu. Bo ta laurka za rok już nie będzie tą samą laurką — w przyszłym roku Hania umie pisać lepiej, krzywe litery znikną, serduszka będą równe. Ta wersja jest tylko teraz.
I wiesz co? Jednak jestem wdzięczna za Dzień Matki. Bo bez niego — może zapomniałabym usiąść z tą laurką w ręku. Może wrzuciłabym ją do segregatora razem z innymi rysunkami, jak zwykłe popołudniowe dzieło. A dziś usiądę i ją uważnie zobaczę. I to jest jednak dar tego święta. Nie symboliczny — praktyczny. Wymusza na mnie zatrzymanie, na które przez resztę roku nie mam czasu. Wymusza zauważenie, którego inaczej bym przegapiła.
Więc dziękuję, kalendarzu, za 26 maja. Choć w głębi serca dalej myślę, że gdyby moje dzieci robiły mi laurki bez kalendarza — byłoby jeszcze piękniej. Ale skoro kalendarz musi być, to niech będzie. Bo bez niego zostalibyśmy z gorzkim uczuciem „nie pamiętałam". A z kalendarzem zostajemy z laurką, bułeczką, twarogiem, odwróconym serduszkiem — i poczuciem, że byłam tu, jako mama, i dzieci to widzą.
A to jest jednak coś, czego nie da kupić ani wytłumaczyć. Tylko zarobić — przez 365 dni w roku.
Najczęstsze pytania
Czy Dzień Matki ma sens, jeśli wdzięczność powinniśmy okazywać codziennie?
Ma — ale jako przypomnienie, nie jako wystarczalność. Dzień Matki nie zastąpi 364 codziennych gestów, ale wymusza zatrzymanie, na które inaczej w ciągu roku nie mamy czasu. To kalendarzowy pretekst do zauważenia, którego — paradoksalnie — w naszym pędzącym życiu potrzebujemy. Bez tego dnia laurki dziecka mogłyby trafiać do segregatorów bez głębszego oglądania. Z tym dniem — siadasz, patrzysz, zauważasz.
Co podarować mamie zamiast typowych kwiatów na 26 maja?
Coś, co wymaga twojego czasu, a nie tylko portfela. Telefon w spokojny moment popołudnia (nie rano, gdy wszyscy dzwonią), wpadnięcie bez okazji w niedzielę z kawą i ciastem, sms z konkretnym wspomnieniem („mamo, pamiętasz jak…"), wspólna godzina spaceru bez pośpiechu. To są prezenty, które mama zapamięta — kwiaty zwiędną do końca tygodnia, ale wspomnienie obecności córki/syna w niedzielne popołudnie zostanie.
Jak mam podejść do Dnia Matki, gdy moje relacje z mamą są trudne?
Daj sobie zgodę na to, że ten dzień może wyglądać u ciebie inaczej. Nie wszystkie matki są takie same i nie wszystkie relacje są łatwe. Może symboliczny gest (sms, kartka), może cisza, może rozmowa z terapeutą. Niezależnie od decyzji — ten dzień nie musi cię zmuszać do udawania uczuć, których nie ma. Ważniejsze jest twoje wewnętrzne pojednanie z własną historią niż zewnętrzny rytuał wymagany przez kalendarz.