Motywacja 4 czerwca 2025 8 min czytania 1 177 wyświetleń

Nie narzekaj — tydzień bez narzekania, czyli jak się rozłożyłam na łopatki

Wtorek, 7:32 rano. „Dzieci znowu nie posprzątały, deszcz znowu, kawa wystygła, jakoś nie wstaję". Cztery zdania, jedno śniadanie, jedna ja. Złapałam się na tym i pomyślałam — kurde, ja narzekam częściej niż się odzywam. I zaczęłam tydzień bez narzekania. Trwał trzy godziny.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Otwarty notes z odręcznymi zapiskami i kubek herbaty na słonecznym parapecie

Wpadłam na to przypadkiem. Czytałam o ojcu Willu Bomparcie i jego 21-dniowym wyzwaniu bez narzekania (wymyślił to ksiądz amerykański, ale samo wyzwanie jest absolutnie świeckie i każdy może je sobie zaadaptować). Idea jest prosta: nosisz na nadgarstku gumkę. Za każdym razem, gdy złapiesz się na narzekaniu, przekładasz gumkę na drugi nadgarstek i licznik wraca do zera. Cel: 21 dni z gumką na tej samej ręce.

Pomyślałam — naiwna — że jako dorosła kobieta, mama dwójki, bez większych dramatów w życiu, powinnam to spokojnie wykonać w tydzień. Nawet nie udało mi się utrzymać do obiadu pierwszego dnia. I to był moment, w którym zorientowałam się, że narzekanie u mnie jest zjawiskiem znacznie bardziej rozpowszechnionym niż myślałam. Nie sporadyczne. Nie „tylko wtedy gdy mam zły dzień". Codzienne, godzinowe, prawie minutowe. Jak oddech.

Co się liczy jako narzekanie — definicja, którą sobie ustawiłam

Zanim zaczęłam, musiałam to sobie zdefiniować, bo inaczej każde zdanie „boli mnie głowa" byłoby narzekaniem, a to przecież fakt, nie skarga. Po godzinie zastanawiania się ustawiłam to tak:

Narzekanie to wypowiedź, która spełnia trzy warunki naraz:

  • Wyraża niezadowolenie z czegoś.
  • Nie prowadzi do żadnego konkretnego działania ani prośby.
  • Powtarza się — czyli mówię to nie pierwszy raz w danej sytuacji.

Przykład — „boli mnie głowa" powiedziane do M. przy obiedzie z dopiskiem „weź dzieci na chwilę, idę się położyć" — to nie jest narzekanie, to jest komunikat z prośbą. Akcja.

Przykład narzekania — „boli mnie głowa, jak co dzień" powiedziane na głos do nikogo konkretnego, w kuchni, gdy nikt nie pyta. Brak akcji, sama skarga, na pewno nie pierwszy raz.

Druga wersja — to dokładnie ta, którą wyłapałam u siebie tysiąc razy w pierwszy dzień eksperymentu. „Te dzieci nigdy nie posprzątają". „Znowu pada". „Jakoś nie mogę się rozkręcić rano". „Drogie wszystko w tym sklepie". „M. znowu zostawił skarpetki na fotelu". Wszystko cisnęło się z ust automatycznie, bez żadnej intencji, bez żadnej prośby, bez żadnego sensu. Czysta emisja niezadowolenia w przestrzeń.

Pierwszy dzień — czyli moja edukacja o samej sobie

Wstałam o 6:45. Gumka na lewym nadgarstku. „Zaczynamy", pomyślałam. Pierwsza wpadka — 6:48. Schodzę do kuchni, widzę talerz z poprzedniego wieczoru w zlewie. „Znowu nie pozmywałam wczoraj, bałagan straszny". Powiedziałam to do siebie, na głos, w pustej kuchni. Gumka leci na prawą rękę. Licznik: 0.

6:54. Robię kawę. Mleko skończyło się. „No tak, oczywiście, że dziś brakuje mleka". Gumka. 7:08. Budzę córkę. Jeszcze śpi. „Codziennie ten sam cyrk z tym wstawaniem". Gumka. 7:22. Pakuję syna do przedszkola. Buty pomyliły mu się ze sobą. „Felek, no jak ty te buty zakładasz". Gumka — bo ton, jakim to powiedziałam, był jednoznacznie skargowy, choć formalnie to pytanie.

O 9:00 rano miałam już siedem przekładów gumki. Stałam w kuchni z drugą kawą i zaczynałam się śmiać. Bo to było absurdalne. Ja, kobieta która uważała się za pogodną optymistkę, w trzy godziny wyemitowałam siedem skarg na prawie wszystko. Pogodę, kuchnię, dzieci, siebie. „Optymistka" — kpiło ze mnie moje własne lustro w przedpokoju.

Do południa naliczyłam piętnaście. Po czym przestałam liczyć i postanowiłam, że dziś jest dzień obserwacji, nie wytrwałości. Cel zmieniłam: nie nie-narzekać, tylko zauważać każde narzekanie. Z tej zmiany celów wzięło się to, czego się dowiedziałam.

Po co narzekam — trzy przyczyny, które wyłapałam

Gdy obserwujesz coś u siebie wystarczająco długo, zaczynasz widzieć wzorce. Po trzech dniach takiej obserwacji wyłowiłam u siebie trzy główne mechanizmy, które uruchamiały moje narzekanie. Może wam się przyda lustro.

Przyczyna pierwsza — narzekanie jako ucieczka od mniejszego problemu. Gdy coś mnie naprawdę gryzie, ale jest zbyt trudne do nazwania, narzekam na coś trywialnego, żeby nie myśleć o tamtym. Przykład — w czwartek przyszło zaproszenie na zjazd absolwentów liceum, a ja od tygodnia się boję, że tam pójdę i poczuję się obco. Cały dzień narzekałam na pogodę, na zakupy, na dzieci. Bo łatwiej narzekać na deszcz niż przyznać, że boję się spotkania z ludźmi, których nie widziałam 18 lat. Narzekanie było drzwiami zastępczymi, przez które uchodził strach.

Przyczyna druga — narzekanie jako forma kontaktu. Gdy M. wraca z pracy zmęczony, nie mam już energii ani na flirt, ani na inteligentną rozmowę o niczym. Najprostsza forma kontaktu to wspólne narzekanie. „Ale dziś dzień, M.". „No, u mnie też niezbyt". „No właśnie". Więź zbudowana na gorzkiej zupie codzienności. Smutne, ale działa — łatwiej się dogadać z kimś, kto się też skarży, niż z kimś, kto promienieje. Polacy mają to w genach, podejrzewam.

Przyczyna trzecia — narzekanie jako automatyzm. I to jest najgorsze. Czasem narzekam bez powodu, bez emocji, bez kontekstu. Czysty automatyzm. „Znowu pada" — gdy nawet nie patrzę przez okno. „Te dzieci" — gdy dzieci akurat śpią spokojnie i nic nie robią. To jest najtrudniejsze do wyśledzenia, bo zachodzi pod progiem świadomości. Gumka na nadgarstku pomaga — bo ją zauważasz, dopiero gdy ją przekładasz. Wtedy łapiesz, że coś powiedziałaś, choć nawet nie chciałaś tego powiedzieć.

Narzekanie to zaraza — jak weszło do dzieci

Drugiego dnia eksperymentu siedziałam z córką nad zadaniem domowym. Ona mówi do swojego ołówka (tak, do ołówka): „Znowu się złamałeś, jak zwykle, codziennie ta historia". Zaszło mnie. „Kochanie, do kogo ty mówisz?". „Do ołówka, mamusiu, jak ty do mleka rano".

Stałam na pięć sekund jak słup soli. Bo ona, siedmiolatka, wzięła ode mnie wzór mówienia do nieożywionych przedmiotów językiem skargi. Mleko, ołówek, deszcz, korki w ruchu — wszystko jedno, co. Byle byłem tonem skargowym. Nauczyła się tego, jak się uczy każdego innego języka, z ust mamy.

W tym momencie eksperyment zmienił mi się z osobistego wyzwania w obowiązek rodzicielski. Bo nawet jeśli ja sama mogę żyć z narzekaniem (i żyłam tak 35 lat) — moje dzieci nie muszą. Nie muszą się uczyć ode mnie języka, od którego potem przez całe dorosłe życie będą musiały się oduczać (jak ja teraz, z trzytygodniowym opóźnieniem 35-letnim). Mogę im dać inną domyślną tonację.

Dzieci uczą się więcej z tego, jak rodzice rozmawiają sami ze sobą i ze światem, niż z tego, co bezpośrednio im mówią. Każde twoje westchnienie do pustej kuchni jest lekcją z podręcznika emocji.— przeczytane gdzieś w książce o uważności rodzicielskiej

Tydzień siódmy raz — i wnioski na zawsze

Nie udało mi się siedem dni z gumką na jednej ręce. Najdłużej wytrzymałam półtora dnia, między piątkiem a niedzielą, przy czym podejrzewam, że niektóre narzekania mi przeszły bez zauważenia, bo w niedzielę byliśmy u rodziców i tam nie miałam okazji obserwować się w pełni. Co najmniej cztery razy zaczynałam tydzień od nowa, w tym raz po piątku, raz po wtorku, raz po niedzieli, raz w środę z desperacji.

Po trzech tygodniach takiej obserwacji nie udało mi się osiągnąć celu, ale udało mi się coś znacznie ciekawszegozmienić proporcje. Nie przestałam narzekać. Ale narzekałam z 15 razy dziennie do 4-5 razy dziennie. Z tych 4-5 trzy są zwykle z trzeciej kategorii (automatyzm, który czasem przepuszczam) i jedno-dwa świadome — wtedy zwykle łapię i zamieniam na komunikat z prośbą. „M., boli mnie głowa, weź dzieci na pół godziny" zamiast „boli mnie głowa, jak codziennie".

To jest inna proporcja świata. Kuchnia inaczej brzmi. Dzieci inaczej reagują (córka przestała mówić do ołówka skargami — kopiuje teraz mój nowy ton, pyta „ołówku, dlaczego się ciągle łamiesz?", co jest postępem). M. dwa tygodnie temu powiedział mi nagle: „Magda, jesteś jakaś inna ostatnio. Lekka jakaś". Nie powiedziałam mu o eksperymencie. Lepiej, że sam zauważył.

Co to nie znaczy — dlaczego nie chodzi o pozytywizację

Muszę to napisać, bo bez tego ten tekst zabrzmi jak instagramowy poradnik o „pozytywnym myśleniu", którego nie cierpię. Nie-narzekanie nie jest pozytywizacją. Nie polega na tym, że gdy boli cię głowa, mówisz „jak cudownie boli mnie dziś głowa, świat jest piękny". To by była pełnoobjawowa toxic positivity, o której pisałam też w wpisie o docenianiu tego co masz — wdzięczność i optymizm na siłę kończą się wybuchem.

Nie-narzekanie polega na czymś innym. Polega na przerwaniu nawyku skargi tam, gdzie skarga jest zbędna — czyli gdy nie prowadzi do żadnej zmiany, gdy jest tylko emisją niezadowolenia w pustkę. Skarga ma swoje miejsce: wśród bliskich, w terapii, w rozmowie z koleżanką przy kawie, gdy potrzebujesz wyrzucić z siebie to, co cię przygniata. Wtedy jest narzędziem. Ale gdy jest tłem dnia, gdy jest pierwszym zdaniem wypowiedzianym o 6:48 nad zlewem do nikogo — wtedy jest zarazą, jak słusznie zauważyła moja babcia, gdy o tym z nią rozmawiałam.

Babcia na to powiedziała coś, co zapisałam: „Magda, narzekać każdy umie. Sztuka jest się zatrzymać, zanim się powie". Babcia ma 79 lat, przeżyła wojnę, dwóch mężów i Polskę z czterech systemów politycznych. Jej brak narzekania nie wziął się z optymizmu — wziął się z tego, że narzekanie ją ostatnio nie ratuje. Już nie. Lepiej oszczędzić energię.

Plan, który polecam — zaczynamy lekko

Nie polecam wam pełnego 21-dniowego wyzwania z gumką na nadgarstku. Dla większości matek dwójki dzieci to jest zbyt dużo — i pierwsze odpadnięcie wieczorem trzeciego dnia robi takie poczucie porażki, że eksperyment trafia do szuflady wyrzutów sumienia. Lepiej zacznij ostrożniej.

  • Tydzień 1sama obserwacja. Bez żadnych zasad. Po prostu zauważaj, kiedy narzekasz. Możesz w głowie liczyć. Możesz zapisać raz dziennie, ile razy się złapałaś. Cel: dowiedzieć się, ile naprawdę narzekasz. To często zaskakuje.
  • Tydzień 2wybierz jedną kategorię. Tylko jedną. Np. „nie narzekam na pogodę przez tydzień". Pogoda jest najbardziej bezsensowna do narzekania (i tak nie zmienisz). Czuł, że to małe — ale pierwsze pełne „nie powiedziałam, że pada" w deszczowy poniedziałek daje takie poczucie sprawczości, że chcesz dalej.
  • Tydzień 3zamień skargę na komunikat z prośbą. Gdy łapiesz się, że narzekasz, zatrzymaj zdanie i przekształć: „M., boli mnie głowa"„M., boli mnie głowa, weź dzieci na pół godziny". To nie jest mniej szczere — to jest bardziej skuteczne.
  • Tydzień 4bez planu, w trybie organicznym. Po trzech tygodniach jesteś już świadoma, masz nowe nawyki w jednej kategorii i umiesz przekształcać. Czwarty tydzień to po prostu życie z większą uważnością. Bez gumki, bez liczenia. Tylko obserwacja siebie.

To wystarczy. Nie zostaniesz osobą, która nigdy nie narzeka — bo taka osoba nie istnieje, a jeśli istnieje, to coś przed tobą udaje. Zostaniesz osobą, która narzeka rzadziej i świadomiej. To wystarczy, żeby zmienić atmosferę w domu, żeby zmienić to, czego uczą się od ciebie dzieci, żeby zmienić to, jak siebie samej słuchasz.

Jeśli interesują cię inne moje eksperymenty z codziennością i zmianą nawyków językowych, polecam wpis o filozofii wyboru zamiast zakazu — tam też chodzi o zmianę języka, którą organizm w końcu zrozumie. Oraz matka da rade — bo ten tekst też jest o pewnym dyskretnym buncie wobec gotowych narracji o macierzyństwie.

A gumka? Wciąż mam ją na lewym nadgarstku. Już bez liczenia. Po prostu jako przypominajkę. Czasem ją widzę o 6:48 w kuchni i wtedy zatrzymuję się nad zdaniem, które chciało wyjść. Czasem przepuszczam. Ale zatrzymanie się — choć krótkie, choć nie zawsze skuteczne — jest lekcją, której nie znałam pół roku temu. Już za to warto było.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Co to znaczy, że coś jest narzekaniem, a co nie?

Narzekanie spełnia trzy warunki naraz: (1) wyraża niezadowolenie, (2) nie prowadzi do żadnego działania ani prośby, (3) powtarza się — mówisz to nie pierwszy raz w danej sytuacji. Przykład: „boli mnie głowa, weź dzieci na pół godziny" — to nie narzekanie, to komunikat z prośbą. „Boli mnie głowa, jak codziennie" powiedziane do nikogo w kuchni — narzekanie. Granica leży w intencji i konkrecie.

Po co narzekamy — jaki jest tego mechanizm?

Trzy główne przyczyny: (1) ucieczka od większego problemu — narzekasz na deszcz, gdy boisz się spotkania ze szkolnymi koleżankami; (2) forma kontaktu — wspólne narzekanie z partnerem buduje więź łatwiej niż inteligentna rozmowa po zmęczonym dniu; (3) automatyzm — czasem narzekasz bez powodu, bez emocji, jak oddech. Najgorsza jest trzecia kategoria, bo zachodzi pod progiem świadomości — dlatego pomagają fizyczne triki (gumka na nadgarstku, którą przekładasz przy każdym narzekaniu).

Czy „21 dni bez narzekania" naprawdę działa?

Niekoniecznie w pełnej wersji. U mnie nie udało się utrzymać 21 dni z gumką na jednej ręce — najdłużej półtora dnia. Ale udało się coś ciekawszego: zmienić proporcje — z 15 narzekań dziennie spadłam do 4-5. To wystarczy, żeby zmienić atmosferę domu i to, czego uczą się od ciebie dzieci. Lepiej zaczynać lekko: tydzień samej obserwacji bez zasad, potem tydzień bez narzekania na jedną kategorię (np. pogodę), potem zamiana skargi na komunikat z prośbą. Bez heroizmu.

Czy nie-narzekanie to to samo co pozytywne myślenie?

Nie. To są dwa różne narzędzia, czasem mylone. Pozytywne myślenie na siłę („gdy boli mnie głowa, mówię „cudownie boli mnie") to toxic positivity — kończy się wybuchem po kilku tygodniach. Nie-narzekanie polega na czymś innym: na przerwaniu nawyku skargi tam, gdzie skarga jest zbędna, czyli gdy nie prowadzi do żadnej zmiany. Skarga ma swoje miejsce — wśród bliskich, w terapii, gdy potrzebujesz wyrzucić z siebie ciężar. Ale gdy jest tłem dnia, traci sens i staje się zarazą.