Moim zdaniem 12 września 2025 8 min czytania 1 755 wyświetleń

Pamiętam wszystko — o tym, jak matka zapamiętuje rzeczy, których nikt inny nie zauważa

Spotkałam wczoraj znajomą, której syn ma siedem lat. Powiedziała, śmiejąc się: „nie pamiętam już, jak zaczynał chodzić, gdzieś tak około rocznych urodzin, chyba". Patrzyłam na nią jak na osobę, która zgubiła klucze i nie wie gdzie. Bo ja pamiętam wszystko. Pamiętam kolor pieluszki, którą Hania miała w drugim tygodniu życia. Pamiętam, że pierwsze „mama" syna padło w czwartek, o 17:42, w kuchni, przy słoiku z kompotem. I czasem zazdroszczę tej znajomej, że umie zapomnieć.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Stara fotografia w drewnianej ramce, pudełko z dziecięcymi pamiątkami

Wczoraj wypiłyśmy kawę z Aśką, moją koleżanką ze studiów, którą widuję raz na pół roku. Jej syn jest rok starszy od mojej Hani. Rozmawiałyśmy o dzieciach, jak zwykle, i w pewnym momencie powiedziała: „słuchaj, ostatnio Filip mnie zapytał, ile miał lat, jak zaczął chodzić, i wiesz co? Nie pamiętam. Chyba około rocznych urodzin? Może wcześniej? Nie zapisałam, nigdzie nie mam." Powiedziała to lekko, śmiejąc się, jakby chodziło o przepis na ciasto, którego nie umie odtworzyć.

A ja siedziałam i czułam coś dziwnego — coś jak zazdrość. Bo ja na te same pytania o moją Hanię umiem odpowiedzieć z dokładnością do dnia. Pierwsze samodzielne kroki: 11 października 2019, środa, w salonie, przy kanapie, miała jedenaście miesięcy i osiem dni. Pamiętam, jaką miała koszulkę (białą w czerwone serduszka), pamiętam, że M. siedział na podłodze i nagrywał telefonem, pamiętam, że ja właśnie wracałam z kuchni z kubkiem kawy, którą wylałam na dywan z wrażenia. Dywan zresztą do dziś ma plamę.

Lista rzeczy, które pamiętam, choć nikt mnie nie prosił

Usiadłam dziś rano i przez piętnaście minut spisywałam wszystko, co pamiętam o pierwszych dwóch latach Hani — rzeczy, których normalny człowiek pamiętać nie powinien. Wyszło mi po piętnastu minutach pisania, że pamiętam:

  • Kolor i wzór jej pieluszki w drugim tygodniu życia (białe w żółte kaczuszki, marka Pampers Premium Care, rozmiar 1).
  • Datę pierwszego uśmiechu społecznego — 4 grudnia, miała siedem tygodni, leżała na przewijaku, M. wszedł do pokoju i powiedział „dzień dobry, panienko", a ona pierwszy raz uśmiechnęła się do kogoś, nie przez wiatry.
  • Konkretną godzinę pierwszego „mama" mojej córki: 17:42, sobota, kuchnia, ja stałam przy zlewie, ona w krzesełku, jadła purée z dyni.
  • Imię pediatry, do którego chodziłyśmy przez pierwsze trzy miesiące i który pomylił jej wagę o pół kilo (pani doktor Kowalska-Wiśniewska, gabinet na pierwszym piętrze, recepcja zielona, fotele beżowe).
  • Datę pierwszego ząbka (3 lutego 2019, dolny lewy, wstała w nocy o trzeciej rano i ryczała godzinę).
  • Konkretne zdanie, które powiedziała pielęgniarka po porodzie, gdy podała mi Hanię na klatkę piersiową: „a co to za panienka taka grymaśna".
  • Rozkład stóp mojej córki w pierwszych miesiącach — która nóżka była dłuższa o dwa milimetry, na której miała rude znamię w kształcie półksiężyca, z której strony pediatra mierzył obwód kostki.

Lista zajmuje cztery strony w moim notesie. I to dotyczy tylko Hani. Syn ma osobną listę, równie szczegółową. Niczego z tego nie zapisałam w trakcie, gdy się działo. To wszystko jest w mojej głowie, zakodowane na trwałe, mimo że — z punktu widzenia normalnego człowieka — kompletnie nieużyteczne.

Dlaczego matka pamięta to, czego inni nie zauważają

Mam swoją prywatną teorię, którą mi nikt nie potwierdzi naukowo, ale w którą mocno wierzę. Matka pamięta wszystko, bo musi. Pierwsze miesiące życia dziecka to nieustanne czytanie sygnałów: czy rumieniec na policzku to nadgrzanie czy chorobę, czy płacz to głód czy ząbkowanie, czy stolec ma kolor taki jak wczoraj czy trochę inny. Mózg matki staje się systemem rozpoznawania wzorów, dla którego każdy szczegół jest danymi.

Kolor pieluszki w drugim tygodniu nie jest dla mnie anegdotą. Jest punktem odniesienia. Pamiętam go, bo gdy w trzecim tygodniu pojawiło się przebarwienie, automatycznie porównałam: taki sam, czy inny? Pamiętam pierwszy uśmiech, bo pediatra na wizycie kontrolnej zapytał „czy uśmiecha się reakcyjnie?" i ja musiałam odpowiedzieć precyzyjnie. Pamiętam pierwsze „mama", bo czekałam na nie trzy miesiące dłużej, niż sąsiadka czekała u swojego syna, i już zaczynałam się martwić, czy wszystko gra z mową.

Każda matka jest swoim własnym detektywem, swoim własnym pediatrą, swoim własnym terapeutą zajęciowym. I detektywom, pediatrom, terapeutom — pamięć szczegółów to narzędzie pracy, nie ozdoba. Dlatego nasz mózg zapamiętuje wszystko, czego inni nie zapamiętują. To nie jest przypadek. To biologia matczynego trybu pracy.

O podobnym fenomenie pisałam w tekście o tym, jak dzieciństwo staje się chwilą — bo tam mówię o pamięci selektywnej, a tu o pamięci totalnej, i obie są jednocześnie prawdziwe. Pamiętamy wszystko o stanie zdrowia, ciała, sygnałach — i jednocześnie nie pamiętamy konkretnej daty pierwszego kroku, jeśli nie chodzi o szczegół medyczny.

A czego bym chciała zapomnieć

Uczciwie powiem: nie wszystko, co pamiętam, jest miłe. Mózg matki nie filtruje wspomnień na te dobre i te złe — koduje wszystko po równo. I tak ja pamiętam też rzeczy, których wolałabym nigdy nie pamiętać:

  • Konkretną godzinę i minutę, kiedy syn w wieku roku narobił nam jedną z najbardziej spektakularnych awarii pieluszki w samochodzie w środku autostrady A4. Było 14:33. Byliśmy na 67 kilometrze. Pamiętam to jak własny PESEL.
  • Datę i okoliczności, gdy Hania w wieku trzech lat zwróciła pierwszy raz w życiu w centrum handlowym — niedziela, 16 listopada 2021, koło sklepu z perfumami, na parterze, między godziną 13:50 a 13:53. Pamiętam zapach, który się tam unosił. Wolałabym nie pamiętać.
  • Awantury z synem przy kuwecie kota — rok temu, gdy zdecydował, że kuweta jest świetnym miejscem do eksperymentów dotykowych. Pamiętam, w której minucie wszedł, w której wyjęłam go za rękę, gdzie M. akurat był (pod prysznicem), i ile razy musiałam zmywać go pod kranem (cztery). Wolałabym nie pamiętać. Pamiętam.
Pamięć matki to dar, którego nie da się zwrócić. Bierzesz wszystko — radość pierwszego uśmiechu i smród pieluszki w aucie. Ja bym wymieniła te drugie na trochę więcej normalnego, ludzkiego zapominania.— moja siostra, mama jednego, była pielęgniarka

Co z tego wszystkiego zostanie — i komu jest to potrzebne

Kiedy myślę o tym, że mam w głowie tysiące szczegółów z pierwszych pięciu lat życia każdego z dzieci, zadaję sobie pytanie: po co? Bo to nie jest pamięć użyteczna w sensie praktycznym już teraz. Hania ma siedem lat, sama je, sama się ubiera, sama chodzi do toalety. Konkretna godzina jej pierwszego „mama" nikomu już nie jest potrzebna.

Ale. Ale. Jest jedna rzecz, dla której to wszystko jest cenne: opowieść. Kiedy moje dzieci dorosną — gdy Hania będzie miała 25 lat i będzie pytać „mamo, jak ja byłam mała?" — ja jej powiem. Z imionami pediatrów, z kolorami pieluszek, z dokładnymi datami. Ja będę dla niej jedynym żyjącym świadkiem tego, kim była, zanim mogła pamiętać o sobie cokolwiek.

O podobnej roli pisałam, myśląc o recenzji fotoksiążki, którą sama złożyłam — bo zdjęcia w fotoksiążce to zewnętrzna pamięć, a moja pamięć jest wewnętrzna. Razem tworzą archiwum, którego dziecko nie ma o sobie samym.

Jest też trzecia ścieżka — pamięć fizyczna. Mam album rodzinnych zdjęć, o których pisałam w tekście o tym, czemu warto robić sesje. Tamten tekst jest o tym, jak utrwalać. Ten tekst — o tym, że część utrwalamy w sobie, niezależnie od woli, niezależnie od aparatu, niezależnie od notesu.

Ile z tego pamiętam po latach

Wczoraj wieczorem postawiłam sobie test. Otworzyłam aparat z 2019 roku, wybrałam losowo 10 zdjęć z pierwszego roku Hani, bez dat, bez podpisów. Tylko obrazek. Każde z dziesięciu zdjęć umiałam podpisać: miesiąc, okoliczności, w którym pokoju, gdzie wtedy był M., co było wtedy w lodówce, jaki był dzień tygodnia. Dziesięć na dziesięć.

Potem zrobiłam to samo z trzecim rokiem. Tutaj było już gorzej — z dziesięciu zdjęć podpisałam siedem. W trzy nie umiałam wskazać miesiąca, tylko porę roku. I to mnie przeraziło, bo zrozumiałam, że pamięć matki, choć totalna na początku, zaciera się z czasem jak każda inna. Nie zaciera się równomiernie — pierwsze trzy miesiące pamiętam najwyraźniej, między rokiem a dwoma już mniej, po trzech latach pamiętam główne wątki, ale szczegółów coraz mniej.

To znaczy, że nawet ta nasza super-pamięć ma datę ważności. I że jeśli nie zapiszę tego, co pamiętam teraz, za dziesięć lat to też zniknie. Dlatego kupiłam sobie ostatnio zwykły zeszyt — nie pamiętnik, nie kalendarz, zeszyt w kratkę — w którym co tydzień zapisuję trzy rzeczy, które pamiętam o ostatnim tygodniu z dziećmi. Nie po to, żeby czytać za dwadzieścia lat. Po to, żeby zatrzymać coś z tej masy, która mi się unosi w głowie i powoli zaciera.

Mam syna, który ma cztery lata, i już teraz coś zapominam

Uczciwie powiem: przy synu (drugie dziecko) już teraz mam mniej szczegółów w głowie, niż miałam o Hani w jego wieku. Nie pamiętam koloru jego pieluszki w drugim tygodniu (a Hani — pamiętam). Nie pamiętam dokładnej daty pierwszego ząbka (a u Hani pamiętam). Pamiętam rok i porę roku, ale nie dzień. Z dzieckiem drugim jest się już mniej pierwszorocznym detektywem. Mózg uznaje, że „widziałeś już to, nie musisz zapamiętywać każdego szczegółu". I trochę odpuszcza.

I to mnie boli, bo syn mi tego nigdy nie wybaczy (śmiech). On jako młodszy ma już z natury mniej pamiątek (mniej zdjęć — bo kto ma czas na fotki drugiego dziecka, gdy starsze właśnie wpadło w zlew). I jeszcze ma do tego mamę, która też mniej pamięta. Drugie dziecko zawsze pisze się skrótami. Wiem, że tak jest u wszystkich. Nie pomaga mi to mniej żałować.

Dlatego u syna nadrabiam — odkąd zauważyłam, że pamiętam mniej, zaczęłam pisać. Mam dla niego osobny notes, w którym zapisuję jego konkretne zdania, słowa-perełki, nieoczywiste obserwacje. Hania ma swój notes z czasów, gdy nie umiałam jeszcze zapisywać, więc niestety nie ma w nim większości jej dzieciństwa. Syn będzie miał więcej zapisków niż starsza siostra. Inna forma sprawiedliwości — ale lepsza niż żadna.

Po co o tym piszę

Piszę o tym, bo Aśka po wczorajszej kawie wysłała mi sms-em zdjęcie syna w kapciach z renifera (z ich Bożego Narodzenia 2017 roku) i napisała: „byłaś wtedy z nami w sylwestra, pamiętasz?". Pamiętałam. Pamiętam, że Filip miał wtedy dwa lata, że krzyczał „ćwa" zamiast „dwa", że Aśkin mąż upiekł nieudany torcik z mascarpone, że ich kot wszedł na choinkę i strącił bombkę. Aśka nie pamiętała żadnego z tych szczegółów. Napisała mi: „kobieto, ty masz mózg jak GPS".

Nie mam mózgu jak GPS. Mam mózg matki dwojga dzieci, który zakodował zbyt wiele szczegółów z lat 2018–2024 i nie umie ich już odkodować. Chciałabym czasem mieć mózg taki jak Aśki — zapominać. Mieć w głowie wystarczająco dużo miejsca na teraźniejszość, nie tylko na archiwum. Ale nie wybieram. Tak działa moja głowa, odkąd urodziłam Hanię. I zostaje to ze mną do końca życia.

Jeśli jesteś mamą i czytasz to, pewnie też pamiętasz dużo więcej, niż uważasz, że normalnie się pamięta. Pewnie umiesz wymienić kolor pajacyka, w którym twoje dziecko spało przez pierwsze sześć tygodni. Pewnie pamiętasz datę pierwszego dnia w żłobku z dokładnością do godziny. To nie jest dziwactwo. To jest funkcja matczynego mózgu, której nikt nie chwali, bo nikt jej nie widzi z zewnątrz.

A jeśli nie pamiętasz, nie obwiniaj się. Każdy mózg gospodaruje pamięcią inaczej. Aśka, moja koleżanka, nie pamięta — i jest świetną mamą. Może lepszą, niż ja, bo żyje teraźniejszością, nie archiwum. Każda z nas robi tym, co dostała. Ja dostałam pamięć totalną. Aśka dostała umiejętność puszczania. Obie mamy dzieci, które nas kochają. Reszta to detale.

Dziś wieczorem zapiszę w zeszycie trzy rzeczy o tym tygodniu, które chcę zapamiętać — bo wiem, że za pięć lat ich nie odzyskam. Hania powiedziała ostatnio, że gdy będzie duża, kupi sobie żółtego psa i nazwie go Banan. Syn nauczył się sam zawiązywać kapcia, ale tylko lewy, prawy mu się rozpada. M. zrobił mi wczoraj kawę z mlekiem, choć nigdy nie pija mleka — bo widział, że jestem zmęczona. Te trzy zdania to mój sposób walki z zapomnieniem. I jak na razie — jest skuteczny.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dlaczego matki pamiętają tyle szczegółów o swoich dzieciach?

Bo w pierwszym roku dziecka mózg matki staje się systemem rozpoznawania wzorów — codziennie czyta sygnały (kolor stolca, temperatura, wyraz twarzy) i każdy szczegół jest daną, nie anegdotą. Stąd pamiętamy nawet kolor pieluszki czy konkretną godzinę pierwszego „mama". To nie dziwactwo, tylko biologia matczynego trybu pracy.

Czy normalne, że przy drugim dziecku pamiętam mniej?

Bardzo normalne. Mózg uznaje, że „widziałeś już to wszystko, nie musisz kodować każdego szczegółu" i odpuszcza. Drugie dziecko zawsze ma mniej zdjęć i mniej szczegółowej pamięci rodziców — to nie lekceważenie, tylko ekonomia uwagi. Można to nadrabiać prostym notesem, w którym co tydzień zapisuje się trzy konkretne obserwacje.

Jak zachować pamięć o pierwszych latach dziecka, gdy się zaciera?

Najprostszy sposób — zwykły zeszyt w kratkę, jedno-dwa zdania na tydzień. Nie pamiętnik z dziennikiem, tylko punkty: konkretne zdania dziecka, słowa-perełki, nieoczywiste obserwacje. Plus comiesięczne nagranie 30-sekundowego wideo codziennej czynności (mycia zębów, jedzenia obiadu). Nie kamieni milowych — codzienności, która znika najszybciej.