Stoję przy kasie, kasjerka skanuje mleko, dziewczyna obok mnie — chyba dwudziestoparoletnia, z plecakiem akademickim — patrzy na mnie i mówi: „Przepraszam, ale ma pani świetną fryzurę. Skąd taki kolor?". Mam o ósmej rano wcześniej-niemyte włosy spięte byle jak, kucyk z gumką, na której wisi spinka po córce. Zacinam się. „Eee, naturalny, taki tam, dawno nie byłam u fryzjera". Dziewczyna kiwa głową, uśmiecha się, dorzuca „fajnie wygląda" i wychodzi.
Wracam do auta i czuję, jak mi gorąco na karku. Nie z powodu komplementu — z powodu mojej odpowiedzi. „Daj spokój, taka tam, niemyte trzeci dzień". Co to za reakcja? Dziewczyna mi zrobiła miły moment, ja od niego uciekłam jak od zaproszenia na rozmowę o czymś trudnym. „Niemyte" — naprawdę? Czy ona pytała o stan moich włosów, czy zrobiła komplement?
W samochodzie zatrzymałam się jeszcze przed włączeniem silnika i zaczęłam liczyć w głowie. Ile razy dziś bagatelizowałam coś dobrego o sobie? Rano, gdy córka powiedziała „mamo, jesteś najlepsza" — odpowiedziałam „no co ty, każda mama by tak zrobiła". Dwie godziny temu, gdy M. zauważył, że dom pachnie świeżym chlebem — odpowiedziałam „z automatu się piecze, żaden mój sukces". Wczoraj, gdy mama zadzwoniła i powiedziała, że wpis na blogu ją wzruszył — „daj spokój mamo, ty wszystko chwalisz".
Pięć razy w 18 godzin. Pięć razy ktoś zrobił mi miły gest, a ja go odrzuciłam jak zepsuty produkt. To wtedy postanowiłam, że napiszę ten tekst — nie dla was, dla siebie samej. Bo coś we mnie jest złamane i muszę o tym napisać, żeby zacząć to naprawiać.
Skąd się to bierze, że mama dwójki przestaje doceniać siebie
Myślałam o tym całą drogę z auta do domu. Skąd się to wzięło? Przecież nie urodziłam się z tym defektem. Pamiętam siebie z dwudziestki — przyjmowałam komplementy normalnie. „Ładnie wyglądasz" — „dzięki, nowa sukienka". „Świetnie napisałaś tę pracę" — „cieszę się, długo nad nią siedziałam". Były normalne wymiany. Wtedy nie kuliłam się jak żółw.
Potem przyszło macierzyństwo, a z nim pewna logika, którą wpajamy sobie nieświadomie. „Bycie mamą to nie sukces, to obowiązek". Upieczenie chleba — „banalne". Wstawanie do dziecka w nocy — „każda matka by tak zrobiła". Ogarnianie obiadu, prania, dwóch terminów u pediatry, jednego u logopedy, urodzin u koleżanki córki i prezentu od dziecka dla nauczycielki — „to przecież moja praca, czego się tu chwalić". Bardzo szybko standardem staje się dla nas to, co dla osoby z zewnątrz byłoby wyczynem logistycznym godnym rocznej premii.
Gdy standardem jest wyczyn, nie ma już miejsca na zauważenie sukcesu. Jeśli wszystko, co robisz, „powinnaś robić" — to nic z tego nie jest powodem do dumy. Wpadasz w logikę, w której chwalenie siebie staje się przesadą, a bagatelizowanie — pokorą. A pokora przecież ładnie wygląda. „Każda by tak" brzmi jak stworzenie skromne. Nie brzmi jak to, czym jest naprawdę — jak powolne wymazywanie siebie z mapy własnego życia.
„Mamo, jesteś najlepsza" — i jak ja to psuję
Najbardziej boli mnie ta scena z rana. Córka, siedem lat, włosy potargane po nocy, je płatki przy stole. Mówi, ot tak, bez żadnego kontekstu: „mamo, jesteś najlepsza". Wystarczy. Tyle.
A ja co odpowiadam? „No co ty kochanie, każda mama by tak zrobiła". Co ja powiedziałam dziecku w tym zdaniu? Powiedziałam mu „nie ma za co mnie chwalić, jestem zwykła, jak każda inna". Powiedziałam mu, że jego komplement jest niewart. Że wziął się z naiwności, z miłości dziecięcej, z czegoś, co należy poprawić.
Gdy doszło do mnie, co właściwie zrobiłam, miałam ochotę wrócić do tego śniadania i to powiedzieć inaczej. Powiedzieć po prostu „dziękuję, kochanie. Też cię kocham". Albo „jeju, jak miło to słyszeć rano". Albo nawet „mama też uważa, że jesteś najlepsza córka, jaką znam". Cokolwiek, byle nie odrzucenia tego prezentu.
Bo to jest prezent. Komplement od dziecka, od męża, od koleżanki w sklepie — to jest prezent. A gdy odrzucamy prezenty, ludzie przestają nam je dawać. Po prostu. Po roku, dwóch latach takiego odrzucania komplementów ludzie wokół ciebie przestają je składać. Bo po co, jeśli i tak każdorazowo dostają wymijające „daj spokój". I wtedy jest już naprawdę cicho. Wtedy zaczyna się prawdziwy problem.
Sukcesy mamy nikt nie zapisuje za nią — musi sama
Doszłam do tego, czytając kilka miesięcy temu jakąś książkę o samoocenie (tytułu nie pamiętam, ale myśl została). Nikt nie zapisuje twoich sukcesów oprócz ciebie. W pracy zawodowej dostajesz feedback, podwyżkę, awans, premię, opinię na koniec roku. W rodzicielstwie? Nic. Zero. Nie ma rocznych ocen. Nie ma certyfikatu „udało ci się przeżyć ten rok z dwójką dzieci". Nie ma medalu za nieprzespane noce.
Gdy nikt cię nie ocenia — zaczynasz nie oceniać siebie. Wszystkie twoje codzienne sukcesy znikają jak para nad czajnikiem. Upiekłaś chleb, ugotowałaś zupę, rozmówiłaś się z wychowawczynią o problemie syna w przedszkolu, zorganizowałaś logistykę weekendu z rodzicami i u babci, pamiętałaś, że M. nie lubi cebuli w sałatce — i to wszystko za darmo, bez zauważenia. Po roku takiego życia masz wrażenie, że nic nie robisz, mimo że robisz cały dzień.
Dlatego zaczęłam coś, co nazywam u siebie „notatką z sukcesami". Tani notes z Biedronki, leży na półce w kuchni. Co dwa-trzy dni, gdy mam minutę przy kawie, zapisuję jedno-dwa zdania o tym, co mi się udało. Bez wielkich tematów. „Upiekłam chleb i wyszedł". „Pogadałam z wychowawczynią o synu, ona zauważyła to samo co ja". „Pobiegłam 8 km mimo deszczu". „Powiedziałam M., że jestem zmęczona, zamiast się obrażać". „Dziewczyna w sklepie chwaliła moją fryzurę i powiedziałam dziękuję" (ten ostatni — od miesiąca, jak ćwiczę).
Notatka nie jest dla was, czytelniczek. Nie jest dla M.. Nie jest dla matki ani dla dzieci. Jest dla mnie samej za dziesięć lat — żebym w pewnym dniu, gdy poczuję, że nic nie zrobiłam ze swoim życiem, mogła otworzyć ten notes i zobaczyć, że robiłam dużo. Po prostu nikt mi tego nie powiedział, bo nie miał komu.
Jak przyjmować komplementy — krótki kurs dla matek
To brzmi banalnie, ale ja sama tego nie umiałam, dopóki świadomie nie zaczęłam ćwiczyć. Sztuka przyjmowania komplementów jest umiejętnością, jak każda inna. Można się jej nauczyć w cztery tygodnie, jeśli się chce.
- Krok pierwszy — powiedz „dziękuję". Nic więcej. Bez „daj spokój", bez „taka tam", bez „nic specjalnego". Po prostu „dziękuję". Pierwsze tygodnie poczujesz się głupio. To jest okej. Głupio zniknie.
- Krok drugi — uśmiechnij się. Komplementy lubią ciało, które je przyjmuje. Skulone ramiona i wpatrzony w ziemię wzrok wysyłają sygnał „to nieprawda". Wyprostowanie ciała i kontakt wzrokowy mówią „słyszałam, dotarło".
- Krok trzeci — dorzuć drobny szczegół. Jeśli ktoś chwali twoje ciasto, możesz powiedzieć „dziękuję, dodałam dziś więcej cynamonu". Jeśli ktoś chwali twój wygląd — „dziękuję, ta sukienka jest moja ulubiona". To pokazuje, że przyjęłaś komplement na serio, nie odrzuciłaś go jak ciężar.
- Krok czwarty — i najważniejszy — nie zwracaj komplementu od razu. Mam taki nawyk: ktoś mi mówi „ładnie wyglądasz", ja od razu „a ty lepiej, ten kolor super". To nie jest grzeczność — to jest unik. Komplementy nie są transakcją. Możesz je przyjmować bez natychmiastowego odpłacania.
Ćwiczę to od trzech miesięcy. Z 20% sukcesów (rano w sklepie z fryzurą — porażka) idę powoli ku 50%. Ciało musi się tego uczyć tak samo, jak nauczyło się odrzucać. Pisałam już o podobnych mechanizmach w wpisie o dawaniu sobie wyboru zamiast zakazów — tam też chodzi o zmianę języka, którą organizm w końcu zrozumie.
Pochwal się M. — i innym
Najtrudniejszy krok ze wszystkich. Pochwalenie się partnerowi, mamie, koleżance — aktywnie, nie czekając, aż oni zauważą. Coś, co u kobiet wychowanych na pokorze brzmi jak grzech śmiertelny. „Sama się chwalisz?". Tak. Sama się chwalę. Bo nikt inny nie wie, czego mi się dziś udało, a M. wraca z pracy i widzi tylko to, co jest.
Zaczęłam w lutym. Po pierwszym udanym pieczeniu chleba — wieczorem, zamiast czekać aż M. zauważy, powiedziałam mu wprost: „M., upiekłam dziś pierwszy raz chleb na zakwasie i wyszedł świetnie, jestem dumna z siebie". M. podniósł głowę, spojrzał, uśmiechnął się i powiedział „brawo, rzeczywiście pachnie cudownie, spróbuję jutro do śniadania". I koniec. Świat się nie zawalił. Nikt mnie nie nazwał egocentryczką. Komplement się odbył.
Po trzech tygodniach takiego praktykowania zauważyłam, że M. sam zaczął częściej zauważać moje rzeczy. Bo wcześniej — może i zauważał, ale myślał „Magda nie lubi pochwał, nie wciskać". Teraz wie, że mi je można składać. To zmieniło coś między nami. Pochwała przyjęta przez ciebie samą staje się zaproszeniem dla innych, żeby się dołączyli.
Komplement od kogoś, kto cię kocha, jest darem. Komplement od ciebie do siebie samej jest fundamentem, na którym ten dar może spocząć. Bez tego fundamentu wszystko inne się zsuwa.— to się zapisałam w notesie, nie pamiętam skąd
Co mówię córce, gdy ona robi to samo, co ja
To zabawne i smutne jednocześnie. Moja siedmioletnia córka zaczyna kopiować mój nawyk. Pochwaliłam ją niedawno, że ładnie narysowała kotka. Odpowiedziała: „Nie, mamo, taki tam, ogon mi się skrzywił". Stałam zatknięta. To są moje słowa. Ona je usłyszała ode mnie tysiąc razy, gdy odpowiadałam wszystkim, że „taka tam" jestem.
Usiadłam koło niej i powiedziałam: „Wiesz co, kochanie? Mama też tak robi i mama się tego oducza, bo to nie jest dobry zwyczaj. Gdy ktoś mówi ci coś miłego, możesz powiedzieć po prostu „dziękuję". Wtedy ten ktoś jest szczęśliwy, że ci dał coś miłego, a ty masz w sobie na chwilę więcej ciepła". Popatrzyła na mnie, jakbym mówiła z kosmosu. Po sekundzie kiwnęła głową: „Aha. Czyli mam mówić dziękuję?". „Tak, dokładnie". „No to dziękuję mamo za pochwałę kotka". Pierwszy w życiu komplement przyjęty bez wyciągania. Siedem lat, świat jeszcze jej nie zepsuł — ale zacznie, jeśli ja będę dawać przykład odrzucania.
To był moment, w którym zrozumiałam, że doceniaj siebie najpierw, nim ktoś inny będzie musiał — to nie jest kwestia mojego ego. To jest kwestia tego, czego uczę córkę. Mogę jej tłumaczyć tysiąc razy „doceniaj siebie", ale dopóki ona widzi, że ja siebie nie doceniam, słowa się nie sprawdzają. Dziecko uczy się z tego, co widzi, nie z tego, co słyszy. To pisałam też w innym kontekście w wpisie o docenianiu tego co masz — tam o wdzięczności jako filtrze percepcji. Tu jest podobnie, tylko filtr skierowany do wewnątrz.
Plan minimum na miesiąc — dla siebie
Nie obiecuję cudów. Tyle samo razy odpadałam od własnych postanowień, co je rozpoczynałam. Ale ten miesiąc daję sobie i wam jako minimum, które nie kosztuje nic, a może coś zmienić:
- Tydzień 1: na każdy komplement odpowiadam tylko „dziękuję". Bez dodatków, bez bagatelizowania, bez zwrotu. To wszystko, co robię w tym tygodniu.
- Tydzień 2: dorzucam notatkę z sukcesami. Jeden zapis dziennie, jedno zdanie, na karteczce na lodówce albo w notesie. Cokolwiek, co dziś mi się udało.
- Tydzień 3: aktywnie chwalę się M. (lub innej bliskiej osobie). Raz dziennie. Bez wyrzutów sumienia. „Wiesz, dziś udało mi się X i jestem z siebie dumna".
- Tydzień 4: uczę dziecko przyjmowania komplementów — przy okazji, naturalnie, bez kazań. Daję mu komplement i obserwuję, czy go bagatelizuje. Jeśli tak — pokazuję, jak inaczej.
Nie wiem, czy to zadziała u kogoś innego. U mnie zaczyna działać. Ten tekst piszę po sześciu tygodniach takiego eksperymentu. Dziewczyna w sklepie z fryzurą jest momentem, który odpaliłam w głowie po raz piętnasty — bo wciąż jest świeża porażka. Ale wczoraj koleżanka pochwaliła moje ciasto, a ja powiedziałam „dziękuję, jestem dumna, pierwszy raz wyszło bez zakalca" i nie umarłam. Świat się nie zawalił. Przeżyję to.
Jeśli interesują cię też inne wpisy o sile mamy i o wracaniu do siebie, polecam matka da rade — tam o wytrzymałości, której nie umiemy w sobie zauważyć, oraz nie rezygnuj z marzeń — bo doceniaj siebie i sięgaj po marzenia to dwie strony tej samej decyzji. Wszystko zaczyna się od tego, że pozwalasz sobie być wartościową w swoich własnych oczach.
Dziewczyna w sklepie pewnie nawet nie pamięta tej rozmowy. Dla niej był to przelotny komentarz przy kasie. Dla mnie był to moment, w którym zorientowałam się, jak głęboko zakopałam siebie pod „taka tam". Wykopuję się powoli. Po jednym dziękuję dziennie. To wszystko, co mam.
Najczęstsze pytania
Dlaczego mama dwójki dzieci przestaje doceniać siebie?
Bo standardem staje się to, co dla osoby z zewnątrz byłoby wyczynem. Wstawanie w nocy do dziecka, ogarnianie logistyki dnia, pamiętanie o prezencie od dziecka dla nauczycielki — wszystko to „przecież powinnam". Gdy wszystko jest obowiązkiem, nic nie jest sukcesem. Dochodzi do tego brak feedbacku — w pracy zawodowej dostajesz oceny, premie, awanse; w rodzicielstwie nic. Po dwóch latach masz wrażenie, że nic nie robisz, mimo że robisz cały dzień. To jest moment, gdy trzeba zacząć doceniać siebie samej.
Jak nauczyć się przyjmować komplementy bez bagatelizowania?
Ćwicz w czterech krokach przez miesiąc: (1) na każdy komplement odpowiadaj tylko „dziękuję" — bez dodatków, bez „daj spokój", bez wymijania; (2) uśmiechnij się i utrzymaj kontakt wzrokowy — ciało musi też przyjąć; (3) dorzuć drobny szczegół („dziękuję, dodałam więcej cynamonu") — to pokazuje, że przyjęłaś komplement; (4) nie zwracaj komplementu od razu — to nie transakcja. Pierwsze tygodnie poczujesz się głupio. Głupio zniknie po 30 dniach.
Co to jest notatka z sukcesami i jak ją prowadzić?
Tani notes, leży w kuchni, raz dziennie zapisujesz jedno zdanie o tym, co dziś ci się udało. Bez wielkich tematów: „upiekłam chleb i wyszedł", „rozmówiłam się z wychowawczynią", „pobiegłam mimo deszczu". Notatka nie jest dla rodziny ani dla nikogo na zewnątrz — jest dla ciebie samej za dziesięć lat, gdy poczujesz, że nic nie zrobiłaś. Otwierasz wtedy notes i widzisz, że robiłaś dużo. Po prostu nikt ci tego nie powiedział, bo nie miał komu.
Jak nauczyć dziecko, by przyjmowało komplementy?
Najpierw nauczyć siebie. Dzieci kopiują nawyki rodzica — jeśli odrzucasz komplementy słowami „taka tam", twoje dziecko zacznie odpowiadać tak samo. Gdy zauważysz, że dziecko bagatelizuje pochwałę, usiądź z nim i powiedz wprost: „Mama też tak robi i mama się tego oducza, bo to nie jest dobry zwyczaj. Gdy ktoś mówi ci coś miłego, powiedz „dziękuję" — ten ktoś będzie szczęśliwy, a ty masz na chwilę więcej ciepła w sobie". Tłumaczenia bez własnego przykładu nie działają.