Moim zdaniem 8 marca 2025 8 min czytania 1 852 wyświetlenia

Dzieciństwo, które wraca wieczorami — moje lata 90. i pytanie, co dać dzieciom z tego

Wczoraj wieczorem siedziałam przy oknie z herbatą i nagle poczułam zapach pierogowej zupy babci, która umarła pięć lat temu. Nie ma jej, nie ma zupy, nie ma kuchni. A jednak zapach był tak wyraźny, że odwróciłam głowę, jakby ktoś stał za mną. Tak właśnie wraca dzieciństwo — nieproszone, w zapachach i obrazach, których nie da się wywołać świadomie.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Vintage lat 90. polskie zabawki na dywanie, drewniane klocki, kreda na chodniku, ciepłe światło słońca przez okno

Mam 35 lat i zaczynam być w wieku, w którym dzieciństwo wraca wieczorami. Nie codziennie. Nie zawsze tak samo. Ale coraz częściej — gdy umyję dzieci, położę je spać, usiądę z herbatą przy oknie kuchni, otworzy mi się w głowie ten sam album zdjęć, który wydawał się dawno zamknięty. Otwiera się sam. Z zapachu, z koloru, z kawałka piosenki w radiu, z dźwięku, którego nie słyszałam od dwudziestu lat.

Wczoraj był to zapach pierogowej zupy babci. Dzisiaj — odgłos sąsiadki trzepiącej dywan na trzepaku, którego u nas w bloku już nie ma. Jutro będzie pewnie coś innego. Lata 90. wracają do mnie warstwami, jak pranie wieszane na sznurku w piwnicy — jedna rzecz pociąga drugą, druga trzecią, i nim się obejrzę, siedzę w kuchni i jestem znów w sukience na lato z 1996 roku, w Sandomierzu u babci, z poobijanymi kolanami od jazdy na rowerze, który był dla mnie za duży.

Lekcje na chodniku, guma, podchody — szkoła ulicy, której już nie ma

To, co najbardziej do mnie wraca, to uliczne dzieciństwo, którego dzisiejsze dzieci już nie mają. Wracałam ze szkoły o czternastej, rzucałam plecak, jadłam zupę z babcią (mama pracowała), i biegłam pod blok. Pod blokiem czekała moja Asia — sąsiadka z trzeciego piętra. Czasem dochodziła Marta z czwartego, czasem chłopcy z sąsiedniej klatki. Nie umawialiśmy się przez Messengera. Nie pisaliśmy SMS-ów. Po prostu wychodziliśmy pod blok, bo wiedzieliśmy, że ktoś tam już będzie.

Graliśmy w gumę. Nikt z moich dzieci dziś nie wie, co to jest. Czarna, gruba guma rozciągnięta między nogami dwóch dziewczynek, a trzecia skacze — najpierw na poziomie kostek, potem łydek, potem kolan, potem bioder. Im wyżej, tym trudniej. Pamiętam wirginię — jakąś sekwencję skoków, której nazwy nikt już nie zna, a my kłóciłyśmy się o to, czy Asia poprawnie ją wykonała, dwie godziny pod blokiem. Nie miało to żadnego sensu, a jednak miało cały sens świata.

Lekcje rysowaliśmy kredą na chodniku — klasy, w które się skakało na jednej nodze. Numery od jeden do dziesięciu, z polem „niebo" na końcu. Kreda wyparzała się od dziesiątego skoku, więc trzeba było rysować od nowa. Jak padał deszcz, kreda znikała, i to był koniec naszej pracy. Nikt z nas nie miał pretensji do deszczu — to był po prostu element świata. Dziś moja siedmiolatka, gdy zaczyna padać podczas zabawy na podwórku, przybiega z pretensjami do mnie, jakby ja była odpowiedzialna za pogodę. Ja w jej wieku po prostu wracałam do domu, otwierałam zeszyt do polskiego i czekałam, aż przestanie. Wtedy nikt nie tłumaczył nam, że deszcz „psuje plany". Plan był taki, jaki był — pogoda była częścią planu.

O podobnej uważności na to-co-jest pisałam też w tekście o tym, że dzieciństwo to chwila — bo my, dorośli, dziś za dużo planujemy, a za mało po prostu jesteśmy. Tak jak wtedy, pod blokiem, z gumą i kredą, nie planując nic.

Telewizor jako rytuał — „Dziwne losy Jane Eyre" o 17:30

W moim dzieciństwie telewizor był jeden, kolorowy, ustawiony na regał z dębowymi szybkami. Włączało się go o konkretnych porach, na konkretne programy. TVP1 i TVP2 — to był cały nasz internet. Pamiętam dokładnie, że „Dziwne losy Jane Eyre" leciały o 17:30 we wtorki, i siedziałam przed telewizorem z mamą, która zostawiała wtedy obiad w kuchni, żeby nie przegapić. Nie rozumiałam wszystkiego. Byłam za mała na tę historię. Ale lubiłam atmosferę — ciemne wnętrza, zegary tykające w angielskich salonach, bohaterkę, która nie była ładna, ale była mądra. Mama mówiła mi „zobaczysz, jak będziesz większa, to wszystko zrozumiesz". I miała rację — bo dziś, gdy oglądam ten serial dla siebie samej, rozumiem.

Bywały też niedzielne wieczory z WieczorynkąPszczółka Maja, Smerfy, Bolek i Lolek. Po Wieczorynce kąpiel, piżama, i do łóżka. Świat był prosty. „Dobranocek" pokazywał, że dzień się kończy. Dziś moja córka ma dostęp do całego YouTube'a 24 godziny na dobę i nie wie, kiedy koniec dnia ma się zacząć. Za dużo wszystkiego o każdej porze. I to nie jest tylko narzekanie starszego pokolenia — to obserwacja, że brak rytmu zmienia coś w głowie dziecka, czego my, mając jeden telewizor i jeden program, nie znaliśmy.

O podobnym zagubieniu rytmu w cyfrowych czasach pisałam w tekście o cyfrowym detoksie — bo to nie tylko o dzieciach jest, ale i o nas, dorosłych, którzy też straciliśmy 18:30 w środę jako konkretny moment, na który się czekało.

Zupa pierogowa babci, kompot z wiśni, blacha z drożdżówkami

Zapach kuchni babci był zapachem mojego dzieciństwa. Nie wiem dokładnie, z czego się składał — ale pamiętam, że gdy wchodziłam do jej kuchni, było mi cieplej od progu. Zupa pierogowa, nad którą do dziś nikt nie umie zapanować jak ona — drobne pierożki z mięsem na rosole, lekko kwaskowatym, z koprem na wierzchu. Próbowałam to powtórzyć w moim życiu trzy razy. Trzy razy mi nie wyszło. Babcia gotowała na oko, na pamięć, na rękę — nie miała ani jednego przepisu spisanego.

Kompot z wiśni — z naszego ogrodu, gotowany w wielkim garnku, butelkowany na zimę. Gęsty, słodki, lekko ugnieciony. Pijaliśmy go po obiedzie ze szklanek z grubego szkła, które babcia ustawiała na stole jak kieliszki do wina. W żadnym sklepie dziś nie kupisz takiego kompotu. Próbowałam kompotów wiśniowych z różnych delikatesów. Wszystkie smakują plastikowo. To nie wina sklepów. To wina tego, że ten konkretny smak wymagałby ogrodu mojej babci, jej rąk, jej cierpliwości. Tego się nie da przepakować do słoika.

Drożdżówki na blasze — pieczone w piątki przed weekendami. Z kruszonką, z serem, z makiem, z marmoladą śliwkową. Babcia robiła ich na całą rodzinę, ciotki przyjeżdżały po nie autobusem z innych miast. Dziś, gdy próbuję upiec drożdżówki w domu, najpierw muszę odpalić wentylator wyciągowy, żeby mąż się nie krzywił, że pachnie. U babci nikt by takiego wentylatora nie włączał — zapach drożdżówek to był sam dom.

O podobnych smakach pisałam już w tekście o cukierkach z dzieciństwa — bo zmysł smaku jest najmocniej powiązany z hipokampem, częścią mózgu odpowiedzialną za pamięć emocjonalną. Pamiętamy zapachy tak, jak nie pamiętamy słów.

Brak telefonów, brak zdjęć — i to było bogactwo, nie strata

Największa różnica między moim dzieciństwem a dzieciństwem moich dzieci to brak dokumentacji. Nikt mnie nie fotografował codziennie. Mam może trzysta zdjęć z całego dzieciństwa — wszystkie zrobione na konkretne okazje, wszystkie posiadane teraz na CD od mamy. Moja siedmiolatka przeżyła już więcej kadrów niż ja w ciągu dwudziestu lat życia. Każdy jej krok mam zachowany w chmurze.

I nie wiem, czy to dobrze. Bo pamięć, której nic nie podpiera, była pamięcią silniejszą. Pamiętam wakacje w Sandomierzu w 1997 roku w sposób bardzo konkretny — dlatego, że nie miałam żadnych zdjęć do przeglądania. Mózg sam zapamiętał to, co dla niego było ważne: zapach skoszonej trawy, smak zimnej wody z hydrantu, wieczorne ognisko z ciotkami. Moja córka pamięta swoje wakacje przez pryzmat zdjęć, które jej pokazuję. To inny rodzaj pamięci. Mniej własny.

O tej dynamice pisałam w tekście o aparacie dziecka — bo dzieci, które same robią zdjęcia, mają inną relację z dokumentacją niż dzieci, które są tylko fotografowane. Jedno jest aktywne, drugie pasywne. To duża różnica.

Co chcę dać moim dzieciom z mojego dzieciństwa, a czego nie

Tu zaczyna się dla mnie najtrudniejsza część. Bo z jednej strony chcę dać im wszystko, co miałam. Lekcje na chodniku, gumę, niedzielne Wieczorynki, zupę babci. Z drugiej strony rozumiem, że to się nie powtórzy — bo świat jest inny, ich pokolenie jest inne, i wciskanie im mojej nostalgii byłoby formą egoizmu. Niech mają swoje wspomnienia, nie moje.

Więc próbuję wybierać. Co chcę dać:

  • Brak dostępu do ekranów do określonego wieku — bo brak telewizora i komputera w moim dzieciństwie był darem, choć wtedy nim się czułam pokrzywdzona przez biednych rodziców.
  • Wspólne posiłki przy stole — bez telefonów, bez telewizora, z rozmową. To jedyne, co u mojej rodziny działało zawsze.
  • Zapach drożdżówek z piekarnika, choćbym miała włączać wentylator wyciągowy. Zapach domu to coś, co dzieci zapamiętują na zawsze.
  • Czas spędzany na podwórku — bez planu, bez animatora, bez oczekiwań. Po prostu bądź na dworze, dziecko, znajdź sobie zajęcie. To jest umiejętność, której nie nauczy ich żadna aplikacja.
  • Książkę czytaną wieczorem — taką samą, którą mama mi czytała, w tym samym tonie, z tymi samymi pauzami. Pewne rzeczy się dziedziczy razem z głosem.

Czego nie chcę im dać:

Ale też nie chcę im dać braku rozmów o emocjach, którego ja doświadczyłam w domu lat 90. Nie chcę im dać „nie pochwalaj, bo się rozpuści". Nie chcę im dać niestrunie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo (Asia z trzeciego piętra zajmowała się swoim trzylatnim bratem od piątego roku życia, bo mama poszła do pracy — to było normalne, dziś to jest niestety nadal normalne, ale ja tego u siebie nie chcę).

Nie chcę też wciskać im swojej nostalgii za PRL-em (której nawet nie mam, bo PRL to były dla mnie tylko ostatnie tchnięcia, mam siedem lat w 1997, czyli świat już się zmieniał). Niech mają swoje czasy. Niech ich własne dzieciństwo będzie ich własne.

Najgorsza rodzicielska pomyłka: chcieć powtórzyć swojemu dziecku dokładnie to samo dzieciństwo, które miałam. Najlepsza rodzicielska decyzja: dać dziecku narzędzia, żeby zbudowało sobie własne wspomnienia, których nie da się odtworzyć z mojego.— moja mama, której dziś jestem za to wdzięczna

Dzieciństwo wraca, ale już nie do dziecka — do dorosłej kobiety

Najdziwniejsze w tych powracających wspomnieniach jest to, że wracają już nie do dziecka, ale do mnie — dorosłej, zmęczonej, mamy dwójki. I rozumiem dziś rzeczy, których wtedy nie rozumiałam. Rozumiem, dlaczego mama miała czerwone oczy w piątek wieczorem (pracowała na dwóch etatach, choć wtedy nie wiedziałam). Rozumiem, dlaczego babcia gotowała tę zupę pierogową tak wolno (bo to był jej moment dla siebie, w kuchni, sama, z myślami). Rozumiem, dlaczego ojciec wracał z pracy i siedział pół godziny w samochodzie, zanim wszedł do domu — to było jego przejście z roli pracownika do roli ojca. Wtedy myślałam, że jest dziwny. Dziś wiem, że był wystarczająco mądry, żeby sobie dać te pół godziny.

Dzieciństwo wraca wieczorami nie po to, żeby mnie zatrzymać w przeszłości. Wraca, żeby mi przypomnieć, że teraz ja jestem tą mamą, która gotuje wolno — choć moim córka i synowi się wydaje, że jestem dziwna. Że to ja jestem teraz babcią-w-zarodku, z zupą pierogową, której kiedyś będą szukali w restauracjach i nie znajdą. Że to moje zapachy, moje obrazy, moje gesty będą wracały do nich za trzydzieści lat — wieczorem, gdy usiądą przy oknie z herbatą i nagle poczują, że coś pachnie, choć nikogo nie ma w kuchni.

Więc gotuję. Stawiam zupę. Włączam piekarnik z drożdżówkami. Czytam córce książkę dokładnie w tym samym tonie, w którym mama mi ją czytała. Nie wiem, co z tego dziedziczy się dziedzicznie, a co przez powtarzanie. Wiem tylko, że coś się dziedziczy, i że moim zadaniem jest dać im coś, co będzie wracało do nich tak, jak do mnie wraca babciny kompot z wiśni. Niech im wraca. Niech mają do czego wracać.

O podobnym przekazywaniu przez codzienność pisałam w tekście o tym, że lubię swoje dzieci i w refleksji o byciu wielką mamą oczami dziecka — bo to wszystko jest jednym i tym samym wątkiem. Co po nas zostanie w dzieciach. Mnie zostały zapachy. Im pewnie zostaną też zapachy. Zmieni się tylko menu w kuchni — moja zupa pierogowa nigdy nie będzie tak dobra jak babcina, ale może synowa, którą znajdę kiedyś, nauczy się robić ją lepiej niż ja. Tak to się przekazuje. Z pokolenia na pokolenie. Niedoskonale, ale prawdziwie.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dlaczego wspomnienia z dzieciństwa wracają mocniej w wieku 30+?

Bo mózg dorosłego, który ma już własne dzieci, automatycznie porównuje swój rodzicielski rytuał z rytuałem rodziców sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Każdy gest dzisiaj — gotowanie zupy, kąpiel dziecka, czytanie książki na noc — odpala odpowiadający mu obraz z naszego dzieciństwa. Dodatkowo zmysł węchu i smaku jest neurologicznie powiązany z hipokampem, więc zapachy babcinej kuchni czy konkretnej pasty do podłogi potrafią wywołać kompletny powrót do tamtego pokoju, tamtej godziny, tamtej osoby. To naturalne i — moim zdaniem — uzdrawiające.

Czy próbować dać dzieciom takie samo dzieciństwo, jakie mieliśmy?

Nie do końca — niech mają swoje, nie nasze. Próba dosłownego powtórzenia własnego dzieciństwa kończy się zwykle frustracją (świat jest inny, dzieci są inne, nasza rola też jest inna). Lepiej wybierać — przekazać konkretne wartości i rytuały, które działały (wspólne posiłki, czytanie wieczorami, czas na dworze bez planu, zapach domu z kuchni), a odrzucić to, co nas raniło (brak rozmów o emocjach, „nie chwal, bo się rozpuści", przesadna odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo). Dzieciństwo dziecka ma być jego własne, nie nasze powtórzone.

Jak chronić dziecko przed presją cyfrową, której my nie znaliśmy?

Ograniczać dostęp do ekranów w sposób przemyślany, nie zakazami w stylu PRL-u. Konkretne pory na bajki (jak kiedyś TVP — Wieczorynka o 19:00), zero ekranów przy posiłkach, zero ekranów w sypialni dziecka, zachęcanie do nudzenia się (z nudy rodzi się kreatywność, której nie da żaden tablet). I — co najważniejsze — modelowanie zachowania: jeśli mama siedzi z telefonem cały wieczór, dziecko nie kupi żadnego argumentu o ekranach. Najpierw my, potem oni.

Co zostawić swoim dzieciom z dzieciństwa, gdy się jest mamą 30+?

Zapachy domu (kuchnia, pieczone drożdżówki, zupa robiona długo), rytuały (wspólne kolacje, książka na noc, niedzielny obiad u babci), piosenki (te same, które nam śpiewała mama, nawet jeśli niektóre brzmią dziś dziwnie), brak presji na produktywność dziecka (czas wolny ma być wolny, nie zorganizowany), obecność (nie idealna, ale stała). To są rzeczy, które dziecko zapamięta zmysłami, nie umysłem — i to one wrócą do niego za trzydzieści lat, gdy będzie samo siedziało wieczorem przy oknie z herbatą.