Moim zdaniem 8 lutego 2026 7 min czytania 1 437 wyświetleń

Nie do odzyskania — etapy dzieciństwa, które mijają bez ostrzeżenia

Wczoraj na chodniku przy biedronce zauważyłam, że Hania nie wyciągnęła już do mnie ręki przed ulicą. Sama spojrzała w lewo, w prawo, w lewo — i poszła. Stałam na krawężniku jak pomnik. Coś się wtedy skończyło, czego nie zauważyłam ani wczoraj, ani przedwczoraj. A już nie wróci.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Mała dłoń dziecka trzymająca dłoń mamy w polnej trawie

Mam siedmioletnią córkę Hanię. Wczoraj wracałyśmy z biedronki, miałyśmy w torbach mleko i pomarańcze, a syn drzemał w wózku, który pchałam jedną ręką. Doszłyśmy do skrzyżowania — to małe skrzyżowanie naszej ulicy z większą drogą, ze światłami, ale bez przejść dla pieszych po obu stronach. Hania zwykle wyciąga rękę i łapie moją. To rytuał od jej drugiego, trzeciego roku życia. Najpierw automatyczny — bo ja jej rękę chwytałam. Potem świadomy — bo mama mówi, że trzeba. Wreszcie nawykowy — bo zawsze tak robimy.

Wczoraj — nie wyciągnęła. Stałam na krawężniku z mlekiem w jednej ręce, z wózkiem w drugiej, czekając na ten gest. Nie wyciągnęła. Spojrzała w lewo, w prawo, w lewo, jak ją uczyłam, i ruszyła. Sama. Ja zatrzymałam się o ułamek sekundy, w środku zostały mi dwie myśli na raz: pierwsza — „świetnie, nauczyła się". Druga — „więc to już". Więc to już ten moment, w którym ona idzie po prostu obok mnie, a nie przy mojej dłoni.

Zajęło mi sekundę, żeby ruszyć za nią. Wózek skrzypnął. Hania, dwa kroki przede mną, zerknęła przez ramię i powiedziała: „mamo, czemu się zatrzymałaś?". Odpowiedziałam „nic, kochanie, mam coś w bucie". A miałam coś w gardle.

Ostatnie razy, których nikt nie ogłasza

W macierzyństwie jest tak, że nikt nie ogłasza ostatnich razów. Pierwsze razy — owszem. Pierwszy ząb, pierwszy krok, pierwsze słowo, pierwszy nocnik. Tych pierwszych razów oczekuje się tygodniami, fotografuje, opisuje na blogu, dzwoni do babci. Ostatnie razy — nie. Bo nigdy nie wiesz, że dziś jest ten ostatni raz. Wiesz dopiero potem, po fakcie, po tygodniu, po miesiącu — gdy zauważasz, że czegoś już nie ma.

Wczoraj wieczorem, leżąc po wyłączeniu lampki, próbowałam policzyć ostatnie razy, które już mnie minęły — których ja sama nie zauważyłam w momencie:

  • Ostatni raz, gdy nosiłam Hanię na rękach z auta do domu po długiej wycieczce. Pewnie miała wtedy cztery lata, może pięć. Spała mi na ramieniu, ślinka leciała na moją koszulkę. Wtedy myślałam: muszę ją przenieść do łóżka, bo waży już za dużo. Nie wiedziałam, że to ostatni raz. Następnego razu już nie było. Zaczęła się z auta wybudzać. Albo budziła się sama na progu. Nigdy więcej nie spała mi w ramionach od auta do łóżka.
  • Ostatni raz, gdy mówiła do mnie „mamooo" zamiast „mamo". To samogłoskowe wydłużenie, charakterystyczne dla małych dzieci, gdy chcą zwrócić uwagę. „Mamooo, popatrz!"„mamooo, ja nie mogę". Któregoś dnia „mamoo" zostało zastąpione przez „mamo". Zwykłe, dorosłe, dwusylabowe „ma-mo". Nie wiem, kiedy to się stało.
  • Ostatni raz, gdy weszła z M. do basenu w nadmuchiwanych rękawkach. Pewnie miała pięć lat. Następnego razu na basenie powiedziała „nie chcę rękawków, jestem już duża". I to się skończyło. Zostały po nich tylko żółte plastikowe ślady w mojej szufladzie, bo ich nie wyrzuciłam.
  • Ostatni raz, gdy zasypiała z misiem. Z konkretnym misiem — z tym brązowym, z czarnym noskiem, którego dostała od babci na pierwsze urodziny. Misia ma do dziś, ale leży na półce, nie w łóżku. Kiedyś z nim spała. Któregoś dnia przestała.
  • Ostatni raz, gdy mówiła „kochanieńka mamooosia". „Kochanieńka mamoosia" — taki dziecięcy potoczny zlepek, który rozkładał mnie na łopatki. Mówiła tak gdzieś do trzeciego, czwartego roku życia. Potem zniknęło.
  • Ostatni raz, gdy chciała, żebym ja, konkretnie ja, czytała jej Locomotive Tuwim (bo M. nie umiał czytać tej książki w odpowiednim rytmie). Teraz Hania czyta sobie sama. Rzadko prosi mnie o czytanie — i to nie jest już Tuwim, to są książki ze Świata Magicznego.

Każdy z tych „ostatnich razów" minął, a ja go nie zauważyłam. Mam uświadomione tylko brak. „Już nie spała mi w ramionach od dwóch lat". „Już nie mówi mamooo". Brak jest jedyną oznaką, jaką zostawiają po sobie ostatnie razy. To okrutna ekonomia macierzyństwa.

A jeszcze przed nami — jak długa lista

Leżąc wczoraj, ze świadomością tego niewyciągniętego ramienia przy biedronce, zaczęłam się obawiać kolejnych ostatnich razów. Bo lista, która jest jeszcze przede mną, też zacznie maleć:

  • Ostatni raz, gdy wejdzie wieczorem do mojego łóżka, bo „bała się piorunu". Hania ma siedem lat. Wciąż czasem przychodzi w nocy, gdy burza. Ale to się skończy — pewnie w ciągu dwóch, trzech lat.
  • Ostatni raz, gdy poprosi mnie, żebym ja, konkretnie ja, robiła jej warkocze. Dziś dwa razy w tygodniu robię jej dwa kucyki, raz w tygodniu francuski warkocz na występ z chórem szkolnym. To się też skończy. Sama nauczy się robić warkocze. Albo zacznie chodzić z włosem rozpuszczonym i przestanie kłopotać tym mamę.
  • Ostatni raz, gdy zechce, żebym ja kładła ją do snu. Już teraz kilka razy w miesiącu mówi „mamo, dziś sama". Jeszcze sześć lat temu nie do pomyślenia.
  • Ostatni raz, gdy złapie mnie za rękę na ulicy. Wczoraj się to wydarzyło — i ja go nie zauważyłam aż do końca powrotu do domu.
  • Ostatni raz, gdy mama będzie najważniejszą osobą w jej świecie. To gdzieś między 11 a 14 rokiem życia, czytałam. Wtedy koleżanki będą ważniejsze niż mama. I tak ma być. Ale to też ostatni raz.
  • Ostatni raz, gdy będzie chciała wziąć mnie na ręce — nawet symbolicznie.
  • Ostatni raz, gdy uściśnie mnie spontanicznie w sklepie, na widoku innych ludzi.

Lista jest długa. I każdy element tej listy ma w sobie datę ważności, której ja nie znam. To trochę jak z produktem w lodówce, na którym nie ma napisanej daty — ja muszę zgadywać, kiedy się zepsuje, bo nikt mi tego nie powie.

Pisałam o podobnej dynamice w refleksji o tym, że dzieciństwo to chwila — bo każda chwila dzieciństwa jest jednocześnie premierą i ostatnią szansą.

Czego nie da się odzyskać — i co z tym zrobić

Nie da się odzyskać momentu, w którym dziecko po raz pierwszy poszło samo przez ulicę zamiast wziąć cię za rękę. Nie da się odzyskać tysiąca takich małych przejść. Nie da się odzyskać niemowlęcego śpiącego oddechu na ramieniu. Nie da się odzyskać zapachu główki dziecka po kąpieli, gdy główka mieściła się dokładnie pod twoim podbródkiem. Nie ma drugiej szansy. Mama, która myśli „następnym razem zwrócę uwagę" — myli się. Następnego razu może już nie być.

Co z tym zrobić? Bo to brzmi jak źródło chronicznego smutku. Próbowałam wczoraj zasnąć z tą myślą i nie umiałam — kawałek za kawałkiem przeglądałam „a co już mi się skończyło", „a co kończy się teraz", „a co jeszcze trwa, ale wkrótce się skończy". To była nieprzyjemna noc.

Dziś rano, robiąc kawę, doszłam do trzech wniosków, którymi się dzielę. Może komuś się przyda.

Po pierwsze — nie ma sensu rozpaczać po ostatnich razach, których nie zauważyłam. Bo gdybym chciała je wszystkie zauważyć w momencie, byłabym mamą gigantycznie ostrożną — żyjącą w stałym stanie żałoby antycypacyjnej, przed-przeżywającą każde dziecięce odejście. To dla nikogo nie zdrowe — ani dla mnie, ani dla dziecka. Dziecko, którego mama traktuje każdy moment jak ostatni, nie czuje się luźno. Czuje na sobie ciężar tej obecności mamy. Nie chcę tak.

Po drugie — można świadomie zwrócić uwagę na niektóre obecne momenty. Nie wszystkie. Niektóre. U mnie to czytanie wieczorne — kiedy Hania prosi o książkę, świadomie zwracam uwagę, że tak się dziś dzieje. Gaszę telefon. Wchodzę z nią pod kołdrę. Czytam. Pamiętam. To jest mój wybór, gdzie kładę uwagę. Nie muszę kłaść jej wszędzie. Wystarczy w tych kilku miejscach, które naprawdę pamiętam.

O podobnym wyborze pisałam w tekście o docenianiu tego, co masz — bo docenianie to nie histeria, że coś się skończy. Docenianie to spokojna obecność w tym, co jest teraz.

Po trzecie — można pisać. Pamięć ludzka jest dziurawa, ale zapisany moment trwa. Nie chodzi o robienie pełnego dziennika z każdego dnia — to niewykonalne dla mamy dwojga dzieci. Chodzi o jedno zdanie tygodniowo, jedno „dzisiaj zauważyłam, że...". Albo o jedno krótkie wideo na telefonie z całkiem zwykłej czynności (mycie zębów, jedzenie zupy). Albo o jedną fotę, podpisaną. Te skrawki uratowały mi już niejedną pamięć. Bo gdy próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądała Hania w wieku trzech lat — mam fotki. Nie mam pamięci, ale mam fotki. Lepsze fotki niż nic.

Co dziś rano, po tej nocy, zrobiłam inaczej

Dziś rano Hania wstała, zaspana, w piżamie z królikami, która już ledwie się na niej zapina (kupiona dwa lata temu — wkrótce będzie ostatnia" pidżama z królikami). Weszła do kuchni, oparła głowę na moim ramieniu, gdy zalewałam herbatę. „Dzień dobry, mamo". Stała tak może dziesięć sekund.

Zazwyczaj w takim momencie pytałabym „kochanie, idź się umyj, śniadanie za chwilę". Dziś — milczałam. Tylko trzymałam czajnik. Pozwoliłam jej oprzeć tę głowę. Pomyślałam: to też kiedyś będzie ostatni raz, gdy ona — siedmiolatka, sama — przyjdzie i oprze głowę na moim ramieniu rano w kuchni. Może za rok, może za pięć lat — kiedyś. Dziś — jeszcze trwa.

Po dziesięciu sekundach Hania podniosła głowę i poszła do łazienki. Ja stałam jeszcze chwilę z czajnikiem. I nie był to chwytanie się resztek, jak to czasem brzmi w tekstach o macierzyństwie. Był to zwykły akt zauważenia, że dzisiejszy moment jest czymś realnym, co się wydarzyło, i że nie wymagało ode mnie nic poza tym, żebym milczała przez dziesięć sekund.

Nie da się odzyskać dzieciństwa, które już minęło. Da się tylko bardziej zauważyć to, które jeszcze trwa. To wystarczy.— moja własna myśl z dzisiejszego ranka, dopisana do moich złotych myśli mamy

Hania jutro

Jutro pójdziemy znowu do biedronki. Pewnie znowu nie wyciągnie ręki przed skrzyżowaniem. Ale ja już wiem. I to wystarczy. Już nie zostanę zaskoczona. Mogę ją puścić, niech idzie sama. Niech rośnie.

Na miejsce ręki Hani w mojej dłoni — przyjdzie ręka jej brata. On ma cztery lata, wciąż łapie. Może jeszcze rok, może dwa. Potem on też przestanie. I wtedy będę szła sama, z wózkiem na zakupy, bez niczyjej dłoni w mojej. To będzie następny etap. Trochę trudny, trochę dobry.

A dzieci pójdą sobie obok. Już dorosłe. Już nie do odzyskania w wersji małej. Ale za to — w wersji nowej, której jeszcze nie znam. Bo każde dziecko, gdy kończy jakiś etap, zaczyna nowy. Hania z osiem lat nie będzie tą samą, którą dziś trzymam za rękę — ale będzie inną, ze swoim własnym sposobem stania obok mnie. Macierzyństwo to nie jeden związek. To seria następujących po sobie związków, każdy z tym samym dzieckiem w innej wersji.

Dziś, na razie, mam jeszcze siedmiolatkę, która rano kładzie mi głowę na ramieniu w kuchni. Cieszę się tym. Nic więcej. I pozwalam temu trwać, jak długo zechce. A gdy się skończy — będzie już coś innego, czego jeszcze nie znam. I to też zauważę. Tym razem już — w momencie, nie po fakcie.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Jak poradzić sobie z poczuciem, że dzieciństwo dziecka mija za szybko?

Trzy rzeczy mi pomagają. Po pierwsze — pogodzenie się z tym, że nie zauważę wszystkich ostatnich razów. Próba zauważania ich wszystkich kończy się żałobą antycypacyjną i uniemożliwia normalną relację z dzieckiem. Po drugie — wybranie kilku okien uważności (u mnie czytanie wieczorne), w których świadomie odkładam telefon. Po trzecie — pisanie. Jedno zdanie tygodniowo o tym, co zauważyłam. Skrawek wideo. Foto z podpisem. Pamięć ludzka jest dziurawa, ale zapisany moment trwa.

Czy to normalne, że płaczę, gdy córka przestaje trzymać mnie za rękę?

Bardzo normalne — to forma żałoby po małym dziecku, którego już nie ma. Każdy etap dzieciństwa, który się kończy (noszenie na rękach, „mamooo" zamiast „mamo", trzymanie za rękę przy ulicy), zostawia po sobie konkretny brak. Mama, która tego nie czuje, jest albo nieuważna, albo wyparta. Czuć żal, a jednocześnie cieszyć się rosnącą samodzielnością dziecka — to dwa współistniejące uczucia, oba autentyczne. Płacz nad pierwszym nie unieważnia radości z drugiego.

Jakie są typowe „ostatnie razy" z dzieckiem, których nie zauważamy?

Najczęstsze, o których pisałam: ostatnie noszenie z auta do łóżka po wycieczce, ostatnie „mamooo" z wydłużoną samogłoską, ostatni raz w basenie z rękawkami, ostatni raz z konkretnym misiem w łóżku, ostatni raz, gdy mama (a nie tata) musi czytać konkretną książkę, ostatni raz wzięcia za rękę przy ulicy. Każde z tych zdarzeń mija bez ogłoszenia — zauważasz dopiero po fakcie, po tygodniach, gdy widzisz brak. Lista jest długa i indywidualna dla każdego rodzica.

Czy można jakoś świadomie cieszyć się obecnym etapem, zamiast bać się jego końca?

Tak — przez zwykłe milczenie w wybranych momentach. Gdy córka rano kładzie głowę na moim ramieniu w kuchni, nie pytam od razu „leciałaś się umyć?". Pozwalam tej chwili trwać dziesięć sekund. To nie jest histeria, że za rok już tego nie będzie. To zwykły akt zauważenia, że dzisiaj się dzieje. Wystarczy kilka takich momentów dziennie. Reszta dnia może być chaotyczna — ale te kilka świadomych obecności pamięta się długo. To, co nazywam byciem w obecnym etapie, zamiast przed-przeżywaniem jego końca.