Moim zdaniem 8 grudnia 2025 6 min czytania 1 890 wyświetleń

Popsuję dzieciom świat — myśl, która dopada mnie czasem o 22:30

Jest 22:30, dzieci od godziny śpią, M. ogląda mecz w salonie, a ja siedzę na kanapie z kubkiem już zimnej herbaty i wałkuję w głowie poranny krzyk przy drzwiach przedszkola. „Popsuję im świat" — myśl, która dopada mnie ostatnio coraz częściej, zwłaszcza wieczorami, gdy dzień już nie wymaga ode mnie kompetencji, tylko rozliczenia.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Mama siedzi na kanapie wieczorem, w zamyśleniu trzymając kubek herbaty

Wczoraj rano nakrzyczałam na syna przed przedszkolem. Nie krzykiem-katastrofą, tylko takim podniesionym głosem mamy, która już piąty raz powtarza „buty, buty, BUTY". Wsiedliśmy spóźnieni do samochodu, on ze łzami, ja z poczuciem winy tak wyraźnym, jakby ktoś mi je nakleił na czoło. Doprowadziłam go do sali, oddałam pani, dostałam w nogę kopniaka pożegnalnego (taką ma metodę), wróciłam do auta — i przez całą drogę powtarzałam sobie w głowie: popsuję mu świat tym pieprzonym poranko-krzykiem.

Czternaście godzin później, gdy on śpi spokojnie z plastikowym dinozaurem przy poduszce, ja siedzę i wałkuję dalej. Myśl wraca jak refren. Popsuję mu świat. Popsuję jej świat. Już psuję. I wiem — wiem rozumowo — że to jest klasyczny vicious circle przemęczonej mamy, że to mówi do mnie zmęczenie, a nie obiektywna ocena rzeczywistości. Ale wiedza intelektualna nie wystarcza, żeby ta myśl odeszła. O 22:30 wiedza intelektualna ma zerową siłę przekonywania.

Z czego dokładnie wyrasta ta myśl

Gdy się tej myśli przyjrzeć z bliska — a przyjrzałam się jej w ostatnich miesiącach setki razy — okazuje się, że ma kilka warstw, które warto rozdzielić.

Pierwsza warstwa: konkretne dzisiejsze wydarzenie. Krzyk, niecierpliwość, zła reakcja na pytanie, brak czasu na to, żeby wysłuchać o nowym klocku LEGO. Coś, co się stało dziś. Coś realnego. To jest warstwa najpłytsza i akurat najłatwiejsza do naprawienia — można jutro przeprosić, można poświęcić wieczorem 10 minut na rozmowę o klocku, można ulepić na śniadanie naleśniki. Z tej warstwy się wychodzi.

Druga warstwa: lęk o systematyczność tych wydarzeń. Bo nie chodzi tylko o ten jeden poranek, tylko o myśl: „a gdyby tak było codziennie? gdyby on dorastał w atmosferze pośpiechu i krzyku?". To już jest lęk projektowany w przyszłość. Lęk hipotetyczny. Lęk, który nie wymaga, żeby cokolwiek złego się stało — wystarczy, że może się stać. Ten lęk jest bardziej toksyczny niż konkretne wydarzenie, bo nie ma rozwiązania innego niż jego nazwanie.

Trzecia warstwa, najgłębsza: lęk, że jestem taką mamą. Nie „źle się dziś zachowałam", tylko „jestem złą mamą". Tożsamościowy. Egzystencjalny. I to jest ten poziom, na którym myśl „popsuję dzieciom świat" naprawdę boli. Bo nie da się jej rozbroić działaniem. Można przeprosić za jeden krzyk, można zmienić rutynę porannych wyjść — ale nie można jednorazowo udowodnić sobie, że nie jest się złą mamą. To dowodzi się latami, dzień po dniu, i nigdy ostatecznie.

O podobnym ciężarze tożsamościowym pisałam w refleksji o tym, dlaczego krzyczę — bo tam też okazało się, że konkretny krzyk jest tylko widocznym wierzchołkiem, a pod nim leży cała sieć przekonań o tym, kim jestem jako matka.

Co dzieci tak naprawdę z nami zostawiają

Byłam ostatnio na spotkaniu rodzinnym i siedziałam z moją kuzynką Asią, która jest psychoterapeutką pracującą głównie z dorosłymi. Powiedziała mi rzecz, którą zapisałam w notatkach w telefonie i czytam sobie co kilka dni:

Dorośli, którzy przychodzą do gabinetu z trudnym dzieciństwem, nie mówią mi „mama na mnie raz krzyknęła pod przedszkolem". Mówią „mama nigdy ze mną nie rozmawiała o tym, co się stało". To nie pojedyncze złe momenty psują dzieci, tylko systematyczny brak naprawienia.— Asia, moja kuzynka

To zdanie zmieniło dla mnie wszystko. Bo jeśli jest prawdą — a wierzę, że jest — to znaczy, że nie psuje dziecka moja niedoskonałość, tylko moja niemożność jej zauważenia i naprawienia. Krzyk pod przedszkolem, gdy potem siedzę z synem wieczorem i mówię „synku, mama dziś za bardzo się zniecierpliwiła, przepraszam"to nie jest psucie dziecka. To jest, paradoksalnie, uczenie dziecka czegoś niezwykle cennego: że dorośli mają emocje, że robią błędy, i że za błędy się przeprasza.

Dziecko, które dorasta w domu, gdzie nikt nigdy się nie myli, nie traci cierpliwości, nie podnosi głosu, dorasta w iluzji, której nie da się utrzymać. Pierwszy szef w pracy, który będzie na nim krzyczał, zburzy mu rzeczywistość. Bo dorosłe życie składa się z ludzi, którzy się czasem irytują, czasem są nieobecni, czasem są zmęczeni — i naszym zadaniem jako rodziców nie jest ochronienie dziecka przed tym faktem, tylko pokazanie mu, jak ludzie z tymi emocjami sobie radzą i jak za nie biorą odpowiedzialność.

Pojęcie „matki w sam raz"

W psychologii dziecięcej istnieje pojęcie, które od kilku miesięcy jest moją cichą terapią — "good enough mother", „matka w sam raz". To koncepcja Donalda Winnicotta, brytyjskiego pediatry, który zauważył, że zbyt idealne matkowanie jest dla dziecka gorsze niż matkowanie w 70% udane.

Dlaczego? Bo dziecko, które ma zawsze zaspokojone wszystkie potrzeby w mgnieniu oka, nie uczy się tolerancji frustracji. Nie uczy się, że czasem trzeba poczekać, że czasem dorosły jest zajęty, że czasem coś nie wychodzi. A te właśnie kompetencje są fundamentem dorosłego życia. Mama, która pęka, która krzyczy raz na jakiś czas, która zapomina spakować obuwia gimnastycznego, która zasypia w trakcie czytania bajki — wcale nie krzywdzi dziecka. Daje mu realny obraz tego, jak wygląda świat, i równocześnie — przez powracającą po krzyku obecność, ciepło, przeprosiny — pokazuje, że miłość przetrwała moment napięcia.

To jest dla mnie najbardziej uzdrawiająca myśl ostatnich dwóch lat macierzyństwa. Nie muszę być idealna. Nie tylko „nie muszę"nie powinnam. Bo idealność jest kłamstwem, a kłamstwa dziecko czuje, nawet jeśli nie umie nazwać.

O tej zaskakującej dynamice pisałam też w tekście o tym, że nie wiem, jak inne to robią — bo właśnie te „inne mamy z Instagrama", które jakoby nigdy nie krzyczą i zawsze pieką sernik na śniadanie, są tym samym co fałszywe mamy z porad parentingowych: figurką niemożliwą do osiągnięcia, którą warto sobie z głowy odpędzić.

Co konkretnie robię, gdy myśl wraca

Nie wymyśliłam systemu, który by tę myśl wyciszał. Wymyśliłam kilka praktyk, które trochę pomagają:

  • Naprawiam to, co da się naprawić. Jutro rano, gdy będę odprowadzać syna do przedszkola, kucnę przed nim w przedpokoju i powiem: „synku, wczoraj mama za bardzo się denerwowała przy butach, przepraszam, dziś zaczniemy spokojnie". To zajmie 30 sekund. Naprawi 80% wczorajszego ciężaru.
  • Nie wałkuję jednej rzeczy w głowie po 22:00. Dosłownie. Mam zasadę: o 22:00 koniec wałkowania. Jeśli wraca myśl o złym momencie z dnia, zapisuję ją na karteczce i odkładam „do jutra". Mózg po godzinie 22 jest złym sędzią. Nie podejmuje wtedy uczciwych decyzji o moim macierzyństwie.
  • Pytam M., co on widział z boku. „Powiedz mi, czy ja dziś faktycznie tak źle krzyknęłam, czy mi się tylko wydaje?". Mąż jest bardziej obiektywnym świadkiem niż moja własna głowa o 22:30. Najczęściej mówi: nie, nie aż tak źle, daj sobie spokój. Czasem mówi: tak, dziś przeholowałaś. Wolę tę drugą wersję — bo wtedy wiem, na czym stoję, zamiast się domyślać.
  • Patrzę na dziecko śpiące. Realnie — wstaję z kanapy, idę po cichu do pokoju syna, patrzę na niego pod kołdrą. Ten obraz prawie zawsze rozbija najgorsze interpretacje. Dziecko, które po dniu z „strasznie złą mamą" zasypia z otwartymi rękami i lekkim uśmiechem, mówi mi prawdę silniej niż moje wewnętrzne osądy.
  • Robię rachunek czasowy. Krzyk trwał 30 sekund. Reszta dnia z dzieckiem to było 4 godziny normalnego wspólnego czasu (śniadanie, droga, popołudnie, kąpiel, kolacja, książka). Krzyk to 0,2% dnia. Nie 100%. Mózg nieuczciwie raportuje proporcje.

Dziecko, które będzie miało dorosłość — nie my

Jest pewna myśl, która mi pomaga, gdy ta inna, ciężka, wraca: moje dziecko nie zostanie zdefiniowane przeze mnie. Owszem, jestem ważna. Owszem, zostawię w nim ślad — niektóre dobre, niektóre złe. Ale on nie skończy się na mnie. Będzie miał szkołę, pierwszą sympatię, pierwszego dobrego nauczyciela, pierwszego złego nauczyciela, książki, podróże, własne dzieci, własną terapię (mam nadzieję), własne dorosłe odkrycia.

Ja jestem jednym z autorów jego życia, ale nie jego jedynym autorem. I to mnie odpowiednio rozprasza. Nie mam aż tak ogromnej władzy, jak mi się o 22:30 wydaje. Tak naprawdę władzy mam trochę mniej, niż chciałabym — ale to akurat dobra wiadomość, bo razem z władzą znika presja totalnej odpowiedzialności.

O podobnej dynamice wystarczy, że robię swoje, ale nie wszystko zależy ode mnie pisałam w refleksji o tym, że lubię swoje dzieci takimi, jakie są — bo akceptacja, że ja sama też jestem tylko jedną z części tego ich świata, jest formą czułości wobec siebie, na którą długo trzeba dorastać.

Dziś wieczorem, ten konkretny

O 22:50 wstaję z kanapy. Wylewam zimną herbatę. Idę po cichu do pokoju syna. Śpi z głową zwróconą w stronę drzwi, jakby na mnie czekał. Plastikowy dinozaur leży obok, w nieco wymiętej pościeli. Patrzę na niego trzydzieści sekund i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zamiast tej wałkowanej myśli o popsuciu świata — przychodzi mi do głowy zupełnie inna.

„Boże, jaki ty jesteś maleńki".

I nagle wszystko, co miałam w głowie przez cały wieczór, wydaje się jakieś nie do twoich rozmiarów. Jakby ten lęk o popsucie świata był o mnie, nie o niego. Bo on, leżąc tu z otwartymi rękami i dinozaurem, kompletnie nie myśli o moim porannym krzyku. On czeka na jutro, w którym mama go obudzi, włoży mu skarpetki i da kakao. I zrobi to chyba wystarczająco dobrze.

Idę spać. Jutro znowu coś popsuję — jakąś maleńką rzecz. I jutro znowu coś naprawię — jakąś nieco większą. I bilans wyjdzie gdzieś tam na plus. Tak działa macierzyństwo. Nie poprzez perfekcję — poprzez powracanie.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →