Moim zdaniem 8 października 2025 9 min czytania 1 991 wyświetleń

Jak one to robią — o porównywaniu się z innymi mamami i o tym, czego nie widać

Mija mnie rano na ulicy w drodze powrotem z biegania. Trzy dzieciaki w szkole, własny mały biznes, własnoręcznie pieczone bułki na śniadanie. Patrzę na nią i myślę: jak ona to robi? A potem przez resztę dnia sama siebie nie lubię — bo ja nie umiem tak. Tekst o tym, jak nas zżera porównywanie się z innymi mamami i co z tego naprawdę widać, a co schowane jest za kadrem.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Telefon ze scrollowanym Instagramem na zagraconym blacie kuchennym, niedopita kawa, ciepłe światło popołudnia, polski dom

Wczoraj rano, kwadrans po siódmej, wracałam z osiedlowego sklepu z bułkami i kartonem mleka, bo zapomniałam wczoraj. Włosy w kucyku, kurtka narzucona na pidżamę, kapcie zamiast butów. I właśnie wtedy minęła mnie ona. Sąsiadka z bloku obok. W legginsach do biegania. Z opaską na włosach, z nieśmiertelnym uśmiechem typu jest świetnie. Zatrzymała się na sekundę, zamachała: „cześć Magda! piękny ranek na bieg, prawda?". Ja odpowiedziałam coś bełkotliwego, ona pobiegła dalej, lekko, jakby ziemia jej nie dotyczyła. Zostałam na chodniku z tymi bułkami i z dokuczliwym pytaniem, które od lat wracało: jak ona to robi?

Bo widzicie, ta mama z osiedla biega pięć razy w tygodniu. Ma trójkę dzieci — ósmoklasistka, czwartoklasista, przedszkolak. Prowadzi mały sklep internetowy z biżuterią. Na dni urodzin każdego dziecka piecze tort z trzema piętrami. Na Boże Narodzenie ma własnoręcznie zrobione pierniki w kształcie sarenek. Mąż jej pomaga, „M., on jest cudowny, gotuje obiady w soboty". Trzy razy w roku jadą gdzieś we czwórkę z dziećmi, na walizkach mają takie kolorowe taśmy, żeby się nie pomylić na lotnisku. Wygląda na taką, której nigdy nie zabraknie sił.

A ja stoję z bułkami w łapie, w pidżamie pod kurtką, i myślę: gdzie ja popełniłam błąd?

Pierwszy odruch — porównywanie i poczucie winy

Ten pierwszy odruch znacie. Patrzymy na taką mamę i natychmiast porównujemy się z nią, nie czekając, aż się obroni rzeczywistość. Ona biegania pięć razy — ja w ostatnim tygodniu raz, w deszcz, źle mi się oddychało. Ona pieczone bułki na śniadanie — ja kupne z piekarni, dzieci i tak nie zauważyły. Ona uśmiechnięta o siódmej rano — ja w pidżamie i z miną, która straszy psy z czwartego piętra. Wynik tego porównania jest zawsze taki sam: jestem gorsza.

Najgorsze jest to, że my, mamy z mojego pokolenia, robimy to nawykowo. Wychowałyśmy się w pokoleniu, które uczono porównywać się z koleżankami z klasy, z sąsiadkami z bloku, z kuzynkami na imieninach. „A Kasia to już ma piątkę z matematyki". „A Ola schudła". „A Małgosia to ma tak ułożone dziecko". Mamy tę taśmę nagraną głęboko, i włącza się sama, bez naszej zgody, gdy mijamy biegającą sąsiadkę o siódmej rano.

O podobnym wewnętrznym krytyku pisałam w tekście o tym, że jako mama jestem wielka — choć siebie tak nie widzę — bo to ten sam mechanizm. My widzimy nasze procesy, w innych widzimy tylko wynik. Ona biega — widzę ją biegającą. Co było wczoraj, co kosztowało, czego nie widziałam — niewiadome.

Drugi odruch — Instagram, czyli jeszcze gorzej

Gdyby chodziło tylko o sąsiadkę, byłoby jeszcze pół biedy. Ale jest też Instagram. I tam to dopiero się zaczyna. „Kobieto, ty masz trójkę dzieci?!" — komentarze pod jej postami z mamami-influencerkami w lnianych sukienkach, kucających przy forest school z trzylatkiem, który uśmiecha się do plasterka awokado. Każda z tych mam ma czystą kuchnię, zatrzymane w bezruchu rano, z drewnianymi naczyniami, z dwiema dziećmi siedzącymi grzecznie przy stole z miseczkami owsianki. Każda z tych mam wygląda, jakby życie było jej dziełem sztuki.

Mam swoją prywatną nazwę na to wszystko: jogosfera. Pisałam o niej już kiedyś w tekście o lubieniu swoich dzieci — to ta blogowo-instagramowa bańka, w której każde śniadanie jest mindful, każdy spacer to wellness, a każde dziecko to mała oświecona istota. Jogosfera nie ma miejsca na bałagan. Nie ma miejsca na zmęczone oczy. Nie ma miejsca na zdanie „dziś nie umiem już więcej tego dnia".

Długo dawałam się jogosferze nabierać. Otwierałam Instagram o ósmej wieczorem, leżąc na kanapie w starym swetrze, z kubkiem zimnej herbaty, i scrollowałam zdjęcia mam z idealnie oświetlonymi salonami. Każde takie zdjęcie zostawiało we mnie maleńką ranę. Dlaczego u mnie tak nie jest? Dlaczego u mnie wieczorem na blacie kuchennym leży otwarte pudełko po pizzy, niedoprasowane pranie, i kot, który sika, gdzie chce?

Czego nie widać — i co odkryłam, gdy zaczęłam pytać

Kilka miesięcy temu doszłam do punktu, w którym to porównywanie zaczęło mnie naprawdę męczyć. Nie chodziło już tylko o sąsiadkę. Chodziło o to, że codziennie widziałam siebie jako gorszą wersję jakiejś idealnej matki, która gdzieś istnieje, a której ja nie umiem dorównać. Postanowiłam zrobić jedną rzecz: zacząć uczciwie wypytywać te mamy, gdy się nadarzy okazja. Nie wprost — „powiedz, jak to robisz?" (każda by odpowiedziała „daję radę, ot co") — ale stopniowo, w rozmowach, kiedy poczuję, że jest spokojnie i można pogadać szczerze.

Wyniki tych rozmów otworzyły mi oczy. Mój prywatny katalog tego, czego za fasadą zwykle nie widać.

  • Sąsiadka z trójką dzieci. Okazało się, że jej teściowa mieszka piętro niżej. Codziennie odbiera dwoje młodszych dzieci ze szkoły i przedszkola, robi im obiad, opiekuje się do siedemnastej. Sąsiadka biega, prowadzi sklepik i piecze pierniki, bo ma trzy godziny dziennie wolnego dzięki teściowej. Powiedziała mi to przy kawie kiedy córki bawiły się razem na placu, dosłownie tymi słowami: „bez mojej teściowej dawno bym się rozsypała". Powtórzę: bez mojej teściowej dawno bym się rozsypała.
  • Mama z korpo wracająca o siedemnastej. Z innej rodziny w przedszkolu syna. Wyglądała, jakby ogarniała wszystko — praca menedżerska, dwoje dzieci, makijaż, zawsze elegancki płaszcz. Po dłuższej rozmowie okazało się, że ma nianię na pełen etat, która przychodzi o siódmej rano i zostaje do dziewiętnastej. „Bez Pani Krysi nic z tego nie ma sensu" — powiedziała szczerze. Pani Krysi nie pokazują się na Instagramie. Ale Pani Krysia jest tym powodem, że Mama z Korpo wygląda na ogarniętą.
  • Ta od pieczonych bułek na śniadanie. Trzecia mama, znajoma z biegania. Okazało się, że piecze chleb raz w tygodniu, w niedzielę, i zamraża po pół bochenka na każdy dzień. Rano wyciąga z zamrażarki, podgrzewa, i to jest „pieczone bułki na śniadanie" z jej posta. Nie codziennie. Raz w tygodniu, plus zamrażarka, plus mikrofalówka. Cały sekret.
  • Mama-influencerka z idealnym kadrem. O takich nigdy się nie dowiesz wprost — ale jak się przyjrzeć ich postom, widać, że są one zawsze z tej samej kuchni, z tego samego kąta, z tego samego światła. Czyli reszta domu wygląda inaczej. Jest jedna scenografia, w której się pozuje, i reszta domu, którego się nie pokazuje. Przeczytałam ostatnio wywiad z polską mamą-influencerką, w którym przyznała wprost, że „do każdego zdjęcia poprawia kadr i sprząta tylko ten fragment". Reszta jej kuchni — pewnie wygląda jak nasza.

Każde z tych odkryć dawało mi po troszku spokoju. Bo okazało się, że te wszystkie mamy nie są wcale lepiej zorganizowane ode mnie. One mają różne formy wsparcia, których ja na co dzień nie mam (teściowa nie mieszka piętro niżej, nie mamy niani, M. wraca z pracy o osiemnastej). Albo robią trick z zamrażarką, którego nie pokazują w poście. Albo kadrują tylko jeden kąt domu, gdzie wszystko jest pięknie.

Dlaczego porównywanie się jest zawsze niesprawiedliwe

Doszłam do tego po latach: porównujemy nasze wnętrze z czyimś zewnętrzem. To jest fundamentalnie nieuczciwa transakcja. Ja siebie znam od środka — wszystkie wątpliwości, wszystkie zmęczenia, wszystkie wieczory, w których się rozkleiłam. Sąsiadkę z trójką dzieci znam tylko z chodnika, na którym mnie minęła w legginsach. Mamę z Instagrama znam tylko z 1300×1300 pikseli idealnie dobranego światła.

„Pomysł, by porównywać siebie z innymi, to ten sam pomysł, co porównanie filmu dokumentalnego o sobie z trailerami innych filmów" — przeczytałam to gdzieś dawno temu i zapamiętałam. Ja widzę swój film dokumentalny, długi i niemontowany. One pokazują mi swoje trailery, dwuminutowe, z wybranymi najlepszymi scenami, z dramatyczną muzyką. Nikt nie wygrywa porównania trailera z dokumentem — bo to dwa różne gatunki.

Myślę, że właśnie dlatego porównywanie się przez Instagram boli najbardziej. Trailer profesjonalnej mamy-influencerki jest zmontowany do perfekcji — ona sama tygodnie nad nim pracowała. Nawet trailery moich znajomych mam są montowane — instynktownie, podświadomie, ale są. Dokument widzimy tylko własny. I tylko w nim mamy wszystkie zmęczenia, wszystkie błędy, wszystkie zdania, których byśmy nie chcieli wypowiedzieć przy świadkach.

Co konkretnie sobie powtarzam, gdy się znowu zaczyna

Nie umiem przestać porównywać się z innymi mamami. Może nigdy się nie nauczę. Ale mam swoje cztery zdania, które sobie powtarzam, gdy się znowu zaczyna ta taśma. Zapisuję je tutaj nie jako poradnik, tylko jako osobistą notatkę — bo każdy te swoje zdania musi sobie znaleźć sam. Moje brzmią tak:

  • „Patrzysz na trailer. Twój film jest długi i jeszcze się kręci". Pomaga mi to zatrzymać porównanie w punkcie zero — nim się rozwinie do pełnoetatowego samobiczowania.
  • „Czego nie widzisz na tym zdjęciu?". Tu wymieniam mentalnie: teściowa? niania? mąż, który gotuje obiady? oszczędności w banku? leki przeciwdepresyjne? rodzina, która pomaga? Coś zwykle jest, czego nie widać. Zwykle to konkretna osoba, która zostaje w cieniu kadru, żeby ten kadr w ogóle mógł się zrobić.
  • „Co ja mam, czego ona nie ma?". To pytanie obraca tabelkę. Mam czas z M., który wraca o osiemnastej i je z nami kolację. Mam dwoje dzieci, których nie zostawiam na dwanaście godzin z nianią. Mam swoje wieczorne biegi, kiedy kładę dzieci spać i wychodzę sama na dwadzieścia minut. Każdy z tych elementów mojego życia jest moim wyborem, a nie ich brakiem.
  • „Patrz na swój dzień, nie na cudzy". To najprostsze i najtrudniejsze jednocześnie. Mam dziś syna, którego za pół godziny odbiorę z przedszkola. Mam dziś córkę, której obiecałam wieczorny seans bajki. Mam dziś bieg w parku przy strumieniu. To jest mój dzień. Nikt inny go nie ma. I nie wymienię go na trailer obcej mamy z Instagrama, choćby był najpiękniejszy.

O podobnym przekierowaniu uwagi pisałam w tekście o cyfrowym detoksie — bo Instagram jest często źródłem tego porównywania, a odłożenie telefonu na pół dnia działa lepiej niż jakikolwiek poradnik psychologiczny. Pisałam też w refleksji o docenianiu tego, co się ma, bo wdzięczność jest najprostszym antidotum na porównywanie się.

Ostatnia rzecz — i o niej właściwie powinno się od początku

Najbardziej szkodliwe w porównywaniu się z innymi mamami nie jest to, że ja siebie pomniejszam. Najbardziej szkodliwe jest to, że moje dzieci to widzą. Widzą, jak ja się czasem kuli w pidżamie pod kurtką, gdy nas mija sąsiadka w legginsach. Widzą, jak ja przeglądam Instagram z miną, której nigdy nie chciałabym mieć. Widzą, jak po wieczorze scrollowania mówię M.: „nic z tego nie wychodzi mi tak, jak innym".

A potem te same dzieci uczą się ode mnie tego samego mechanizmu. Hania już teraz, w wieku siedmiu lat, czasem mówi: „Lena z mojej klasy umie szybciej czytać", „Ola ma fajniejsze wycieczki w wakacje". Ja w tej chwili odpowiadam to, co umiem najlepiej: „Ola ma swoje wakacje, ty masz swoje. Każdy ma swoje". Ale wiem, że dziecko nie nauczy się tego z moich słów. Nauczy się z mojej postawy — czy ja sama umiem patrzeć na swój dzień bez porównywania.

Więc głównym powodem, dla którego dziś staram się przestać porównywać siebie z innymi mamami, nie jest mój własny spokój. Jest moja córka, która się temu bacznie przygląda. Najlepszy prezent, jaki mogę dać Hani, to mama, która patrzy na swój dzień, a nie na cudze trailery. Jeszcze tego nie umiem do końca, ale staram się każdego dnia.

Najgorsze, co możesz zrobić, to porównać swoją kulisę z czyimś sceniczem. Najlepsze — przyjść do swojej własnej kulisy i nauczyć się jej lubić, choć jest pełna niedoprasowanego prania.— moja siostra, która wychodzi z czterech porównań dziennie

A ta sąsiadka? Zapytałam ją wreszcie

Miesiąc temu spotkałam tę sąsiadkę na placu zabaw, kiedy jej najmłodsza córka bawiła się z moim synem w piaskownicy. Usiadłyśmy na ławce, ja z kawą z termosu, ona z butelką wody. Powiedziałam jej wprost: „słuchaj, długo cię obserwuję i chciałam zapytać uczciwie — jak ty to wszystko robisz?".

Zaczęła się śmiać. Tak naprawdę. „Magda, jak ja to robię? Z trudem. Z teściową na dolnym piętrze. Z mężem, który niedawno z trzeciego razu wybacza mi, że nigdy nie kupuję bułek, bo nie mam czasu. Z lekiem na nadciśnienie, który biorę od pół roku. Z fryzjerem co osiem tygodni i z tlenkiem pod oczami zamiast snu. Z dnia na dzień, Magda. Tak jak ty."

Siedziałyśmy potem chwilę bez słów. Zrozumiałam, że nasze trailery są zmontowane różnie, ale dokumenty mamy bardzo podobne. Ona wyściskała mnie na pożegnanie, dziwnie mocno, tak jakby powiedziała tym uściskiem coś, czego nie powiedziała słowami. Dzięki, Magda, że zapytałaś. Nikt mnie wcześniej tak nie zapytał.

O podobnym mechanizmie pisałam w tekście o tym, że we dwoje raźniej — bo czasem najmocniejsze wsparcie kobiety dostają nie od mężów, ale od innych mam, gdy ktoś z nich pierwsza odważy się przyznać do prawdy. Pisałam też w refleksji o nie rezygnowaniu z marzeń, bo każda mama ma swój dokument, i on jest wart oglądania, niezależnie od trailerów innych.

Dziś rano, idąc po bułki w pidżamie pod kurtką, znowu ją mijałam. Tym razem nie kuliłam się. Pomachałam jej i powiedziałam „dzień dobry!". Ona zatrzymała się, też pomachała, uśmiechnęła się tym samym sztandarowym uśmiechem, ale tym razem — między nami przepłynęła sekunda, w której obie wiedziałyśmy. Ja wiem, że ona też nie ma codziennie wszystko poukładane. Ona wie, że ja wiem. I to wystarczy. Dwie mamy w pidżamach pod kurtkami, każda z bułkami w łapie. Każda na swoim chodniku. Każda na swoim filmie dokumentalnym. I tym razem nie porównujemy się ze sobą — bo wreszcie zrozumiałyśmy, że to nie ma sensu.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dlaczego nieustannie porównuję się z innymi mamami?

Bo wychowano nas w pokoleniu, które uczono porównywać się z koleżankami z klasy, sąsiadkami z bloku, kuzynkami na imieninach. Mamy tę taśmę nagraną głęboko i włącza się sama, gdy mijamy biegającą sąsiadkę o siódmej rano. Drugi powód: porównujemy nasze wnętrze (zmęczenie, wątpliwości, krytykę siebie) z czyimś zewnętrzem (zdjęciem, kadrowaniem, trailerem). To fundamentalnie nieuczciwa transakcja. Najgorszy w niej jest fakt, że nasze dzieci to widzą i uczą się ode nas tego samego mechanizmu — dlatego warto się go uczyć przerywać.

Co się zwykle nie pokazuje na zdjęciach „idealnej mamy"?

Zwykle konkretna osoba w cieniu kadru, dzięki której kadr w ogóle mógł powstać. Teściowa, która odbiera dzieci ze szkoły. Niania na pełen etat. Mąż, który gotuje obiady w soboty. Rodzina mieszkająca obok. Trick z zamrażarką (chleb pieczony raz w tygodniu, podgrzewany codziennie). Albo po prostu — jeden kąt kuchni, który zawsze jest sprzątnięty, bo to scenografia. Reszta domu wygląda jak Twoja. Mamy-influencerki same to potwierdzają w wywiadach, tylko nie pokazują tego w postach.

Jak przestać czuć się gorszą mamą po scrollowaniu Instagrama?

Najprostsze: odłóż telefon. Pisałam o tym osobno w tekście o cyfrowym detoksie. Drugie: pamiętaj, że patrzysz na trailer, a swój film widzisz w całości. Trzecie: zadaj sobie pytanie „czego nie widzę na tym zdjęciu?" — zwykle czegoś istotnego (osoby pomocnej, kadrowania, edycji). Czwarte: zamiast pytać „co ona ma, czego ja nie mam?", zadaj sobie „co ja mam, czego ona nie ma?". Często okazuje się, że Twoje życie ma wartość, która w ich kadrze nie zmieściłaby się — bo jest niefotogeniczna, ale prawdziwa.

Czy zapytanie wprost innej mamy „jak ty to robisz?" jest niegrzeczne?

Wręcz przeciwnie — zwykle jest darem. Większość mam, które wyglądają na ogarnięte, czeka, aż ktoś je o to zapyta naprawdę, bo nikt im jeszcze nie zadał tego pytania uczciwie. Każda z mam, którą ja w końcu zapytałam, odpowiedziała mi szczerze: o teściowej, o niani, o lekach, o trickach. Często też dziękowała, że zapytałam — bo same z siebie nie zaczynały tej rozmowy. Ważne: pytaj w spokojnym momencie, nie w pośpiechu. I nie z pretensją „ty pokazujesz, że jest łatwo" — tylko z ciekawością „naprawdę chcę wiedzieć". Wtedy dostajesz prawdziwą odpowiedź.