Zatrzymałam łyżeczkę w pół drogi do kawy. Czego ja chcę?. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, brzmiała: „żeby dzieci były szczęśliwe". Druga: „żeby M. miał spokojniejszy okres w pracy". Trzecia: „żeby mama wreszcie poszła na te badania, które obiecała". Po dziesiątej sekundzie zauważyłam, że żadna z moich odpowiedzi nie zaczyna się ode mnie. Wszystkie są o innych. O dzieciach, mężu, mamie, koleżance, sąsiadce, fotografce ze ślubu, którą wspominałam tydzień temu, bo zobaczyłam jej post na Facebooku.
O mnie samej? Cisza. Pustka, w której nie wiem, jak się zachować.
Pięć lat na pełen etat — i znikam
Mam 35 lat. Pięć z nich — od urodzenia syna — pracuję jako mama na pełen etat. Wcześniej, gdy córka była mała, jeszcze chodziłam do mojej pracy w niepełnym wymiarze (redakcja lokalna, nieistotne dziś gdzie i jak). Po Felku odpadłam zawodowo na dobre. To było pięć lat temu. Pięć lat to dłużej niż całe moje studia. Dłużej niż moje pierwsze małżeństwo (były) i drugie razem wzięte. Dłużej niż jakakolwiek inna moja zdefiniowana faza życia.
I wszystkie te pięć lat były wypełnione po brzegi. Wstawanie w nocy, karmienie piersią, odsadzanie, wprowadzanie pokarmów, pierwsze ząbki, pierwsze infekcje, żłobek, przedszkole, drugie urodziny, trzecie, czwarte, choroby na zmianę, urlopy babci, weekendy u dziadków, sesje fotograficzne, święta zimowe, wakacje, drugie wakacje, kim ja jestem oprócz tej osoby, która to wszystko trzyma w ryzach?.
Nie wiem. I to mnie po prostu zatrzymało o szóstej rano przy stygnącej kawie.
Pytanie, którego nie zadawałam sobie 15 lat
Gdy miałam dwadzieścia lat, czego chcę w życiu było moim ulubionym tematem rozmów po nocy. Z koleżankami w akademiku, z facetem nad piwem, z mamą przez telefon, z samą sobą w pamiętniku. Wtedy odpowiedzi miałam na pęczki. Chcę zostać dziennikarką (nie zostałam). Chcę zwiedzić Amerykę Łacińską (nie zwiedziłam). Chcę napisać książkę (piszę bloga). Chcę mieć dwójkę dzieci (mam). Chcę mieć dom z ogrodem (mam małe mieszkanie z balkonem, na którym hoduję pomidory).
Niektóre się spełniły. Niektóre nie. Ale wszystkie były moje. Powstały w mojej głowie, dla mnie, bez pytania nikogo o pozwolenie. To było moje życie, do którego dopiero szukałam wypełnienia.
Gdzieś po drodze przestałam je sobie zadawać. Może gdy córka się urodziła. Może wcześniej, w trakcie ciąży, kiedy całe życie zaczęło się kręcić wokół jej zdrowia, jej rozwoju, jej terminów. Może później, gdy syn dołączył i logistyka stała się piętrowa. Prawdą jest, że ostatnie 15 lat nie byłam już tematem rozmów po nocy — ani z koleżankami, ani ze sobą. Tematem byłam tylko jako narzędzie. Czy się wyśpisz? Czy dasz radę? Czy zdążysz zrobić obiad?
„Czego ja chcę" nie ma odpowiedzi — i to jest okej
Gdy siedziałam z tą stygnącą kawą, próbowałam siłą wyciągnąć z siebie odpowiedź. No coś musisz chcieć, kobieto, masz 35 lat, nie wmówisz mi, że nic. Krzyczałam sama na siebie wewnętrznym głosem. Mów! Chcę pisać. Chcę biegać dalej. Chcę pojechać do Włoch. Chcę nową lampę do kuchni. Chcę żeby M. mnie więcej obejmował. I za każdą z tych odpowiedzi czułam, że to nie jest prawda. To są życzenia, nie chcenia.
Zadałam sobie wtedy inne pytanie. Czym jest „chcieć" naprawdę?. Chcieć to nie jest życzenie. Życzenie jest passive — coś, co byłoby fajne, gdyby się stało. Chcieć jest active — coś, za czym się idzie. A ja nie idę za niczym. Płynę z prądem dnia, robię to co trzeba, kładę dzieci spać, sama zasypiam, wstaję rano, pętla się zamyka.
I tu przyszedł moment, którego się nie spodziewałam. „Nie wiem czego chcę" przestało być wyrokiem. Stało się punktem startu. Bo skoro nie wiem — to mam o co pytać. Mam o co pytać siebie samą, długo, cierpliwie, bez naciskania na odpowiedź. Może rok. Może dwa. Może jeszcze dłużej.
Czego nie chcę — łatwiej zacząć od tej strony
Najbardziej przydatna sztuczka, jaką znalazłam w tym procesie, to zacząć od końca. Skoro nie wiem czego chcę, może wiem, czego nie chcę? Spróbowałam i okazało się, że tak. Lista „nie chcę" układa się dużo łatwiej niż lista „chcę".
- Nie chcę kolejnej zimy spędzonej w kapciach przed telewizorem. Mam tego dość.
- Nie chcę już udawać, że mi nie zależy na pisaniu. Pisanie jest moje, koniec dyskusji.
- Nie chcę spędzać każdego weekendu na obowiązkach domowych. Niech sobie kurz się zbiera, niech.
- Nie chcę mówić córce „może następnym razem" — bo następnym razem zawsze jest dziewięć lat dalej i ona już do mnie nie podejdzie.
- Nie chcę sobie powtarzać, że jak dzieci podrosną. Wystarczy.
- Nie chcę wpadać raz w roku w doły z poczucia bezsensu. Wolę raz w tygodniu coś dla siebie zrobić.
- Nie chcę przestać biegać. Nawet jeśli nigdy nie zrobię maratonu.
Lista „nie chcę" okazała się bardziej wartościowa niż próba wymyślenia listy „chcę". Bo z listy „nie chcę" mogę wyprowadzić kierunek. Skoro nie chcę zimy w kapciach — to chcę zimy aktywnej. Skoro nie chcę udawać, że nie zależy mi na pisaniu — to chcę pisać więcej, regularniej, świadomiej. Skoro nie chcę mówić córce „może następnym razem" — to chcę być obecna, teraz. Lista negatywna staje się odwrotnie szkicem listy pozytywnej. Tylko trzeba ją przepisać.
Co podpowiedziała mi mama (zaskakująca odpowiedź)
Kiedy zadzwoniłam do niej w niedzielę i opowiedziałam o tym pytaniu, spodziewałam się jakiegoś „Magda, daj spokój, masz dobre życie". Tego typu zbywającej odpowiedzi, której się oduczyła ostatnio (po moim wpisie doceniaj siebie zaczęła reagować inaczej). Ale tym razem milczała chwilę i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
„Magda, ja sobie to pytanie zadałam, jak miałam 52 lata. Trzy lata po tym, jak Tato umarł. I też wtedy nie wiedziałam. Wiesz, co mi pomogło? Pisanie. Nie pisanie do nikogo, tylko do siebie samej. Każdy ranek przy kawie pół strony. O byle czym. O kotce sąsiadki, o tym, co czytam, o tym, co mnie wczoraj wkurzyło. Po sześciu miesiącach zauważyłam, o czym piszę najczęściej. I to było moje «czego chcę»".
Mama. Sześćdziesięciodwuletnia, owdowiała, mieszkająca sama w mieszkaniu, w którym wychowała dwójkę dzieci. Ona miała tę odpowiedź dla mnie, a ja nie wiedziałam, że ją ma. Tak działa życie matek — uczymy się od swoich, dopiero gdy zaczynamy pytać. Wcześniej myślimy, że one nie wiedzą. Otóż wiedzą. Po prostu nikt ich nie pytał wcześniej.
Kupiłam notes w poniedziałek. Tani, A5, miękka okładka. Leży obok kubka kawy. Jeszcze nie zaczęłam pisać. Bo początek czuję, że musi być w odpowiedniej chwili — a może to znowu wymówka. Zobaczymy. Może zacznę jutro.
Nie znam żadnej kobiety, która zna odpowiedź na pytanie czego chcę w życiu. Znam za to wiele, które się boją je sobie zadać. To jest ta różnica.— przyjaciółka mojej mamy, którą widziałam ostatnio na pogrzebie
Pytanie do ciebie, czytelniczko
Ten wpis nie kończy się żadnym programem ani planem. Nie obiecuję ci, że za miesiąc będziesz wiedziała czego chcesz. Ja sama nie wiem. Ale chcę cię zaprosić do tego samego eksperymentu, który robię u siebie.
Zadaj sobie dziś, w spokoju, przy kawie, gdy dzieci śpią lub są w przedszkolu, to pytanie. Czego ja chcę w życiu?. Zadaj je głośno, jeśli możesz — głos zmienia coś w ciele. Posłuchaj, co przyjdzie ci do głowy. Pierwsze odpowiedzi prawie na pewno będą o innych — o dzieciach, mężu, rodzicach. Zauważ to bez oceniania. Potem zadaj pytanie jeszcze raz. A ja sama? Czego ja chcę?.
Możliwe, że nic nie przyjdzie. Cisza. Pusta strona. To też jest odpowiedź. Cisza znaczy, że pytanie jest ważne, bo zostało zaniedbane. Cisza znaczy, że jest miejsce, do którego można zacząć wracać. Nie jest to brak odpowiedzi — jest to brak słów na odpowiedź, która już istnieje gdzieś pod spodem.
Z moich obserwacji u koleżanek (zaczęłam o tym z nimi rozmawiać po tej kawie i okazało się, że każda z nich ma to samo pytanie schowane gdzieś w sobie): odpowiedź przychodzi po pewnym czasie, jeśli zadasz pytanie regularnie. Nie dziś. Nie jutro. Ale po dwóch, trzech miesiącach codziennego pytania zaczyna coś z głębi wypływać. Czasem jako mocne „chcę pisać". Czasem jako mglista „chcę być sama z sobą częściej". Czasem jako bardzo konkretne „chcę zacząć uczyć się włoskiego". Forma jest twoja.
Dlaczego to pytanie boli
Na koniec przyznam się do czegoś, czego się boję. To pytanie boli, bo zawiera w sobie ryzyko. Jeśli zaczniesz na nie odpowiadać szczerze, możesz odkryć, że twoje obecne życie jest tylko częściowo twoje. Że gdzieś po drodze zgodziłaś się na ułożenie, w którym ty sama jesteś trzecią lub czwartą postacią po dzieciach, mężu, rodzicach. A to odkrycie nie jest darmowe. Wiąże się ze zmianami. Z negocjowaniem z partnerem. Z rezygnowaniem z czegoś. Z kupowaniem czasu dla siebie kosztem czegoś innego.
Z mojej dotychczasowej obserwacji najczęstsza reakcja kobiet na to pytanie to unik. Wracamy szybko do zadań, do dzieci, do listy zakupów, do telefonu. Bo lepiej działać niż myśleć. Działanie odsuwa pytanie. Myślenie je zatrzymuje na środku kuchni.
A jednak — i tu jest mój prywatny manifest tego wpisu — uważam, że warto zatrzymać się na środku kuchni. Choćby raz w tygodniu. Choćby na dziesięć minut. Bo pytanie czego ja chcę nie zniknie samo. Jeśli go nie zadam ja sobie teraz, zada mi go kryzys za pięć lat. A wtedy będzie boleśniej.
O podobnych rzeczach pisałam już pośrednio w wpisie docen-to-co-masz — bo wdzięczność i pytanie „czego chcę" są jak dwie strony tej samej monety. Wdzięczność za to, co mam. Pytanie o to, czego jeszcze szukam. Jedno bez drugiego nie działa. Sama wdzięczność prowadzi do letargu (mam dobrze, więc nic nie zmieniam). Same pytania prowadzą do frustracji (nigdy nie mam dosyć). Razem — może coś dawać.
Polecam też tekst matka-da-rade — bo siła, której w sobie nie zauważamy, często rośnie właśnie z takich pytań zadawanych po cichu. I marzenie-nim-idz — bo dziecko, któremu pozwalamy marzyć, uczy nas, jak wracać do własnych marzeń. A nasze marzenia często są ukryte w odpowiedziach na pytanie czego chcę.
Kawa wystygła. Dzieci się obudziły. Życie poszło dalej. Ale notes leży obok kubka. I to jest dla mnie wystarczająca odpowiedź na dziś.
Najczęstsze pytania
Co zrobić, gdy nie wiem, czego chcę w życiu?
Zacznij od listy „nie chcę". Lista pozytywnych chceń układa się trudno, gdy długo nie pytałaś siebie. Lista czego nie chcę jest dużo łatwiejsza — bo zmęczenie, frustracje i sytuacje, które się nie udały, zostawiają w nas konkretne ślady. Z tej listy wyprowadzisz potem listę pozytywną — jako jej odwrotność. Nie spiesz się. Odpowiedź na pytanie czego chcę nie przychodzi w jeden wieczór, ale po kilku tygodniach regularnego pytania.
Dlaczego macierzyństwo „rozmywa" odpowiedź na pytanie czego chcę?
Bo standardem staje się myślenie o innych. Mama z dzieckiem na ręku przez pięć–siedem lat odruchowo przesuwa siebie na koniec kolejki. Odpowiedzi na pytania o własne potrzeby zaczynają się od „dzieci", „mąż", „dom". Ten odruch jest funkcjonalny w okresie niemowlęcym (faktycznie dziecko jest zależne), ale wymaga świadomego odwrócenia, gdy dzieci są starsze. Inaczej kobieta po 35-tce odkrywa, że nie wie, kim jest poza mamą — i to nie jest jej wina, to wynik braku przestrzeni na to pytanie.
Czy normalne jest, że mama po 35-tce ma kryzys tożsamości?
Tak, i jest częstsze niż się o tym mówi. Większość kobiet po 30. roku życia (z dziećmi lub bez) przechodzi okres przewartościowywania — to klasyczny kryzys 35-tki. U mam dochodzi specyficzny komponent: pięć–dziesięć lat życia w roli „mama na pełen etat" tworzy lukę w tożsamości. Nie jest to depresja ani żaden problem zdrowotny — jest to moment rozwojowy, który warto przyjąć, a nie zagłuszyć. Pomocny bywa terapeuta, dziennik, rozmowa ze starszą mądrą kobietą (mama, ciotka, przyjaciółka). Jeśli kryzys trwa miesiącami i odbiera energię — wtedy konsultacja ze specjalistą.
Jak zacząć szukać odpowiedzi na pytanie „czego chcę"?
Trzy proste narzędzia: (1) codzienne pytanie — przy kawie rano lub przed snem, świadomie zadawaj sobie pytanie i wsłuchuj się; (2) pisanie do siebie — pół strony dziennie, o byle czym, bez planu; po sześciu tygodniach zauważysz, do czego wracasz najczęściej; (3) rozmowa z mądrą kobietą starszą o 15–20 lat — ona już to przeszła, zna obejście; warto pytać matki, ciotki, sąsiadki. Forma odpowiedzi przyjdzie do ciebie z czasem, nie od razu.