Przed wakacjami zrobiłam sobie listę „co zabrać do walizki, żeby nie zwariować". Na pierwszym miejscu były tampony, na drugim dziecięcy paracetamol, na trzecim — książka, która da się czytać po piętnaście minut na raz. Bo kto z mam ma luksus przeczytać dwie godziny pod rząd na plaży? Nikt. Albo przewracasz parawan, albo wycierasz nos, albo szukasz wiaderka, które zostało tam, gdzie się wykopało zamek. Pomiędzy tym wszystkim — jest okno. Czasem dwadzieścia minut, czasem czterdzieści. I w to okno musi się zmieścić cała przyjemność.
Dlatego od kilku lat noszę w plażowej torbie tę samą kategorię literacką — angielski kryminał obyczajowy, ten cosy gatunek, w którym morderstwo jest, owszem, ale na drugim planie, a na pierwszym jest podwieczorek, kot, plotka sąsiedzka i jakaś starsza pani z bystrym wzrokiem i ostrym językiem. Pisałam już recenzję thrillera „Lina" Siembiedy, który mnie kompletnie wyssał i nie pozwolił spać do trzeciej w nocy. Ale to było zimą, w cieple kaloryfera, z herbatą. Lato to inna kategoria. Detektyw na plaży musi być angielski.
Dlaczego akurat detektyw angielski — i co to w ogóle znaczy
Angielski kryminał ma swoją tradycję sięgającą Agathy Christie i nie zmienia się od lat dwudziestych XX wieku — co, paradoksalnie, jest jego największą zaletą. Detektyw angielski w klasycznym wydaniu to zwykle nie policjant, tylko amatorka — pani sześćdziesiąt parę, mieszkająca w wiosce o trzech ulicach, znająca każdego sąsiada i mająca instynkt psychologiczny doskonalony przez lata obserwowania, kto komu nakłada za mało dżemu na scones. Miss Marple jest matką wszystkich tych pań. Ale po niej przyszły dziesiątki kolejnych — Hamish Macbeth M.C. Beaton, Agatha Raisin tej samej autorki, ekipa „Klubu zbrodni w czwartek" Richarda Osmana, dwie panie z „Ślepej próby" Janice Hallett.
Wszystkie mają wspólny mianownik: morderstwo, które jest tylko pretekstem. Pretekstem do pokazania mikrokosmosu wioski, miasteczka albo osiedla emerytów. Pretekstem do dowcipu, do plotki, do refleksji nad tym, jak ludzie się starzeją, kochają, kłócą i godzą. Polskiej literaturze kryminalnej tego brakuje — u nas albo jest bardzo poważnie, albo bardzo brutalnie. Anglicy potrafią pisać o morderstwie z humorem, jak o herbacie. To jest umiejętność, której się nie podrobi.
Książka, którą zabrałam nad morze — i dlaczego ta
W maju przed wakacjami pojechałam do księgarni z listą „co kupić, żeby latem nie zaszkodzić". Wzięłam świeży przekład Richarda Osmana i jeden tom serii o Agathy Raisin (tłumaczenie polskie z lat dwutysięcznych, nieco staromodne, ale w tym jego urok). Wybrałam Osmana — tom z osiedla dla seniorów, w którym czworo emerytów rozwiązuje sprawy zimnych spraw policyjnych. Czworo. Każde z nich ma swoją przeszłość — pielęgniarka, szpieg, związkowiec i psychiatra. Razem tworzą zespół, którego nikt na osiedlu nie traktuje serio, dopóki nie okazuje się, że są skuteczniejsi od policji.
Dlaczego ta? Bo rozdziały mają po pięć stron. Bo każdy kończy się haczykiem. Bo postacie są stare i mówią językiem, który mnie rozluźnia (zero korpomowy, zero hashtagów, zero „fajnie"). I bo — tu serce — autorka tej książki, czyli Osman, ma poczucie humoru, którego nigdy się nie czyta jako sztuczne. Jego dowcipy nie zaczynają się od „a teraz będę śmieszny" — wpadają mimochodem, w opisie tego, jak Joyce pierwszy raz w życiu wypiła martini i mówi, że „smakuje jak szampon". Czytasz, kiwasz głową, parskasz w ciszy parawanu, żeby nie obudzić syna.
Plaża, parawan, godzina dwunasta — moje warunki czytania
Ustawmy scenografię, bo bez niej historia się nie klei. Dębki, połowa lipca, parawan w paski, ręcznik z koniem. Córka (lat siedem) leży na brzuchu i rysuje patyczkiem w piasku. Syn (cztery) przed chwilą zasnął z pomarańczową piłką w łapie. Mąż M. — to jego godzina, w której zawsze idzie na spacer pod molo, przynajmniej dwa razy w turnusie. Mam okno. Czterdzieści minut, jeśli się pomodlę. Wyciągam książkę z torby. Bałtyk huczy. Otwieram zakładkę.
I wtedy zaczyna się to, czego nie wymienię w żadnym poradniku turystycznym. Wczytuję się — naprawdę wczytuję, nie tak jak o pierwszej w nocy, kiedy oczy lecą — i nagle przestaję słyszeć Bałtyk. Cisza w głowie. Bohaterowie wchodzą do mózgu. Joyce robi parzy herbatę. Elizabeth ogląda zdjęcia z 1968 roku. Ron próbuje się dodzwonić do córki, ale ona nie odbiera. Ja czytam, a sercem jestem nie nad polskim morzem, tylko w angielskim Sussex, na osiedlu dla emerytów, gdzie wszyscy mają sekrety. To jest właśnie efekt cosy crime na plaży — eskapizm w czystej postaci, ale eskapizm dorosły, mądry, z herbatą.
Najlepsza lektura wakacyjna mamy to taka, która daje się czytać w piętnastominutowych kawałkach i nie traci na intensywności. Nic, co wymaga skupienia ciągłego, nie nadaje się na plażę. Angielski kryminał jest stworzony dokładnie pod ten reżim.— moje wakacyjne odkrycie
Rozwiązanie, które naprawdę zaskoczyło
Nie zdradzę intrygi, bo to byłoby nieuczciwe. Powiem tylko, że Osman ma talent, którego brakuje wielu współczesnym pisarzom kryminału — umie zostawić w pierwszej połowie książki haczyki, których nie zauważasz przy pierwszym czytaniu. Wracasz potem do strony 47 i mówisz „aaaa, to dlatego Joyce o tym wspomniała". Pierwsze podejrzenie miałam około 180. strony i byłam pewna, że to ten gość z numeru 14. Niech ja, kiedy okazało się, że to ktoś zupełnie inny, naprawdę wybuchłam śmiechem. Syn się obudził. Musiałam udawać, że to przez mewę. Ale w głowie sobie myślałam: to jest dobry kryminał. Taki, który cię zaskakuje, ale nie oszukuje.
W odróżnieniu od ciężkich thrillerów (jak „Lina" Siembiedy, o której pisałam wiosną) — tu rozwiązanie nie zostawia cię z poczuciem niesmaku. Wręcz przeciwnie. Zamykasz książkę z uśmiechem. Idziesz po lody. Może następnego dnia zaczynasz tom drugi serii. U mnie tak właśnie było.
Dlaczego to gatunek wręcz idealny dla mamy
Długo szukałam słów, żeby to opisać. Najprościej tak: mama-czytelniczka żyje w rytmie przerwań. Jest cześć dnia, kiedy myśli o rzeczach skomplikowanych — zwykle 4:30, kiedy syn budzi się przez sen i prosi o wodę. Jest cześć dnia, kiedy nie myśli o niczym — kiedy zmywa, składa pranie, gotuje obiad. I jest to dziesięć minut na książkę. Tylko dziesięć. Czasem mnożone przez trzy w ciągu dnia, czasem nie.
Angielski kryminał ten format akceptuje. Krótkie rozdziały, dynamika, postacie wracające — nie musisz pamiętać wszystkiego, bo autor sam ci po kilku rozdziałach przypomni. To inny typ uważności niż przy literaturze pięknej. Tam jest skupienie ciągłe, tu jest skupienie epizodyczne. Mama-czytelniczka żyje epizodami. Jeśli książka tego nie rozumie — odkłada się ją po trzecim wieczorze.
Trzy autorki/autorzy, których szczerze polecam
Lista z mojej letniej walizki, sprawdzona przez ostatnie trzy lata. Tylko jedna lista, bo blogowi nie służą długie wyliczenia. Wybierz cokolwiek z poniższych i się nie zawiedziesz:
- M.C. Beaton — seria o Agacie Raisin. Bohaterka cyniczna, świeżo na emeryturze, mieszka w Cotswolds. Ma psa, ostry język i niezwykłą zdolność wpadania w morderstwa. Książki krótkie, dialogi cięte. Klasyk dla mamy, która lubi humor dry.
- Richard Osman — „Klub zbrodni w czwartek" i kolejne tomy. Świeża fala cosy crime, czworo emerytów, bardziej współczesny język. Idealny dla osób, które boją się stylistyki sprzed czterdziestu lat. Najszybsze czytanie ze wszystkich kryminałów, jakie znam.
- Janice Hallett — „Ślepa próba", „Sprawa Alperton". Eksperyment formalny — książka pisana w mailach, esemesach, zapisach z kamer. Bardzo niedzisiejsze, ale działa. Dla mam-czytelniczek, które chcą czegoś literacko innego niż klasyk.
Klasyczna Agatha Christie też zawsze działa — szczególnie Tajemnica Stylesa albo Dziesięciu Murzynków (to drugie obecnie wydawane jako I nie było już nikogo — tytuł zmieniony, treść ta sama). Tylko ostrzegam — klasyczna Agatha potrafi być surowa, niektóre bohaterki są dziś trochę cringe. Trzeba czytać z dystansem epoki.
Co bym zmieniła, gdybym pisała Osmanowi list
Nie byłabym sobą, gdybym nie miała kilku zastrzeżeń. Pierwsze: tom, który czytałam, ma w środku dłużyznę — około 250. strony. Można by skrócić o trzydzieści stron i książka tylko by zyskała. Drugie: niektóre dowcipy się powtarzają, autor wyraźnie ma kilka swoich „gagów" i wraca do nich co kilkadziesiąt stron. Po pierwszym wracaniu się uśmiechasz. Po trzecim już mniej. Trzecie: zakończenie. Wszystko zamknięte, każdy wątek poprowadzony do końca, żadnych pytań — w cosy crime tak się robi, ale ja czasem wolę, gdy autor zostawi mi jeden cień wątpliwości. To kwestia gustu.
Mimo tych drobiazgów — ósemka na dziesięć. Dla mamy szukającej letniej lektury w plażowej torbie — dziesiątka.
Czytanie zamiast scrollowania — co odzyskujesz
Mógł mi ktoś dziesięć lat temu powiedzieć, że nad morzem będę z większą przyjemnością czytała książkę niż przewijała Instagram. Nie uwierzyłabym. Po pierwsze — bo nie miałam Instagramu. Po drugie — bo wakacje wtedy oznaczały imprezę, a teraz oznaczają parawan i kanapki z pasztetem. Czas się zmienia, ja się zmieniam, książki zostają.
Pisałam już o tym, jak się wyloguję na chwilę z internetu — i jak to mi pomogło wrócić do czytania. Polecam też mój wpis o wakacjach nad morzem z dwójką dzieci, bo tam jest cała operacja logistyczna, która przygotowuje grunt pod te dwadzieścia minut z książką. A jeśli szukasz pozycji do plecaka na inny typ urlopu, zerknij koniecznie na mój weekend na Mazurach — woda, łódka, książka, mleko z ekspresu, nic więcej. To tam, jeśli mam być szczera, czytałam najszybciej w życiu.
Książkę Osmana skończyłam w ostatni dzień wakacji, w pociągu do domu. Syn spał na moich kolanach. Córka rysowała w zeszycie psa. Bałtyk został za nami, słońce było już niskie, w przedziale pachniało pomidorami z kanapek z autostrady. Ostatnia strona, ostatnia linijka, zamknięcie. Włożyłam książkę do torby i pomyślałam: ten gatunek nigdy mnie nie zawiódł. Detektyw angielski, trzydzieści lat starszy ode mnie, paląca papierosa Agatha albo herbatę pijąca Joyce — kimkolwiek by była — i tak siedzi w mojej torbie. Już mam wytypowaną kolejną pozycję na zimowe ferie. Tym razem coś o świątecznym morderstwie w wiosce. Książka, której tytułu nie zdradzę — bo wiem, że ktoś z was też ją kupi, a wolę zostawić niespodziankę.
Najczęstsze pytania
Jaki angielski kryminał polecasz na plażę?
Richard Osman „Klub zbrodni w czwartek" i kolejne tomy serii — najszybsze czytanie ze wszystkich, krótkie rozdziały, lekki humor. Dla bardziej klasycznego klimatu polecam M.C. Beaton z serią o Agatcie Raisin — bohaterka cyniczna, język cięty, idealne na 15-minutowe okna pod parawanem. Klasyczna Agatha Christie też zawsze działa, szczególnie Tajemnica Stylesa. Wszystkie te serie są tłumaczone na polski.
Czym różni się detektyw angielski od polskiego thrillera?
Detektyw angielski (cosy crime) jest lekki, pełen humoru i toczy się w mikrokosmosie — wioska, miasteczko, osiedle emerytów. Morderstwo jest pretekstem do pokazania ludzi i ich relacji. Polski thriller (np. Siembieda, Mróz) jest mocniejszy emocjonalnie, ciemniejszy, częściej operuje strachem. Angielski kryminał czyta się dla przyjemności i odprężenia, polski thriller — dla adrenaliny. Oba mają miejsce na półce mamy-czytelniczki, ale w innych miesiącach roku.
Czy cosy crime nadaje się dla mamy z małymi dziećmi?
Idealnie. Cosy crime jest pisany w krótkich rozdziałach (5-12 stron), z postaciami, które wracają i są łatwe do zapamiętania. Nie musisz mieć dwóch godzin nieprzerwanej lektury — wystarczy 15-20 minut, żeby wciągnąć się w jeden epizod. To literatura epizodyczna, dopasowana do rytmu mamy żyjącej między pieluchami a obiadem. Plus — fabuła nigdy nie jest tak ciężka, żeby cię potem nawiedzała przy wieczornej kąpieli dziecka.
Czy klasyczna Agatha Christie nadal się broni?
Tak, ale z zastrzeżeniem epoki. Czytasz coś z lat 30. lub 40. — niektóre fragmenty społeczne (rasa, klasa, role kobiet) są dziś niewygodne. Sama fabuła i mechanizm zagadki są jednak nadal genialne. Polecam zacząć od „Tajemnicy Stylesa" albo „I nie było już nikogo" (dawniej wydawanej jako Dziesięciu Murzynków — tytuł zmieniono z oczywistych powodów). Czytaj z dystansem do epoki, a dostaniesz mistrzowsko skonstruowaną zagadkę.
Jaką długość książki wybrać na 7-dniowe wakacje z dziećmi?
Maksymalnie 350-400 stron. Realnie na plaży albo nad jeziorem masz 30-60 minut dziennie na czytanie (przy dobrym wietrze i drzemce dzieci). Tygodniowy urlop = 5-7 godzin lektury = jedna porządna powieść, taka właśnie 350-400 stron. Książka na 600 stron znudzi cię w połowie albo zostanie nieskończona, a otwartych powieści w domu mam już za dużo. Lepiej skończyć jedną dobrą książkę niż zacząć trzy ambitne.
Czy warto kupować kryminały na wakacje, czy lepiej z biblioteki?
Z taniej księgarni — najlepsza opcja. W taniej księgarni używane wydania kryminałów kosztują 10-20 zł, a po wakacjach możesz je oddać dalej (rodzinie, koleżance, do little free library na osiedlu). Biblioteka — sprawdzony klasyk, ale ryzykujesz, że oddasz książkę z piaskiem między stronami. E-book na czytniku ma swoje zalety (mniej miejsca w torbie, podświetlenie wieczorem), ale kryminał na plaży najlepiej smakuje z prawdziwymi stronami. Coś, co da się postawić, zagiąć róg, popisać ołówkiem.