Czytelnia 8 kwietnia 2025 6 min czytania 1 761 wyświetleń

Lina książka Macieja Siembiedy — recenzja, czyli jak nie spałam do trzeciej

W lutym dołączyłam do klubu czytelniczego dla mam — luźna grupa na komunikatorze, gdzie raz w miesiącu wymieniamy się tytułami. Pierwsza polecona pozycja brzmiała: „Lina Siembiedy, ostrzegam — nie zaczynaj wieczorem". Zaczęłam wieczorem. M. około północy próbował coś rzeźbić w lodówce, żebym zauważyła, że istnieje. Nie zauważyłam.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Książka Lina otwarta na drewnianym stole z parującą herbatą i lampą do czytania

Tak naprawdę „Lina" nie była pierwszą książką Macieja Siembiedy, jaką miałam w rękach. Lata temu zaczynałam jego wcześniejszą powieść w bibliotece, odłożyłam po dwóch rozdziałach i zapomniałam. Z dorosłej perspektywy widzę, że to był błąd dwudziestolatki, która szukała czegoś lekkiego i wpadła na thriller psychologiczny. Po dziesięciu latach, dwójce dzieci i kilkudziesięciu nieprzespanych nocach wracam do tego autora już zupełnie inną osobą — i okazuje się, że to był idealny moment.

Kiedy dziewczyny z klubu polecały „Linę", pierwsza myśl była taka, że nie mam siły na nic ciężkiego. Mamo, masz dwoje dzieci, dlaczego dobrowolnie czytasz o cudzych traumach? — śmiała się jedna z koleżanek. Odpowiedź jest prosta: bo czasem cudza fabryka stresu jest bezpieczniejsza od własnej. Bo można ją zamknąć na 350. stronie i odłożyć na półkę. Tego nie da się zrobić z własnym dzieckiem, które po raz piąty w nocy chce wody.

Lina książka — o czym jest, bez zdradzania zakończenia

Nie zdradzę fabuły szczegółowo, bo „Lina" to właśnie ten typ powieści, w której każdy spoiler odbiera 30% przyjemności. Powiem tylko tyle: jest matka, jest dziecko, jest sytuacja graniczna i jest decyzja, której konsekwencje rozkładają się na cały tom. Główna bohaterka to kobieta, w której bardzo łatwo się rozpoznałam — nie dlatego, że żyję jej życiem, ale dlatego, że Siembieda pisze ją tak prawdziwie, że zapominasz, że to fikcja.

Klucz tkwi w tytule. Lina to nie tylko przedmiot — to metafora. Lina jako rzecz, która łączy. Lina, która ratuje. Lina, na której można się powiesić. Lina, którą się komuś podaje, kiedy tonie. Każde z tych znaczeń wybrzmiewa gdzieś w książce i autor naprawdę nie szarżuje z symboliką — raczej zostawia ją gdzieś w tle, żeby czytelnik sam ją złapał. Mnie złapała na 180. stronie i nie wypuściła.

Tempo, którego nie spodziewałam się po polskiej prozie

Jedną z rzeczy, które najmocniej mnie ujęły, jest tempo. Polska proza ma — z całą sympatią — tendencję do długich opisów wnętrz, dłużyzn psychologicznych i akapitów, w których nie dzieje się nic. Siembieda zna tę pułapkę i konsekwentnie jej unika. Rozdziały są krótkie, mają od pięciu do dwunastu stron, każdy kończy się jakimś haczykiem albo otwiera nową perspektywą. Kiedy czytasz wieczorem i mówisz sobie „jeszcze jeden rozdział i kładę się", to dokładnie ten autor cię wykończy.

Drugą rzeczą jest język. Siembieda pisze prosto. Nie prymitywnie, nie banalnie — prosto. Zdania krótkie, czasem trzy słowa. To rzadkość w polskiej literaturze gatunkowej i zdaję sobie sprawę, że niektórzy uznają to za wadę. Dla mnie była to ulga. Po dniu z dwójką dzieci nie mam głowy do barokowych metafor — mam głowę do takiej narracji, która wciąga jak rzeka, a nie jak bagno.

Bohaterki, które naprawdę mówią różnymi głosami

Drugi mocny atut „Liny" to portrety bohaterek. Nie bohaterów — bohaterek, bo to powieść, w której kobiety są w centrum, a mężczyźni grają role drugoplanowe. To nie jest typowa konstrukcja w polskim thrillerze i bardzo to doceniłam. Każda z trzech głównych postaci kobiecych ma swój głos, swój tempo myślenia, swoje przeszłości, które nie sprowadzają się do jednej traumy.

Najlepszy thriller to nie ten, który najbardziej zaskakuje. To ten, w którym po zamknięciu książki myślisz o postaciach jak o znajomych, których chciałabyś jeszcze raz spotkać.— moja luźna refleksja po skończeniu „Liny"

Matkę w „Linie" Siembieda pisze tak, że gdybym nie wiedziała, że autorem jest mężczyzna, postawiłabym pieniądze na to, że to kobieta. Dialog wewnętrzny matki — drobne wątpliwości, podwójne myślenie o własnych decyzjach, ten specyficzny rodzaj winy, który wkrada się do nas po pierwszym dziecku i zostaje na zawsze — wszystko to zostało uchwycone niesamowicie wiernie. Czytałam i kiwałam głową. Trochę za często.

Nieoczywiste zwroty — bez spoilerów, ale uczciwie

Zwykle w thrillerze widzi się główny zwrot fabularny od strony 50. Czytasz dalej z uprzejmości, żeby autor mógł go „rozpracować". W „Linie" tak nie ma. Pierwszy zwrot rzeczywiście kojarzyłam mniej więcej w połowie — i myślałam, że to koniec niespodzianek. Drugi (na 270. stronie, więc daleko od końca) kompletnie mnie rozbroił. Trzeci, na finale — uczciwie powiem — odrobinę przekombinowany, ale nie psuje całości. Czytelnik, który lubi „taki zwrot, że szczęka opada", dostanie swoje. Czytelnik, który woli zwroty subtelne i emocjonalne, też dostanie swoje, bo Siembieda potrafi i jedno, i drugie.

Mogę powiedzieć tylko tyle: na koniec wracasz do pierwszego rozdziału. Czytasz go ponownie i widzisz w nim rzeczy, których nie zauważyłaś za pierwszym razem. To dla mnie znak dobrego thrillera — że pierwsza scena ma sens dopiero, kiedy znasz całość.

Co bym zmieniła — bo nic nie jest idealne

Nie byłabym sobą, gdybym nie miała kilku zastrzeżeń. Po pierwsze: jeden z wątków pobocznych (związany z postacią męską drugoplanową) wydaje mi się rozwleczony. Można go skrócić o 20 stron i książka zyskałaby na tempie. Domyślam się, dlaczego autor go zostawił — pewnie służy jako odskocznia od głównego napięcia — ale w moim odczuciu lepiej działała intensywność niż przerwy.

Po drugie: ostatnie dwa rozdziały. Czuję, że Siembieda za bardzo chciał wszystko domknąć. W thrillerze psychologicznym lubię, gdy autor zostawia mi kilka znaków zapytania — bo prawdziwe życie też je zostawia. Tu domknięcie jest zbyt wyraźne. To nie psuje przyjemności z lektury, ale lekko obniża wrażenie, że obcujesz z czymś prawdziwym.

Po trzecie: tytuł rozdziału na 24. miejscu. Bez spoilera — wystarczy, że wspomnę, iż połknęłam całą książkę, ale ten jeden rozdział nazywa się tak, że już od pierwszego zdania wiedziałam, co się stanie. Mała rzecz, ale szkoda. Nie sądzę, że to wina autora, prawdopodobnie tytuły rozdziałów dodał ktoś z redakcji.

Dla kogo „Lina" — i komu absolutnie nie polecam

Komu bezwzględnie polecam: każdej mamie, która lubi thrillery. Każdej osobie, która chce sprawdzić polską prozę gatunkową w jej najlepszym wydaniu. Każdemu, kto zaczynał Stiega Larssona albo Karin Slaughter i chce sprawdzić, jak takie tempo i rzemiosło wygląda w polskim wydaniu. Bardzo polecam też tym, którzy lubią mocne kobiece postaci — bo „Lina" to powieść w 80% zbudowana wokół bohaterek, a nie bohaterów.

Komu nie polecam: jeśli jesteś w trudnym momencie życiowym i akurat mierzysz się z własnymi dziecięcymi traumami albo lękami związanymi z bezpieczeństwem dzieci — odłóż tę książkę na inny moment. Siembieda nie szarżuje brutalnymi scenami, ale fabuła obraca się wokół zagrożenia, którego matka nie powinna czytać o trzeciej w nocy, kiedy własne dziecko ma gorączkę. Mówię z doświadczenia. Też nie polecam czytelnikom, którzy szukają lekkiej rozrywki — to nie jest książka „do plaży".

Klimat, oprawa, rzemiosło

Klimatycznie „Lina" jest chłodna. To nie jest słoneczna proza, to nie jest też pochmurna, deszczowa i depresyjna. To jest lutowa. Ten konkretny lutowy klimat, kiedy światło jest ostre, ale szare, śnieg już dawno zniknął, a wiosna jeszcze nie nadeszła. Czytałam ją w marcu i było to bardzo synchroniczne. Polecam zacząć właśnie w lutym albo marcu — pasuje do nastroju.

Wydanie, które miałam, jest porządne. Twarda oprawa, papier dobrej klasy, czytelna czcionka — to ważne, kiedy człowiek czyta o wpół do drugiej w nocy. Książka ma 392 strony i mnie zajęła trzy wieczory. Kiedy ostatni raz spędzałam trzy wieczory pod rząd na czytaniu? Nie pamiętam. I to jest najlepszy komplement, jaki mogę zrobić Siembiedzie.

Jeśli też próbujesz wrócić do regularnego czytania — zerknij na mój wpis o tym, jak nie rezygnować z marzeń, gdy zostałaś mamą, bo czytanie po wieczorach jest dla mnie jednym z takich „małych marzeń, które trzeba odzyskać". Polecam też mój inny wpis czytelniczy — o tym, co naprawdę znaczy „proszę, narysuj mi baranka" — jeśli potrzebujesz po thrillerze czegoś delikatniejszego do równowagi. A jeśli „Lina" cię wciągnęła i szukasz innej historii o byciu obecnym mimo wszystko, koniecznie zerknij na mój następny czytelniczy tekst o „Motylu" Lisy Genovy — to zupełnie inna emocja, ale podobnie mocna.

„Lina" nie jest książką dla każdego. Ale jeśli jesteś tą mamą, która szuka czegoś trzymającego za gardło i jednocześnie napisanego po polsku — to twoja propozycja na najbliższe trzy wieczory. M. dalej rzeźbi w lodówce. Już mu zaczynam wybaczać.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

O czym jest książka Lina Macieja Siembiedy?

„Lina" to thriller psychologiczny z bohaterką-matką w centrum. Bez zdradzania fabuły: jest matka, dziecko, sytuacja graniczna i decyzja, której konsekwencje rozkładają się na cały tom. Tytułowa lina pełni funkcję metafory — łączy, ratuje, ale i ciąży. Powieść skupia się na portretach kobiecych i ich relacjach. Trzy mocne zwroty fabularne, ostatni na samym końcu.

Czy Lina to dobra książka? Krótka recenzja

Tak, bardzo dobra — szczególnie dla czytelniczek lubiących polski thriller. Mocne strony: szybkie tempo, krótkie rozdziały, prosty język, bardzo wiarygodne bohaterki kobiece (zwłaszcza matka), nieoczywiste zwroty fabularne. Słabsze strony: jeden rozwleczony wątek poboczny, lekko przekombinowany finał, jeden nazwij rozdziału zdradzający za wcześnie kierunek. Ogólnie: 8/10.

Czy Lina nadaje się do czytania na noc?

Pod warunkiem, że nie masz przed sobą wcześnie rano dzieci. Książka jest tak skonstruowana (krótkie rozdziały, każdy z haczykiem), że dosłownie nie chcesz odłożyć. U mnie skończyło się trzema wieczorami z odsypianiem w weekend. Również odradzam czytanie, gdy aktualnie mierzysz się z lękami o bezpieczeństwo dziecka — fabuła obraca się wokół zagrożenia.

Komu polecasz Linę Siembiedy?

Mamom lubiącym thrillery (postać matki napisana niezwykle wiarygodnie). Czytelniczkom Stiega Larssona, Karin Slaughter, Pierre'a Lemaitre'a, które chcą polskiego odpowiednika. Osobom szukającym powieści z silnymi kobiecymi bohaterkami. Nie polecam: szukającym lekkiej rozrywki, osobom w trudnych momentach związanych z bezpieczeństwem dzieci.

Ile czasu zajmuje przeczytanie Liny?

Dla mnie — trzy wieczory po około 2,5 godziny każdy, łącznie ~7,5 godziny. Książka ma 392 strony, ale tempo jest tak szybkie, że strony „przelatują". Czytelnik wolniejszy spokojnie zmieści się w tygodniu, czytając godzinę dziennie. Każda przerwa w czytaniu jest jednak dotkliwa — autor buduje napięcie kumulacyjnie.