Mam taki notes w szafce nocnej, w którym piszę listy do J.M. Nigdy ich nie wysyłam. Czasem czytam jej fragmenty przez telefon, kiedy w końcu uda nam się złapać godzinną rozmowę, ale samego notesu — nie. To są listy prywatne, choć adresat istnieje, mieszka w Norwegii i nazywa się dokładnie J.M.
J. to inicjał imienia, M. — nazwiska panieńskiego. Tak ją nazywałam od liceum, gdy w naszej klasie były trzy J. i trzeba było jakoś rozróżniać. Wyjechała siedem lat temu, gdy jeszcze nie miałam dzieci, a ona miała jedno. Dziś ja mam dwoje, ona troje, i mówimy do siebie głosówkami średnio raz na trzy miesiące. Reszta toczy się w tym notesie.
Dzisiaj wieczorem, kiedy oboje śpią, a M. ogląda mecz w salonie, otwieram notes na losowej stronie. Wybrałam cztery listy z ostatnich miesięcy. Może coś z tego rozpozna każda mama, której najbliższa przyjaciółka wyjechała daleko.
List pierwszy — o tym, że dzisiaj zauważyłam pierwszą siwiznę
„Droga J.,
pisałam do Ciebie ostatnio z parkingu Lidla, ale nie wysłałam, bo zaczęło padać i wszystko zlało się na kartkę. Dzisiaj piszę z łóżka, jest 23:14, Hania zasnęła z głową na moim ramieniu, M. śpi już od dwóch godzin, a syn marudzi w drugim pokoju, że chce "jeszcze jedną wodę" — sześć już dziś dostał.
*Dzisiaj zauważyłam pierwszą siwiznę. Konkretnie — przy pasku przedziałka, blisko skroni. Białą jak nitka. Stałam w łazience i wpatrywałam się w nią z taką samą uwagą, z jaką trzy lata temu wpatrywałam się w pierwszy zarys brzucha przy drugiej ciąży. Nie potrafiłam się oderwać. Po prostu stałam.
Nie była to pierwsza siwizna w moim życiu — pewnie była już druga albo trzecia, ale ta pierwsza, którą sobie uświadomiłam. Wiesz jak to jest? Niby logicznie wiem, że to się dzieje wszystkim, że mama miała siwe włosy w tym wieku, że Ty pewnie też je masz (choć z naszych rzadkich rozmów wnoszę, że wciąż farbujesz). Ale jakoś nie spodziewałam się, że to mnie spotka teraz.
Wiesz co najgorsze? Nie poczułam żadnego dramatu. Tylko zdziwienie. Jakby ktoś mi powiedział, że jutro będzie sobota, kiedy ja byłam pewna, że to środa. Stałam, patrzyłam i myślałam: a więc to już. To już ten moment. Macierzyństwo plus 35 plus zmęczenie plus brak snu równa się siwizna. Nikt nie ostrzega.
Tak Cię proszę — jeżeli zobaczysz mnie kiedyś na żywo (a kiedy w końcu, J., kiedy?) — nie udawaj, że ich nie ma. Powiedz mi tak po prostu: „Magda, pasują Ci". Albo: „Magda, ufarbuj". Tylko nie udawaj, że nie widzisz.
Tęsknię. — Magda"
Nie wiem, czemu zaczęłam ten list akurat tym tematem. Może dlatego, że J. zawsze miała opinię, dla której musiałam się trochę wysilić — żeby zasłużyć. Pisanie listów do niej, nawet niewysłanych, ma w sobie coś ze szlachetnego rygoru. Nie wolno się rozkleić. Nie wolno się powtarzać. Nie wolno wpadać w narzekanie.
List drugi — o M. i tym, że mamy razem już 14 lat
„J.,
piszę z biegówek (znaczy z autobusu, jadę z biegówek). Piętnaście kilometrów przy minus dwóch stopniach, słońce nad polami za miastem, idealny dzień. Wzięłam sobie godzinę i pół na to. M. został z dziećmi, są w klockach, syn wymyślił skomplikowaną budowę z LEGO Friends Hani, a ona to znosi. (Ona dorasta w mojego ojca — ten sam stoicki spokój wobec chaosu mniejszego rodzeństwa.)
M. i ja jesteśmy razem 14 lat, J. Czternaście. Pamiętasz, jak odprowadzałaś mnie pod szatnię na Naszej Klasie i wyzwałaś go, że za młody? Wciąż jest dwa lata młodszy. Już nie czuję tego. Albo czuję inaczej — czasem jest tym, kto mnie prowadzi za rękę przez ulicę. Macierzyństwo zrównuje wieki. Albo raczej — odbiera im znaczenie.
Wczoraj zrobił mi rzecz tak głupią, że muszę Ci napisać. Wracał z pracy o 18, wziął zakupy w drodze, kupił mi pączki. Nie tak, że jeden pączek na okazję. Trzy pączki — z różą, z bitą śmietaną, z budyniem. Bo, jak powiedział, „nie wiedziałem, na który masz dziś chęć". Trzy pączki, J. Stoję w przedpokoju z trzema pączkami w torebce, z mokrą kurtką syna w ręce, z myślą o praniu, które nie wyszło z pralki — i płaczę. Bo on przyniósł trzy pączki.
Czy to jest miłość po 14 latach? Tak. Tylko nikt nam tego nie powiedział wcześniej, że tak właśnie wygląda. W książkach miłość po latach to wspólne podróże, brzegi morza, spojrzenia. U nas — trzy pączki w foliowej torebce z lokalnej cukierni. I ja, płacząca, z mokrą kurtką w drugiej ręce.*
Wiesz, czytałam ostatnio coś o tym, że we dwoje raźniej — i pomyślałam o Tobie i Marcinie. Żałuję, że nie widzę was częściej. Brakuje mi tego, że nie znam Twoich dzieci tak, jak Ty znasz moje (przynajmniej z fotek). Brakuje mi tego, że nie rozumiesz nazwy parku, na którym Hania przewróciła się w zeszłym tygodniu. Brakuje mi tego, że nie poznasz nigdy zapachu naszej kuchni o 17.
Ale też — cieszę się, że gdzieś na świecie istniejesz Ty, J., i że wiesz o mnie więcej, niż wie M. po 14 latach. Bo jest taki rodzaj wiedzy, którą może mieć tylko przyjaciółka z liceum. Nie zazdroszczę Ci, że jesteś daleko. Pisz częściej.
— Magda"
Notes ma pożółkłe strony. Zaczęłam go w 2018, gdy wyjechała. Pierwsze listy były krótsze, bardziej formalne. Te z ostatnich dwóch lat — dłuższe, mniej zorganizowane, bardziej prawdziwe. Pisanie do J. w taki sposób jest dla mnie odpowiednikiem tego, co mama nazywała „rozmową ze sobą", ale ja nigdy tego nie potrafiłam — sama do siebie. Muszę mieć adresata, nawet jeżeli adresat nigdy nie przeczyta.
List trzeci — o Hani, o jej koleżance Lence, i o tym, że one się tak kochają
„J.,
chcę Ci napisać o Hani i Lence. Lenka to koleżanka z klasy, mieszka dwie ulice od nas, mama dentystka, tata informatyk — ludzie spokojni, dobrze ułożeni, dzieci czworo. Hania zaprzyjaźniła się z Lenką w pierwszej klasie i od tamtej pory są jak dwie połówki. Na każdym zdjęciu klasowym stoją obok siebie. W każdy weekend chcą się spotkać. Co środę nocują u jednej albo u drugiej — to już nasza rutyna.
Wczoraj patrzyłam, jak Lenka wchodzi do nas o 16, zostawia plecak pod wieszakiem, idzie do lodówki bez pytania i wyjmuje sobie jogurt. Hania siedzi przy stole, robi pracę domową. Lenka siada obok niej z jogurtem i mówi: „Hania, pomogę Ci". I pomaga. Bez ironii. Bez egoizmu. Po prostu pomaga.
Patrzyłam na nie i pomyślałam, J., że ja u nich już teraz widzę nas — Ciebie i mnie, w wieku 16 lat, w Twoim pokoju, jak robiłyśmy razem matmę z mojej klasy (bo Ty już byłaś rok wyżej i pamiętałaś trochę). Patrzyłam na Lenkę, pomagającą Hani odejmować, i widziałam Ciebie, pomagającą mi rozwiązywać równania kwadratowe, a w tle leciał jakiś Maanam.
Pomyślałam: dziewczyny tak się kochają od zawsze. Nie wymyśliłyśmy tego my dwie. Hania i Lenka też tego nie wymyśliły. Ten konkretny rodzaj przyjaźni — siostrzano-koleżeński, oparty na codziennym byciu razem, na pomaganiu sobie z matmą, na nocowaniu, na wspólnych jogurtach z lodówki — to jest coś, co po prostu jest w naturze nas, kobiet, od dziecka. I trwa nawet wtedy, kiedy jedna wyjeżdża do Norwegii.
*Mam nadzieję, że Hania będzie miała Lenkę całe życie, tak jak ja mam Ciebie. Nawet jeżeli któraś z nich się gdzieś przeprowadzi. Nawet jeżeli będą musiały pisać niewysyłane listy w kuchennych notesach. Bo to się nie kończy.
Czasem zastanawiam się, czy znajdę kiedyś czas, żeby wszystko Ci to opowiedzieć twarzą w twarz zamiast pisać. Mam nadzieję. Wiesz, że jak przyjedziesz, to uściskam Cię tak, że Norwegia poczuje wibrację.
— M."
Ten list zapisałam dwa miesiące temu. Kiedy go dziś czytam, łapię się na tym, że Hania i Lenka są dla mnie — być może — projekcją mnie i J. zatrzymanej w czasie. Patrzę na nie z czułością i z lekkim niepokojem. Bo wiem, że dziewczynki w pierwszej klasie też kiedyś dorosną. Też się przeprowadzą. Też zaczną pisać niewysyłane listy.
Jest taki rodzaj wiedzy, którą może mieć tylko przyjaciółka z liceum. Nie zazdroszczę Ci, że jesteś daleko. Pisz częściej.— fragment listu drugiego, ze stycznia
List czwarty — najkrótszy, o porannym bieganiu
„J.,
*wstałam dziś o szóstej. Wiesz, jak to jest, że czasem trzeba pobiec sama, zanim świat się obudzi? Dziś było jedno z tych poranków.
Wybiegłam za miasto, skręciłam w pole, nad drogą leciało dwadzieścia gawronów, a słońce dopiero zaczynało wstawać. Stanęłam na polu — dosłownie zatrzymałam się w połowie biegu — i pomyślałam, że chciałabym, żebyś tu była*. Razem byśmy biegały. Ty wolisz trasy leśne, ja polne, ale na ten poranek byśmy się dogadały.
Wróciłam do domu o 7:30, Hania już wstała sama, zrobiła sobie kanapkę z masłem orzechowym (zawsze za grubo smaruje, jak Ty kiedyś). Syn jeszcze spał. Wzięłam herbatę i siadłam z nią przy stole. Powiedziałam: „Hania, gdy będziesz duża, biegaj rano". Spojrzała na mnie znad kanapki i odpowiedziała: „Mamo, ja będę biegać po południu. Rano lubię się przytulać". To wszystko.
Pomyślałam o Tobie i pomyślałam o niej. Obie macie rację — Ty po swojemu, ona po swojemu. Każdy ma swoje pory na życie. Mnie wystarcza moja poranna godzina.
Pisz. — Magda"
To był list z lutego. Ostatni, który zapisałam, zanim na chwilę przestałam pisać — bo wpadłam w rytm pracy, dzieci, prania, gotowania, i notes leżał. Wczoraj otworzyłam go znowu. Może tym razem napiszę ich więcej. Może się zbiorę i któryś z nich wyślę.
Po co ja właściwie piszę te listy
Piszę te listy, J., z całkowicie samolubnego powodu. Bo nie umiem inaczej zatrzymać tego, co dla mnie ważne. Mama-blogerka ma swój blog, na którym pisze publicznie. Mam też swój notes w kuchni, ze złotymi myślami. Ale są takie myśli, które nie chcą iść na blog ani na ogólną listę. Chcą iść do konkretnej osoby. I jeżeli ta osoba mieszka w Norwegii i mamy kontakt głosówkowy raz na trzy miesiące — to prawie konkretna osoba. Wystarczy.
Każdy list zaczynam „Droga J." albo „J.". Każdy kończę „Magda" albo „M.". Między tym może być wszystko: pierwsza siwizna, trzy pączki, dziewczyny pomagające sobie z matmą, słońce nad polem o szóstej rano. To są listy o niczym i o wszystkim. I tak właśnie wygląda nasza dorosła przyjaźń — w wersji rozdartej między dwa kraje, dwa życia, dwie domowe kuchnie, w których stygną kawy.
Pisz, J. Pisz, gdy będziesz mogła. Ja zawsze tu jestem, w naszym notesie.
— Magda