Pierwsza rzecz, którą powinnam napisać: nie jestem influencerką. Nie mam menadżera. Nie mam fotografa rodzinnego, który robi mi zdjęcia w lnianych sukienkach na środku łąki. Nie pakują mi paczek z kosmetykami od marek, które chciałyby, żebym zachwalała ich kremy z mlekiem koziej. Jestem Magda, mama dwójki, mieszkanka małej miejscowości w Polsce, i piszę blog wieczorami, między pakowaniem śniadań a praniem skarpet.
Ten tekst miał być kiedyś krótki — typowa zakładka „o autorce". Ale wyszło mi z niego coś dłuższego, bo chciałam ci uczciwie napisać, kim jestem, dla kogo to piszę i dlaczego. Bo blogów dla matek w polskim internecie jest pełno, każdy znajdzie coś, ale nie każdy znajdzie swoje. Może to jest twoje. Może nie. Po przeczytaniu tego tekstu będziesz wiedziała.
Krótka biografia, bez patosu
Mam 35 lat, męża (M., wspominam go raczej w kilku tekstach), córkę (Hania, 7 lat) i syna (4 lata, czasem nazywam go „nasz mały trolejbus", bo trolejbus jest jego ulubionym pojazdem, a hałas wydaje podobny). Mieszkamy w małej miejscowości w Polsce — celowo nie precyzuję, bo nie potrzebuję, żeby internet wiedział, gdzie chodzi do szkoły moja córka. Małe miasteczko w sercu Polski, z jednym Kauflandem i dwoma piekarniami. Tyle wystarczy.
Z wykształcenia jestem biologiem (studia zrobiłam, ale nigdy w zawodzie nie pracowałam długo). Z zawodu — no właśnie. Z zawodu jestem mamą, pracownikiem zdalnym w niewielkiej firmie (kilka godzin dziennie, między 9 a 14, kiedy syn jest w przedszkolu), biegaczką-amatorką (przebiegłam dwa półmaratony, planuję trzeci), fotografem z pasji (cały dom w zdjęciach moich dzieci, paru przyjaciół i jednego kota sąsiadki) i blogerką wieczorową — piszę między 21 a 23, kiedy dzieci śpią, M. czyta na kanapie, a w czajniku stygnie pierwsza spokojna herbata całego dnia.
O biegowej części mojego życia pisałam więcej w tekście o pierwszym półmaratonie, o fotograficznej w refleksji o aparacie, którym łapię ulotne chwile. Bo żeby pisać o macierzyństwie z głową, trzeba mieć życie poza nim — to moja prywatna zasada.
Dlaczego ten blog powstał
Blog zaczęłam pisać dwa lata temu, czyli wtedy, gdy moja córka miała pięć lat, a syn dwa. Pierwszy tekst napisałam w czwartek wieczorem, po dniu, w którym oboje dzieci równocześnie zachorowały, ja przepłakałam pod prysznicem osiem minut, a M. wrócił z pracy o 19 i powiedział tylko „usiądź, ja przejmuję". Tamtego wieczoru zrozumiałam, że mam w głowie pełno rzeczy, których nikomu nie powiem na głos — bo koleżanki bezdzietne nie zrozumieją, koleżanki z dziećmi mają swoje zmęczenie, mamie nie wszystko można powiedzieć, M. nie wszystko chcę dokładać.
Więc napisałam to. Słowo po słowie. Pierwszy tekst był długi, niezgrabny, źle skonstruowany, ale szczery. Był o tym, jak to jest być matką, kiedy nie umie się prosić o pomoc. Nikt go nie przeczytał oprócz mnie samej. I to wystarczyło.
Po trzech tygodniach napisałam drugi tekst. Po trzech miesiącach miałam ich dwadzieścia. Po pół roku zrobiłam stronę i wrzuciłam je do internetu. Pierwsze komentarze przychodziły pojedynczo — głównie od kobiet w moim wieku, najczęściej dwa-trzy zdania, najczęściej „dziękuję, że napisałaś, dokładnie to czuję, ale nie umiem nazwać". I wtedy zrozumiałam, że ten blog nie jest dla mnie. Jest dla nich. Dla każdej kobiety, która siedzi wieczorem w kuchni z zimną herbatą i myśli, że jest sama z tym wszystkim. Nie jesteście same. Ja siedzę w innej kuchni z taką samą zimną herbatą. Pisze do was z mojej.
Dla kogo piszę — i dla kogo nie
Uczciwa odpowiedź. Piszę dla kobiet w wieku 25-45 lat, polskich matek (najczęściej, choć nie tylko), które:
- mają w domu dzieci małe lub średnie (od 0 do mniej więcej szkoły podstawowej),
- czują się czasem przytłoczone, czasem zachwycone, najczęściej obie rzeczy naraz,
- nie znajdują siebie w blogach instagramowych z lnianymi sukienkami i mindful breakfastem,
- chcą czytać o macierzyństwie bez filtra i bez korpojęzyka („dziecko nie chce jeść" zamiast „małoletni odmawia spożycia posiłku"),
- czasem zaglądają tu o 22:30, gdy w końcu wszyscy śpią, z herbatą i potrzebą towarzystwa,
- lubią, gdy ktoś pisze do nich jak do koleżanki, nie jak do targetu.
Piszę także do młodszych mam — tych w wieku 19-25 lat, które często czują się odsunięte od głównego nurtu blogowych refleksji o macierzyństwie. Wiem, że istnieje kategoria blogi nastoletnich matek i że wiele bardzo młodych mam czyta właśnie takie blogi w poszukiwaniu wsparcia. Mój blog nie jest blogiem nastoletnich matek (sama urodziłam pierwszą córkę w wieku 28 lat, więc mówiłabym z innej pozycji niż autentyczne) — ale piszę z głęboką sympatią do każdej młodej dziewczyny, która została mamą wcześnie. Wasze macierzyństwo nie jest gorsze. Jest po prostu trudniejsze startowo. Tutaj zawsze będziecie u mnie chętnie czytane, choć nie nazwałabym tego matka blog dla nastolatek.
Nie piszę natomiast dla:
- mam, które szukają poradników typu „10 sposobów, żeby dziecko jadło warzywa" (nie umiem pisać poradnikowo, męczy mnie ten styl),
- ojców (choć są mile widziani — czasem M. czyta moje teksty i mówi „ej, to o mnie?"),
- osób, które oczekują motywacyjnych haseł („dasz radę, mamo") — bo nie zawsze damy radę, i to też jest OK,
- ludzi szukających afirmacji religijnych (nie jestem osobą religijną, choć szanuję wiarę bliskich),
- czytelników szukających życia idealnego (jak coś takiego znajdziesz, daj mi znać — chętnie zobaczę).
Jakie tematy pojawiają się na tym blog dla matek
Nie pisałam o tym jeszcze nigdzie wprost, ale pora. Główne tematy bloga to:
- Refleksje o macierzyństwie — codzienność, emocje, kryzysy, dobre dni i te koszmarne. To trzon wszystkiego, kategoria moim zdaniem.
- Bieganie — moja prywatna pasja, która ratowała mnie wiele razy. Pierwsze półmaratony, plany treningowe, rozmowy z samą sobą podczas biegu w deszcz.
- Fotografia — głównie rodzinna, prywatna, nie sponsorowana. Aparat jako narzędzie pamięci.
- Czytelnia — książki, które przeczytałam i które mi coś dały. Bez recenzji formalnych, bardziej „o czym ze mną rozmawiała ta książka".
- Kulinaria — domowa kuchnia, bez fotografii kulinarnych z dwustu rekwizytami. Lody bananowe, zupa pomidorowa, chleb na zakwasie. Praktycznie, na 17:30 w czwartek.
- Czas wolny — wycieczki z dziećmi, weekendowe wyprawy, miejsca w Polsce, w których się dobrze odpoczywa.
- Motywacja — gdy brak sił. Bez bullshitu, bez „każdy dzień to nowa szansa". Konkretne sposoby, jak nie zwariować.
Blog jest podzielony na te kategorie, każda ma swoją zakładkę. Zaglądaj tam, gdzie cię akurat boli albo cieszy — bo czasem najlepsze teksty trafiają do nas wtedy, kiedy szukamy konkretnej rzeczy.
Czy ja na tym blogu zarabiam?
Krótka odpowiedź — prawie nic. Długa odpowiedź — blog nie jest moją pracą zawodową. Mam normalną pracę zdalną w niewielkiej firmie, blog robię w wolnym czasie. Nie biorę współprac sponsorowanych, nie polecam produktów, których sama nie używam, nie mam linków afiliacyjnych w tekstach. Po prostu piszę.
W przyszłości być może dorzucę gdzieś dyskretną reklamę Google AdSense — bo serwer kosztuje, domena kosztuje, a pisanie zajmuje czas. Ale obiecuję ci jedno: nigdy nie zrobię z tego bloga sklepu. Nigdy nie napiszę tekstu sponsorowanego, którego treść jest dyktowana przez markę. Nigdy nie zarekomenduję ci czegoś, czego sama bym nie kupiła. Mam swoje granice. Jedna z nich brzmi: nie sprzedaję bloga.
Jeśli chcesz napisać do mnie — dane do kontaktu
To jest część, na której mi zależy najbardziej. Bo blog bez kontaktu z czytelniczkami jest monologiem — a ja chcę dialogu.
Kontakt do mnie: kontakt@blogmatki.pl
Mogłabym napisać, że odpowiadam „w ciągu 48 godzin" albo „w ciągu tygodnia". Nie napiszę. Bo czasami odpowiadam wieczorem tego samego dnia, kiedy dzieci śpią, a czasami trzy tygodnie później, gdy w końcu otwieram skrzynkę po pasie urodzin córki. Każdy mejl czytam. Każdy. Nie odpowiadam na wszystkie — bo nie zawsze wiem, co odpowiedzieć, a wolę milczeć niż odpisywać byle co. Ale każdy mejl ma znaczenie.
Piszcie do mnie:
- gdy któryś tekst was trafił — chcę wiedzieć, które słowa się odbijają,
- gdy jest temat, o którym chciałybyście, żebym napisała — często z waszych pytań rodzą się nowe teksty,
- gdy chcecie się podzielić własną historią — czytam je wszystkie, niektóre wracają do mnie miesiącami,
- gdy zauważycie literówkę albo błąd merytoryczny — nie obrażę się, naprawię,
- gdy macie ochotę po prostu napisać „dziękuję, dziś było mi lepiej po przeczytaniu" — to też wystarczy.
Nie piszcie do mnie, jeśli:
- chcecie zaproponować współpracę reklamową — uprzejmie odmówię, jest to strata czasu nas obu,
- macie pytanie medyczne („mój trzylatek ma 38 stopni, co robić?") — idźcie do pediatry, nie jestem lekarką, nawet jeśli mam dużo doświadczeń własnych,
- chcecie porozmawiać o polityce — to nie jest mój blog na te tematy.
Jakaś sygnatura na koniec
Na koniec coś, co dorzucam ostatnio do każdej rozmowy z czytelniczkami, które piszą do mnie z nutą wstydu, że „zajmują mi czas". Nie zajmujesz mi czasu. Pisanie do siebie nawzajem to nie marnotrawstwo — to przeciwwaga dla samotności macierzyństwa, które, mimo całej miłości do dzieci, bywa dotkliwie samotne. Pierwszy rok po porodzie z synem był dla mnie najsamotniejszym rokiem mojego życia, mimo, że cały czas byłam z drugim człowiekiem na rękach.
O tej samotności macierzyńskiej pisałam więcej w tekście o budowaniu bliskości od zera i w refleksji o tym, że we dwoje raźniej — bo we dwoje dotyczy nie tylko rodzeństwa i partnerstwa, ale też kontaktu z ludźmi, którzy nie mieszkają u nas w domu, a którzy mogą nas zrozumieć. Ty piszesz do mnie. Ja piszę do ciebie. Jesteśmy we dwoje, choć nigdy się nie spotkałyśmy. Tyle wystarczy.
Najlepsze blogi to te, które ci pomagają nazwać to, czego sama nie umiesz powiedzieć. Najgorsze blogi to te, które ci wmawiają, że twoje życie powinno wyglądać jak ich.— moja prywatna definicja, którą wyznaję od początku
Dziękuję, że tu jesteś. Dziękuję, że przeczytałaś tekst do końca. Jeżeli któryś z moich wcześniejszych wpisów cię nie odbił, polecam zacząć od refleksji moja lista — złote myśli, którymi karmię się od narodzin dziecka — to jest tekst, który najlepiej oddaje na czym mi tu chodzi. A potem lubię swoje dzieci, czasem, bo to tekst, który dał czytelniczkom najwięcej ulgi.
A jeśli chcesz po prostu pomilczeć obok mnie z tą herbatą — też w porządku. Tu zawsze jest dla ciebie miejsce. Z fartuchem zaplamionym, z kuchnią pełną okruszków, z notesem na blacie i lampką włączoną do północy. Tak po prostu. Po polsku, jak u nas w domu.
Najczęstsze pytania
Kto pisze ten blog dla matek?
Magda, 35 lat, mama dwójki dzieci — siedmioletniej Hani i czterolatka. Z wykształcenia biolog, z zawodu pracownik zdalny w niewielkiej firmie, z pasji biegaczka-amatorka (dwa półmaratony) i fotograf rodzinna. Mieszkam w małej miejscowości w Polsce, blog piszę wieczorami między 21 a 23, kiedy dzieci śpią, a w czajniku stygnie pierwsza spokojna herbata całego dnia. To nie jest moja praca etatowa — to wieczorne pisanie dla siebie i dla czytelniczek.
Dla kogo jest ten blog?
Dla kobiet w wieku 25-45 lat, polskich matek, które mają w domu dzieci od 0 do mniej więcej szkoły podstawowej, czują się czasem przytłoczone i czasem zachwycone, nie znajdują siebie w blogach z lnianymi sukienkami i mindful breakfastem, chcą czytać o macierzyństwie bez filtra i bez korpojęzyka. Piszę także z sympatią do młodszych mam (19-25 lat), choć mój blog nie jest blogiem nastoletnich matek — sama urodziłam pierwsze dziecko w wieku 28 lat.
Czy blog jest sponsorowany lub komercyjny?
Nie. Nie biorę współprac sponsorowanych, nie polecam produktów, których sama nie używam, nie mam linków afiliacyjnych w tekstach. W przyszłości być może dorzucę dyskretną reklamę Google AdSense (serwer i domena kosztują), ale obiecuję, że nigdy nie zrobię z tego bloga sklepu. Mam normalną pracę zawodową — blog robię w wolnym czasie, dla siebie i dla czytelniczek.
Jak skontaktować się z autorką?
Najlepiej mejlem na kontakt@blogmatki.pl. Czytam każdą wiadomość. Nie odpowiadam na wszystkie (bo nie zawsze wiem, co odpisać, a wolę milczeć niż odpisywać byle co), ale każdy mejl ma dla mnie znaczenie. Piszcie, gdy jakiś tekst was trafił, gdy macie temat, o którym chciałybyście, żebym napisała, gdy chcecie się podzielić własną historią, lub po prostu — gdy macie ochotę powiedzieć „dziękuję".
Jakie tematy znajdę na blogu?
Siedem kategorii: Moim zdaniem (refleksje o macierzyństwie, codzienność, emocje), Bieganie (moja prywatna pasja, półmaratony, plany treningowe), Fotografia (głównie rodzinna, prywatna, niesponsorowana), Czytelnia (książki bez recenzji formalnych, bardziej rozmowy o nich), Kulinaria (domowa kuchnia, bez fotografii z dwustu rekwizytami), Czas wolny (wycieczki, weekendy w Polsce) i Motywacja (gdy brak sił, bez bullshitu).
Dlaczego nie ma na blogu zdjęć dzieci ani twarzy autorki?
Bo nie potrzebuję, żeby internet wiedział, jak wyglądają moje dzieci. Lubię, że Hania i syn dorastają poza obiektywem instagramowym. Sama też nie pojawiam się na zdjęciach — wolę, żeby ten blog był o słowach, nie o twarzach. Grafiki na stronie generuję narzędziem AI — pokazują nastrój i klimat, nie konkretnych ludzi. Tak jest mi wygodnie i tak chcę zostać.