Moim zdaniem 17 czerwca 2025 8 min czytania 1 685 wyświetleń

Moje abecadło — własny alfabet jako lista życia, do której wracam

Pięć lat temu, w noc przed trzydziestymi urodzinami, zaczęłam pisać własny alfabet — abecadło życia, każda litera = jedno hasło-refleksja. Nie miałam ambicji literackich. Miałam tylko poczucie, że muszę coś zostawić przyszłej sobie. Dziś, gdy córka znajduje ten zeszyt i pyta „mamo, co to jest?" — odpowiadam: moje abecadło.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Otwarty zeszyt z odręcznym pismem, drewniane litery, kwiat polny obok

Wszystko zaczęło się od jednej dziecięcej kartki, którą przyniosła z przedszkola moja córka. Hania miała wtedy cztery lata, ja — trzydzieści. Na kartce kreda i mazak, jakieś pomarańczowe zawijasy, w prawym dolnym rogu napisała sama, swoim koślawym dziecięcym pismem: „zle lody poki". Trzy słowa, których do dziś nie odcyfrowałam. Czy to lapsus? Czy „złe lody poki" to skrót od „złe lody, póki..." — czego? Pytałam ją wtedy, śmiała się i mówiła „nie wiem, mamo, narysowałam". Powiesiłam tę kartkę na lodówce i co kilka dni spoglądałam na te trzy słowa.

W noc przed moimi 30. urodzinami siedziałam w kuchni z zeszytem, którego do tego dnia nie używałam — pusty, w twardej granatowej okładce, kupiony w księgarni „na kiedyś". Patrzyłam na „zle lody poki" na lodówce, na czystą pierwszą stronę zeszytu i pomyślałam, że chcę coś sobie spisać. Nie życiorys, nie marzenia, nie postanowienia. Chcę spisać własny alfabet. Coś, co dla mnie znaczy konkretnie moje życie — od A do Z. Nawet jeżeli niektóre litery będą pustym miejscem, jak te dziecięce „zle lody poki" — niech będą.

Tak powstało moje abecadło. Od tamtej nocy, przez pięć lat, dopisuję do niego kolejne hasła. Nie wszystkie litery są wypełnione. Niektóre mają po jednym haśle, inne po trzy. Niektóre litery zmieniały hasło — bo zmieniało się życie. To jest abecadło żywe. Dziś dzielę się jego fragmentami — wybranymi, wyciętymi, najważniejszymi.

A jak Anna — moja babcia, która wcześniej była dla mnie tylko „babcią"

Pierwszą rzeczą, którą zapisałam tamtego wieczoru, było „A — Anna". Babcia Anna. Nie jestem pewna, czemu ona pierwsza — może dlatego, że dwa miesiące wcześniej zmarła, i to abecadło było po cichu też dla niej. Pisałam „Anna — kobieta, która nauczyła mnie cierpliwości do ciasta drożdżowego, do narcyzów wiosennych i do moich własnych dzieci, których nigdy nie poznała".

Do dziś, gdy ktoś pyta mnie o kogoś, komu zawdzięczam najwięcej, odpowiadam: moja babcia Anna. Nie mama, nie tata, nie M. — babcia. Bo z babcią przeżyłam pięć letnich wakacji u niej na wsi, każde z innym natężeniem cierpliwości z jej strony i każde z innym natężeniem mojego dziecięcego buntu. Anna to ta litera, która zmieniała moje rozumienie macierzyństwa najbardziej. Nie wiedziałam, że można być babcią tak, jak ona była — bez ocen, bez korekt, bez „trzeba". Tylko z obecnością.

C jak Cisza — i czemu się nigdy nie nudzi

Kiedy zaczęłam pisać moje abecadło, „C" miało hasło „córka". Bo Hania była wtedy sercem mojego świata. Po roku zmieniłam na „cierpliwość" — bo macierzyństwo nauczyło mnie tego, że nawet córka jest mniej ważna od umiejętności czekania bez tracenia siebie. Po dwóch latach — „cisza". I tu zostało.

Cisza w moim życiu nigdy się nie nudzi. Cisza poranna, gdy wstaję przed wszystkimi, robię herbatę i siadam na kanapie z kubkiem. Cisza po obiedzie w niedzielę, gdy dzieci poszły do dziadków, a my z M. milczymy obok siebie na tarasie. Cisza w lesie, gdy biegam sama. Cisza w aucie, gdy wracam z pracy bez radia. Każda z tych ciszy jest inna i każdej z nich potrzebuję inaczej. Nauczyłam się ich rozróżniać. Dawniej każdą „ciszę" zaganiałam — radiem, podcastem, telefonem. Dziś pielęgnuję każdą. Cisza to nie pustka. Cisza to przestrzeń, w której coś rośnie.

O podobnym pielęgnowaniu ciszy pisałam też w tekście o złotych myślach na każdy dzień — bo cisza pojawia się tam jako jedno z moich najważniejszych zdań.

D jak Dom — który się buduje, nie kupuje

Litera D zmieniała mi się trzy razy. Najpierw „dziecko". Potem „dwoje" (gdy urodził się brat). Wreszcie „dom". Ale dom nie w sensie metra kwadratowego. Dom w sensie kuchni, w której pachnie zupą, kiedy wracasz wieczorem. Dom w sensie pościeli, którą znasz palcami. Dom w sensie korytarza, w którym Hania potrafi wejść wieczorem boso, bez stukania w podłogę, bo zna każdy parkiet.

Mam swój dom od ośmiu lat. Pierwsze dwa lata to było mieszkanie. Reszta — to dom. Bo dom robi się nie przez akt notarialny, tylko przez tysiąc drobnych gestów: zawieszenie zdjęcia, nasadzenie petunii w doniczce, pamiętanie, gdzie się trzyma czosnek. Dom buduje się przez używanie go. Każdy gest, w którym zostawiasz odcisk swojej obecności, dodaje warstwę. Po latach masz coś, co istnieje tylko dla ciebie.

H jak Hania — która zaczęła to wszystko

Litera H jest jedyną, która od pierwszej wersji nie zmieniła się ani razu. „H — Hania". Bo gdyby nie ona, nie byłoby tej kuchni o szóstej rano. Nie byłoby pierwszej siwizny. Nie byłoby tego zeszytu. Hania jest moim entry pointem do macierzyństwa, w sensie najbardziej dosłownym i najbardziej metaforycznym.

Dziś ma siedem lat. Czyta sama, je sama, czesze się sama. Ale każdy poranek wciąż zaczyna od pytania „mamo, jak myślisz, jaki dziś będzie dzień?". Ja zawsze odpowiadam to samo: „Hania, dzień będzie taki, jak Ty go zrobisz". Ona kiwa głową. To nasza poranna formuła. Czasami myślę, że ona pamięta tę formułę z czasów, gdy miała trzy lata. Pewnie nie. Ale lubię tak myśleć.

O dziewczęcej energii Hani i o tym, jak moje dzieciństwo wraca w niej, pisałam w innym tekście. Tu wystarczy, że jest. H jak Hania.

M jak Macierzyństwo — które jest tylko jednym ze stanów mnie

Litera M jest ciekawa. Bo na początku miała hasło „macierzyństwo" (najoczywistsze, najbardziej wtedy mojego życia). Ale po dwóch latach dopisałam drugie hasło — „moja". „Moja" jako przeciwieństwo „macierzyństwa". Moja chwila, moje pole, moja kawa, moja sukienka, moja godzina biegania.

Długo nie umiałam tego pogodzić. Wydawało mi się, że jeżeli jestem macierzyństwem, to nie ma we mnie miejsca na moje. Wszystko, co robiłam dla siebie, sprawiało mi poczucie winy. Czytanie książki w niedzielne popołudnie, kiedy dzieci były z M. — wina. Bieganie godzinę w sobotę — wina. Wyjście na kawę z koleżanką — wina.

Kiedy w abecadle pojawiło się „M jak moja", było to coś w rodzaju wewnętrznej emancypacji. Pozwoliłam sobie istnieć poza macierzyństwem. Tak, jestem mamą. I tak, jestem mną. Te dwie rzeczy nie wykluczają się — przeciwnie, jedna karmi drugą. Mama, która nie ma swojej M, gaśnie. A gasnąca mama nie jest najlepszym darem dla dziecka. Pisałam o tym też w refleksji o wyborze, nie zakazie — bo wybór swojej M to nie zakaz macierzyństwa, tylko jego uzupełnienie.

P jak Polska — która jest moim domem ojczyzny

Litera P miała kiedyś „praca". Potem „podróż". Dziś — „Polska". Nie w sensie patriotycznym, gładkim. W sensie konkretnym: pole z gawronami za miastem, sklep monopolowy z głośnym dzwonkiem na drzwiach, żabka z roladkami szynkowymi po 4.99, moje miasteczko, w którym poznają mnie z biegania.

Nigdy nie byłam mieszczuchem na sztywno. Polska, którą kocham, to ta z dwustu kilometrów wokół mojego domu. Las nadleśnictwa, łąki nad rzeką, drogi polne, na których biegam. Sklep tej kobiety, która pamięta, że córka woli ciemne bułki. Apteka, w której farmaceutka pyta o syna. Ten zasięg trzymanej znajomości miejsca to moje pojęcie ojczyzny. Nie flagi. Nie historie. Ten jeden konkretny fragment ziemi i ludzi.

S jak Sen — który jest święty

Kiedyś sen był opcją. Dziś sen jest świętą jednostką dnia, przy której pilnuję wszystkiego, łącznie z momentem, w którym zamykam laptopa, w którym M. wchodzi do sypialni, w którym dzieci leżą już w łóżkach z gaszonym światłem.

W pierwszym roku z Hanią spałam średnio cztery godziny na dobę. W drugim roku — sześć. Dziś — siedem do ośmiu, święte siedem do ośmiu, których nikomu nie oddaję. Bo wiem, że bez tych godzin nie umiem być żoną, mamą, biegaczką, fotografką, nawet siebie samą. Sen jest fundamentem. Wszystko inne — buduje się na nim.

O podobnej dyscyplinie pisałam w refleksji o nierezygnowaniu z marzeń — bo bez snu nie ma marzeń. Są tylko zmęczone listy spraw.

Z jak „zle lody poki" — i czemu zostawiam dziwne hasła

Na końcu mojego abecadła, na ostatniej stronie zeszytu, mam jedną dziwną literę. „Z — złe lody póki". Tak, to ten dziecięcy lapsus z kartki Hani sprzed pięciu lat. Nie usunęłam go. Nie zastąpiłam „zdrowiem", „zaufaniem", „zachwytem" (choć wszystkie trzy by pasowały). Zostawiłam „złe lody póki", bo to dla mnie znaczy:

  • Zostawiaj w życiu lapsusy. Nie wszystko musi być spójne.
  • Zostawiaj rzeczy dziecięce. Nawet wtedy, gdy nie wiesz, co znaczą.
  • Zostawiaj miejsce na nieoczywiste. Bo „złe lody póki" to także „złe lody póki nie spróbujesz dobrych". Kto wie, może o to chodziło Hani. Może nie. Ale ja tak je czytam.

Z czasem nauczyłam się, że własny alfabet nie musi być spójny ani logiczny. Nie jest słownikiem. Nie jest poradnikiem. Jest emocjonalną mapą — z dziurami, z poprawkami, z lapsusami. Tym lepszą, im bardziej moja.

Twoje abecadło życia będzie inne niż moje. Inne litery, inne hasła, inne lapsusy. Ale każda kobieta, która spróbuje je sobie napisać, dostanie ten sam dar — przewodnik po swoim własnym wnętrzu.— moja koleżanka Asia, która zaczęła swoje abecadło po przeczytaniu mojego

Po co tworzyć własny alfabet — szczerze

Nie tworzę go po to, by pochwalić się w mediach społecznościowych. (Nie pokazuję go nikomu poza M. i Hanią, gdy się zacieka.) Nie tworzę go też po to, by mieć poradnik dla córek na przyszłość — choć być może kiedyś tak go odczytają. Tworzę go po to, by siebie znać.

Moje abecadło to mój sposób na zatrzymanie się i powiedzenie sobie raz na pół roku: „Co teraz znaczy dla mnie litera B? Co znaczy litera M? Czy zmieniło się od ostatniego razu?". To jest ćwiczenie w byciu z sobą. Lustro, które nie pokazuje twarzy, tylko duszę — w jej obecnym, prowizorycznym kształcie.

Polecam to każdej kobiecie, której trudno usiąść z sobą sama. Bo notatnik z literami daje strukturę. Nie musisz wymyślać, o czym pisać. Po prostu otwierasz literę B i piszesz, co dla ciebie jest dziś „B". Może „brat". Może „brytyjska herbata". Może „boli mnie kark". Cokolwiek. To jest twoje. Nie musi zachwycać. Nie musi być piękne. Musi być prawdziwe.

O podobnym narzędziu zatrzymywania się pisałam w tekście o mojej liście złotych myśli — bo abecadło i lista myśli to dwie ścieżki tej samej praktyki: bycia w kontakcie z sobą.

Jak zacząć własne abecadło — moje pięć rad

Jeżeli czujesz, że to mogłoby ci zrobić dobrze, kilka praktycznych rzeczy z mojego pięcioletniego doświadczenia:

  • Wybierz zeszyt, którego nie masz. Nie używaj kalendarza, nie używaj notesu kuchennego. Niech abecadło mieszka w swoim miejscu. U mnie to granatowy notes z twardą okładką, kupiony w księgarni za 24 zł.
  • Nie pisz wszystkiego na raz. Pierwsze hasło wypisałam jedno. Drugie — kilka dni później. Trzecie — w trzeci tydzień. Tempo nie ma znaczenia. Liczy się zaczęcie.
  • Zostawiaj puste litery. Jeśli nie masz nic na „X", zostaw. Może za dwa lata będzie „xerokopia ciotki" albo „Xanax, który nigdy mi nie pomógł". Albo nigdy nic — i to też w porządku.
  • Zmieniaj hasła, gdy zmienia się życie. Moje „C" przeszło od „córka" przez „cierpliwość" do „cisza". Trzy etapy mojego macierzyństwa. Twoje abecadło ma się zmieniać.
  • Czytaj je raz na rok. Najlepiej w noc przed urodzinami albo w noc sylwestrową. Dwadzieścia minut z herbatą, otwierasz na początku, idziesz do końca, zauważasz, co przestało pasować. Przepisujesz, co trzeba przepisać. To jest twoja roczna inwentaryzacja siebie.

Moje abecadło na dziś — co bym dopisała

Dzisiaj, gdy piszę ten tekst, otwieram zeszyt i widzę, że na literę N mam „nadzieja". Zostawię. Na literę R mam „ruch" (czyli bieganie). Zostawię. Na literę W mam „weekend" — i tu mam pokusę zmienić na „wieczór", bo weekendy są coraz bardziej zajęte zajęciami dzieci, a wieczory zostały moją prawdziwą strefą wytchnienia. Pomyślę nad tym jeszcze tydzień.

Dopiszę dziś jedno hasło — na literę Ż, której długo brakowało. „Ż jak życzliwość". Bo w tym roku zauważyłam, że brak życzliwości w sklepie, w urzędzie, na placu zabaw — jest największym brakiem, jaki ostatnio dotyka mnie codziennie. I że ja sama mogę być źródłem życzliwości, której od innych nie dostaję.

Kto wie, co dopiszę za rok. Może „Ł jak łyżwy", których w końcu się nauczę. Może „O jak ojciec", gdy w końcu pogodzę się ostatecznie ze stratą mojego taty (proces wciąż trwa). Może „T jak teściowa" — bo to relacja, której wciąż nie umiem nazwać. Abecadło rośnie razem ze mną. I tym samym — pomaga mi rosnąć.

A Twoje abecadło? Jakie litery byś zaczęła pierwsze? Daj znać. Będzie mi miło wiedzieć, że nie tylko ja siadam wieczorami z zeszytem nad samogłoskami swojego życia.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Czym jest własny alfabet i abecadło życia?

Własny alfabet to prywatna lista, w której każdej literze (od A do Z) przypisujesz jedno hasło-refleksję — słowo, osobę, miejsce lub uczucie ważne dla ciebie teraz. Abecadło życia to to samo narzędzie, ale podkreśla aspekt biograficzny — hasła zmieniają się wraz z życiem (moje „C" przeszło od „córka" przez „cierpliwość" do „cisza"). Nie jest to słownik, poradnik ani ozdoba — to emocjonalna mapa siebie, prowadzona w prywatnym zeszycie.

Po co tworzyć własny alfabet?

Żeby się siebie znać. Abecadło daje strukturę, której nie ma typowy pamiętnik — nie musisz wymyślać, o czym pisać, otwierasz literę i wpisujesz to, co dla ciebie dziś znaczy. To narzędzie szczególnie pomocne dla osób, którym trudno zacząć pisać o sobie. Po roku masz lustro, które nie pokazuje twarzy, tylko duszę w jej obecnym kształcie. Dla kobiet w macierzyństwie często staje się rytuałem rocznym — w noc przed urodzinami przeglądasz, co zmieniło się w twoich literach.

Czy abecadło życia musi mieć wszystkie 26 liter?

Nie, w żadnym razie. Niektóre litery zostawiam puste przez lata (u mnie X i Q są wciąż białe po pięciu latach). Inne mają po jednym haśle, niektóre — po trzy. To nie jest słownik wymagający kompletności. To jest twoja emocjonalna mapa, a mapy mają białe plamy. Próba wypełniania wszystkich liter na siłę kończy się sztucznym rezultatem, który nie pasuje do ciebie.

Jak zacząć abecadło życia, jeśli nigdy nie pisałam dziennika?

Zacznij od jednej litery. Wybierz zeszyt (ważne — nie ten, w którym piszesz listy zakupów; własna przestrzeń), otwórz pierwszą stronę, wpisz literę, na którą zaczyna się jedno słowo, które jest dziś dla ciebie ważne. Tylko jedno hasło, jedna litera. Drugie zapisz, gdy poczujesz potrzebę — może za tydzień, może za miesiąc. Tempo nie ma znaczenia. Liczy się to, że zaczynasz. Po pół roku zauważysz, że zeszyt rośnie sam.

Czy mogę zmieniać hasła w swoim abecadle?

Tak — i powinnaś, gdy zmienia się życie. Moja litera C przechodziła trzy etapy w pięć lat: „córka" → „cierpliwość" → „cisza". Każda zmiana odzwierciedlała inną fazę macierzyństwa. Dlatego polecam raz w roku (na przykład w noc przed urodzinami) przeczytać całe abecadło i zauważyć, co przestało pasować. To jest twoja roczna inwentaryzacja siebie. Stare hasła można skreślić, ale ja zostawiam — jako ślad, kim byłam wcześniej.

Czy w abecadle wolno zostawiać hasła „dziwne" albo niepoprawne?

Bardzo wolno — to jeden z najważniejszych aspektów własnego alfabetu. U mnie litera Z ma hasło „złe lody póki" — dziecięcy lapsus z rysunku córki. Zostawiłam, choć logicznie nic nie znaczy. Bo własny alfabet to nie słownik wymagający poprawności. Lapsusy, niejasności, dziwne skojarzenia — wszystko to może zostać. Czasem właśnie te „niepoprawne" hasła okazują się najbardziej twoje. Nie cenzuruj. Nie poprawiaj. Pisz, jak czujesz.