Motywacja 4 czerwca 2025 8 min czytania 1 537 wyświetleń

Nie odpuszczaj — czyli o 16. kilometrze i o blogu, którego nikt nie miał czytać

Szesnasty kilometr półmaratonu w Bydgoszczy. Lało jak z cebra, buty miałam mokre do skarpetek, w głowie zatrzymaj się, kobieto, koniec. Zatrzymałam się. Stałam dwadzieścia sekund. A potem coś we mnie krzyknęło biegnij. Pobiegłam. Skończyłam. I dziś wiem, że ta sekunda decyzji była ważniejsza od wszystkich treningów razem wziętych.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Zniszczone buty do biegania na mokrym asfalcie z kroplami deszczu

M. czekał na mecie z dziećmi i parasolką, której wiatr już prawie wyrwał. Córka miała w dłoni rysunek z napisem „MAMA BIEGAJ" (z niewłaściwą literą J na końcu, ale wzruszający tym bardziej). Syn płakał, bo mu było zimno. Ja podbiegłam ostatnie sto metrów z grymasem, który na zdjęciu wygląda jak uśmiech, a był tak naprawdę walką o to, by nie usiąść na asfalcie. Dwanaście tygodni treningów, jedna decyzja na szesnastym kilometrze, mokra meta. Tyle.

Długo o tym myślałam później. Co byłoby, gdybym wtedy odpuściła?. Nic strasznego. Wsiadłabym do samochodu, wróciłabym do domu, dzieci dostałyby herbatę z miodem, wszyscy poszliby spać. Świat się nie zawalił. A jednak — coś by się wtedy złamało we mnie samej. Nie publicznie. Nie dla nikogo z zewnątrz. Tylko dla mnie samej, w jakimś ukrytym miejscu, w którym trzymam swoje przekonania o tym, co potrafię. Z tym ukrytym miejscem żyje się dłużej niż z mokrymi butami.

„Kto to przeczyta" — czyli pierwszy tydzień blogu

Druga anegdota, którą chcę opowiedzieć, jest mniej spektakularna. Półmaraton ma swoją grafikę — meta, deszcz, dzieci na zdjęciu. Założenie blogu — żadnej grafiki. Tylko ekran laptopa, M. w drugim pokoju oglądający jakiś serial, godzina 22:30, kawa, w której pływa już zimna pianka, i pierwszy tekst, którego nie umiałam nazwać.

Pisałam o tym, co u nas w domu działo się tej zimy. Trzy infekcje, dwie wizyty u pediatry, jedna noc na pogotowiu. Skończyłam tekst, przeczytałam, kursor wisiał nad przyciskiem „opublikuj". I usłyszałam w głowie głośne „kto to przeczyta". Wprost. Tak ciemnym tonem, jakim mówi do siebie zmęczona kobieta o pół do jedenastej w nocy.

Zamknęłam laptopa. Poszłam spać. Tekst leżał w wersji roboczej trzy dni. W środę wieczorem wróciłam do niego, otworzyłam, jeszcze raz przeczytałam — i zauważyłam, że jest dobry. Nie genialny. Nie pierwszy w rankingu Wirtualnej Polski. Ale uczciwy. To, co napisałam, było naprawdę z mojego życia, mojego doświadczenia, mojej kuchni. Coś w tym było, co mogło komuś pomóc — albo chociaż przypomnieć, że nie jest sam ze swoimi nieprzespanymi nocami.

Kliknęłam „opublikuj" o 23:14. Pierwszy komentarz dostałam dwa tygodnie później. Od jednej osoby. „Bardzo to do mnie trafiło, dziękuję, też mam tak". Pamiętam, że ten komentarz przeczytałam pięć razy. Pięć. Bo z pięciu krzyku w mojej głowie „kto to przeczyta" wyszedł jeden konkretny człowiek, który to przeczytał. To wystarczyło, żebym zaczęła pisać dalej.

Największe rzeczy są te, które prawie się rozsypały

Gdy myślę o tych dwóch sytuacjach — szesnasty kilometr i kursor nad „opublikuj" — widzę coś wspólnego. Ich wspólna cecha to nie to, że się udały. Półmaraton się udał, blog też (no, do dzisiaj). Ich wspólna cecha to to, że prawie się rozsypały. Że istniała ta sekunda, w której mogłam odpuścić — i wiele rzeczy mówiło mi, że to byłaby rozsądna decyzja.

Z perspektywy paru lat widzę, że to prawdziwy podpis pod ważnymi rzeczami w życiu. Nie te, które poszły gładko. Nie te, które były „przeznaczone". Tylko te, które prawie się rozsypały. Te, w których była ta sekunda zwątpienia, krótszy lub dłuższy moment przerwy, decyzja podjęta na pograniczu sił.

Moja koleżanka K., która została doktorem psychologii po piątym dziecku (nie żartuję, ma piątkę), opowiadała mi kiedyś o swojej obronie pracy. „Magda, na rok przed obroną złożyłam dokumenty rezygnacji. W kopercie. Naklejona była nawet znaczek. Brakowało wrzucenia do skrzynki. I tej nocy, którą spędziłam patrząc na kopertę, postanowiłam dać sobie jeszcze jeden tydzień. Ten tydzień przeszedł w miesiąc, miesiąc w trzy. Obroniłam się". Koperta z rezygnacją. Naklejony znaczek. Dwadzieścia centymetrów dzieliło ją od porażki, którą by potem przepłakała przez dziesięć lat. Najbardziej wartościowe rzeczy zawsze stoją tak blisko klęski, że można je dotknąć palcem.

Ale nie zawsze trzeba walczyć dalej

Tu uważaj, bo nie jestem na motywacyjnej fali, że „nigdy się nie poddawaj". To bullshit motywacji. Niektóre rzeczy słusznie się odpuszcza — i im człowiek starszy, tym wyraźniej widzi, kiedy.

Ja sama odpuściłam w ostatnich latach kilka rzeczy i nie żałuję żadnej z nich. Odpuściłam kursy makijażu, na które się zapisałam w 2022, bo brakowało mi czasu i naprawdę pasji do tego nigdy nie miałam — to były pieniądze wyrzucone w błoto, ale nauka. Odpuściłam plan pisania powieści — zostawiłam ją w trzecim rozdziale, bo dotarło do mnie, że nie umiem jeszcze pisać prozy, i blog jest moją obecną formą; może wrócę za dziesięć lat, może nie. Odpuściłam pewną przyjaźń, w której od lat byłam tylko dawcą, nigdy nie odbierałam — to było bolesne, ale konieczne; życie jest za krótkie na relacje, w których jedna strona ciągle zachęca, a druga ciągle bierze.

Mam swoją prywatną zasadę, która mi pomaga rozróżnić „nie odpuszczaj" od „odpuść z godnością". Brzmi tak: odpuść, jeśli to nie jest twoje. Nie odpuszczaj, jeśli to jest twoje, ale boli. To wygląda banalnie, ale w praktyce trudno rozdzielić. Pomocne pytania:

  • Czy gdyby nikt mnie nie patrzył, czy nadal bym to robiła? Jeśli nie — to nie jest moje.
  • Czy ten ból to jest ból wzrostu, czy ból niewłaściwego kierunku? Pierwszy ból przemija po tygodniu. Drugi się powtarza.
  • Czy odpuszczając, czuję ulgę, czy żal? Ulga znaczy uwolnienie. Żal znaczy strata.
  • Czy za rok pożałuję, że odpuściłam, czy że nie odpuściłam wcześniej?

Ostatnie pytanie jest najlepsze. Wielokrotnie mi pomogło. Wyobraź sobie siebie za rok. Patrzysz na ten dylemat z perspektywy. Co by ci powiedziała Magda+1? Posłuchaj jej. Ona ma więcej danych niż ty.

„Nie odpuszczaj" w macierzyństwie — najtrudniejszy wymiar

W kontekście rodzicielstwa to się komplikuje. Bo „nie odpuszczaj" czasem znaczy trzymaj się dziecka, gdy ono w buncie, w trudnym okresie, w fazie przedszkolnej, w pierwszej klasie. Nie odpuszczaj relacji, nawet gdy ona temporary jest lekkim koszmarem. Pisałam o tym pośrednio w bunt-szesciolatka — kiedy córka przez trzy miesiące mówiła mi, że mnie nie kocha, codziennie, a ja codziennie odpowiadałam „a ja ciebie tak". To było moje „nie odpuszczaj" roku.

Ale czasem „nie odpuszczaj" w rodzicielstwie znaczy też coś dla siebie samej. Nie odpuszczaj snu — pisz pediatrze prośby o pomoc, chodź na wizyty, dochodź do tego, dlaczego dziecko nie śpi. Nie odpuszczaj swojej pracy zawodowej, jeśli ją lubiłaś — wracaj do niej, choćby na ćwiartkę etatu. Nie odpuszczaj sportu — może w innej formie niż przed dzieckiem, ale jakoś. Nie odpuszczaj przyjaciółek — choćby raz na dwa miesiące, choćby na godzinę kawy.

Bo macierzyństwo ma w sobie taką niebezpieczną ścieżkę: zaczynasz odpuszczać po jednej rzeczy na chwilę, a po pięciu latach okazuje się, że odpuściłaś po wszystkiemu. Każda z tych rzeczy z osobna była rozsądną decyzją. Razem — to był stopniowy zanik ciebie samej. To jest ten problem, o którym pisałam też w czego-ty-chcesz-w-zyciu — gdy budzisz się rano i nie wiesz, kim jesteś poza mamą.

Drobne „nie odpuszczaj" — moja prywatna lista

Nie wszystkie „nie odpuszczaj" są spektakularne jak półmaraton w deszczu. Większość jest tych mniejszych. Te codzienne odpuszczenia są ważniejsze niż te dramatyczne. Spiszę kilka swoich z ostatnich miesięcy:

  • Pisałam ten wpis trzy razy. Pierwsze podejście wyrzuciłam, bo wyszedł sztampowy. Drugie — bo zbyt sentymentalny. Trzecie — to które czytasz. Mogłam odpuścić po pierwszym, mogłam po drugim. Nie odpuściłam, bo wiedziałam, że coś tu jest, tylko jeszcze nie znalazłam formy.
  • Niedzielny obiad u teściowej. Co miesiąc mam ochotę powiedzieć „dziękuję, dziś nie damy rady". Ale jadę. Bo wiem, że za dziesięć lat tych obiadów już nie będzie, a teraz jest możliwość, by dzieci wzięły z tych spotkań pamięć o babci. Nie odpuszczam — choć po każdym wracam zmęczona.
  • Nauka córki czytania. Idzie jej kiepsko. Najprostsze co mogę zrobić — odpuścić, kupić jej audiobooki, zlecić temat szkole. Nie odpuszczam — siedzimy razem 15 minut dziennie, na książeczce ze spawanym tekturowym grzbietem, którą czytamy po jednej linijce na zmianę.
  • Pisanie SMS-a do mamy raz w tygodniu. Mamo, jak się czujesz? — krótki, prosty SMS, niedzielne popołudnie. Mam ochotę odpuścić, bo zazwyczaj odpisuje „dobrze, nie martw się" i koniec. Nie odpuszczam. Bo następny taki SMS, którego nie wyślę, może być tym, którego potem żałuję przez 20 lat.

To są moje nie-odpuszczania lutego i marca. Banalne. Codzienne. Bez świadków. Ale dla mnie ważniejsze niż meta w Bydgoszczy.

Nie odpuszczanie nie polega na heroizmie. Polega na cichym wracaniu do tego, co dla ciebie ważne, nawet kiedy nikt na to nie patrzy. Heroizm jest dla filmów. Codzienność jest dla dorosłych.— moja przyjaciółka K., doktor psychologii po piątce dzieci

Co widać po latach

Teraz, z perspektywy dwóch przebiegniętych półmaratonów, jednego napisanego blogu i siedmiu lat macierzyństwa, widzę coś, czego nie widziałam wtedy. Wytrwałość rzadko bywa pojedynczą decyzją. Wytrwałość to seria małych decyzji, które wszystkie wyglądają niepozornie z osobna. Pojedyncza decyzja — „kontynuuj" — jest mała. Powtórzona przez dwanaście tygodni treningu staje się półmaratonem. Powtórzona przez sześć miesięcy pisania staje się blogiem.

Gdy w 2022 zaczynałam biegać, nie myślałam o tym, że za rok przebiegnę 21 km. Myślałam tylko o tym, czy wstanę jutro o 6:00. I wstawałam. Albo nie. Częściej wstawałam. Po roku okazało się, że nie wstając wieczorem przed telewizor, a wstając rano do butów, zbudowałam coś, co wcześniej wydawało mi się abstrakcyjne. Drobne decyzje są drogą. Wielkie cele są tylko miejscem, w które ta droga prowadzi.

Czasem moja córka pyta mnie, „mamo, czy ty zawsze biegałaś?". Odpowiadam: „nie, kochanie. Zaczęłam, jak miałaś pięć lat". „A wcześniej?". „Wcześniej myślałam, że nie potrafię". „A potrafiłaś?". „Okazało się, że potrafię. Tylko musiałam dać sobie szansę". Wtedy widzę, że ona to zapamiętuje. I to jest dla mnie najważniejszy efekt nie-odpuszczania półmaratonu — nie czas na mecie, nie zdjęcie z parasolką, tylko siedmioletnia dziewczynka, która słyszy, że można dać sobie szansę i okazać się, że się potrafi.

Kiedy pomylił się na półmaraton dawno temu i nadal pamiętam

Na zakończenie jeszcze jedna scena. Dwa lata temu byłam świadkiem, jak na półmaratonie w jakiejś mniejszej imprezie biegowej (nie pamiętam już dokładnie miasta) jeden facet się złamał na 18. kilometrze. Nie zatrzymał się — usiadł na trawie. Płakał. Stałam wtedy na trasie z butelką wody dla M., który dopiero biegł. Podszedł do tego pana wolontariusz, dał mu wodę. Pan napił się i powiedział „nie dam rady, kobieto. Daj mi tu siedzieć". Wolontariusz odpowiedział mu coś, czego nie zapomnę: „może pan tu siedzieć tak długo, jak chce. A może pan też wstać, gdy poczuje pan, że wystarczy".

Pan siedział może dziesięć minut. Potem wstał. Pobiegł. Skończył. Mijałam go przy mecie, pamiętam jego twarz — zmęczona, ale uśmiechnięta. Każdy z nas ma takie 18. kilometry. I każdy z nas zasługuje na to, żeby ktoś nam powiedział: „możesz tu siedzieć tak długo, jak chcesz. A możesz też wstać, gdy poczujesz, że wystarczy". Bez wymuszenia, bez bullshit motywacji, bez krzyku. Po prostu z prawem do obu opcji — i z wiarą, że my sami wybierzemy wstać, gdy nam siła wróci.

Jeśli stoisz dziś na swoim 16. kilometrze — nie odpuszczaj. Ale tylko, jeśli to jest naprawdę twoje. Jeśli to nie jest twoje, odpuść z godnością i idź dalej. Tylko upewnij się najpierw, że umiesz odróżnić jedno od drugiego. Pisałam o podobnych rzeczach również w nie-rezygnuj-z-marzen, gdzie była mowa o tym, że marzenia mam są dla niej samej, a nie dla otoczenia. Ten sam grunt. Jedno przedłużenie drugiego.

A jeśli kiedykolwiek będziesz biec swój pierwszy półmaraton w deszczu, w mokrych skarpetkach, na 16. kilometrze — pamiętaj, że meta jest 5 km dalej. Nigdzie się nie wybiera. Czeka.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Kiedy nie odpuszczać, a kiedy słusznie odpuścić?

Reguła kciuka: nie odpuszczaj, jeśli to twoje, ale boli. Odpuść z godnością, jeśli to nie jest twoje. Pomocne pytania: czy gdyby nikt nie patrzył, czy bym to nadal robiła? (jeśli nie — odpuść), czy ten ból to ból wzrostu czy niewłaściwego kierunku? (pierwszy mija po tygodniu), czy za rok pożałuję bardziej, że odpuściłam, czy że nie odpuściłam wcześniej?. Nie ma jednej zasady — każda sytuacja wymaga uczciwej autorefleksji.

Skąd brać siłę, by nie odpuszczać w trudnych chwilach?

Siła nie pochodzi z pojedynczych wielkich decyzji, tylko z serii drobnych: czy wstanę jutro rano o 6:00, czy odpiszę dziś na ten e-mail, czy wrócę do zaczętego tekstu po trzech dniach przerwy. Wytrwałość to seria małych decyzji, które razem tworzą kierunek. Cele wielkie (półmaraton, książka, blog) są tylko miejscem, w które ta seria prowadzi. Skup się na następnym kroku, nie na celu.

Czy „nie odpuszczaj" w macierzyństwie ma swoje granice?

Tak — i to ważne, by je znać. „Nie odpuszczaj" relacji z dzieckiem (nawet w trudnym okresie buntu), „nie odpuszczaj" snu (szukaj rozwiązań), „nie odpuszczaj" siebie samej (sportu, pracy, przyjaciółek). Ale odpuść ideału mamy z Pinteresta, odpuść codziennego perfekcyjnego obiadu, odpuść konkurowania z innymi mamami. Macierzyństwo wymaga umiejętności rozróżniania, co jest filarem (relacja, zdrowie psychiczne, własna tożsamość), a co dekoracją (idealny dom, wszystkie zajęcia dodatkowe, perfekcja).

Jak nie odpuścić projektu, gdy słyszysz „kto to przeczyta"?

Po pierwsze — przyjmij, że ten głos przyjdzie zawsze. U każdego twórcy, niezależnie od stażu. Po drugie — zapisz tekst (lub projekt) na trzy dni i wróć do niego z dystansem. Często to, co wieczorem wydaje się słabe, po tygodniu okazuje się dobre. Po trzecie — pamiętaj, że nawet jedna osoba, która z twojego tekstu skorzysta, jest warta opublikowania go. Pisanie do milionów to mit. Realne wartości tworzy się w jeden-na-jeden, czytelnik po czytelniku.