Postanowiłam, że tym razem napiszę inaczej. Nie po raz piętnasty te same trzy wishful thinking listy zaczynające się od „schudnę”, „będę”, „przestanę”. W zeszłym roku skreśliłam wszystkie do końca lutego. W roku poprzednim — do końca marca. W roku jeszcze poprzednim — w dniu po sylwestrze, bo zaczął kichać Felek i runął cały plan „rano joga, wieczór jelenia”.
W tym roku zrobiłam coś innego. Wzięłam herbatę zamiast kawy (już to brzmi jak początek poradnika z Insta, ale daj mi moment), wyłączyłam telefon i zadałam sobie jedno pytanie: co naprawdę chciałabym, żeby zostało po tym roku? Nie „żebym wyglądała inaczej”. Nie „żeby M. mnie częściej chwalił”. Tylko — co chciałabym powiedzieć sobie 31 grudnia, patrząc w lustro?
Wyszły mi z tego trzy rzeczy. Konkretne. Sensowne. Bez patosu. Spisuję je tutaj, bo wpis publiczny to dla mnie zobowiązanie — taki sam mechanizm, jak głośne wypowiedzenie marzenia, o którym pisałam w bohaterze swoich marzeń.
Postanowienie 1: jeden weekend miesięcznie tylko dla mnie
Dwanaście weekendów. Tyle. Nie wakacje, nie wyjazd na Bali, nie samotny pobyt w SPA z masażem hot stone. Po prostu jeden weekend w miesiącu, w którym od piątku wieczór do niedzieli rano mam nieoczywistą umowę z M.: dzieci jego, dom jego, plan dnia — jego. Ja — moja.
Co będę robić w te weekendy? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I właśnie o to chodzi. Nie planuję ich z wyprzedzeniem. Może pójdę na jogę. Może przeczytam pół książki w jednym ciągu. Może pojadę na cmentarz do dziadków, na który nie byłam od dwóch lat. Może obejrzę cały sezon serialu, którego M. nie znosi. Może — po prostu — się prześpię.
W zeszłym roku miałam może trzy takie pełne dwa dni dla siebie w ciągu całych dwunastu miesięcy. Trzy. Z dwójką dzieci, blogiem, biegającym kalendarzem zajęć dodatkowych, dwójką rodziców starzejących się i sieciówką sklepów, w które trzeba wpadać co weekend — to było powyżej moich możliwości negocjacyjnych. M. się zgadzał, ja nigdy nie naciskałam.
W tym roku naciskam. Z góry. Z kalendarzem w ręku, z konkretnymi datami zaznaczonymi na styczeń, luty, marzec. M. spojrzał, kiwnął głową i powiedział: „czemu wcześniej nie?”. Bo wcześniej nie wiedziałam, że wolno” — odpowiedziałam. To nie była dobra odpowiedź, ale prawdziwa.
Dlaczego akurat to? Bo zauważyłam coś niepokojącego: gdy mam dwa dni dla siebie z rzędu, wracam do siebie inną. Nie zmęczoną, nie zirytowaną, nie liczącą minut do wieczora. Ja-prawdziwa, ta sprzed dziesięciu lat, jest gdzieś jeszcze. Tylko nigdy nie ma jej dostatecznie dużo czasu, żeby wyjść na powierzchnię. Daję jej w tym roku dwanaście weekendów. Niech wyjdzie i zostanie dłużej.
Postanowienie 2: fotografia w głębszym sensie, nie tylko foto telefonem
Mam aparat. Lustrzankę po cioci, którą dostałam pięć lat temu z całym wyposażeniem — dwa obiektywy, statyw, torba, ładowarka. Aparat leży w szafce. Pięć lat. W tym czasie zrobiłam telefonem 40 tysięcy zdjęć dzieci, kotów sąsiadki i obiadów, które mi wyszły. Lustrzanką — może dwieście, w sumie, na wszystkich rodzinnych okazjach.
Dlaczego? Bo telefon jest zawsze pod ręką, a aparat trzeba pamiętać. Bo telefon robi „wystarczająco dobre” zdjęcia, a aparat wymaga, żebym pomyślała o ostrości i kompozycji. Bo telefon to „szybko, mam pięć minut”, a aparat to „usiądę i poświęcę uwagę”.
I dokładnie dlatego — w tym roku wracam do aparatu. Nie po to, żeby zostać profesjonalną fotografką. Nie po to, żeby otworzyć studio. Po to, żeby fotografia z powrotem była dla mnie medytacją, a nie kompulsją dokumentowania. Bo telefon to dokumentacja. Aparat to kontemplacja. Różnica jest fundamentalna.
Mam plan minimum: raz w tygodniu, w sobotę rano, przed śniadaniem, godzina z aparatem. Wychodzę z domu (lub zostaję w domu — ważne, żeby było w trybie patrzenia). Robię 5-15 zdjęć. Wracam, wgrywam na komputer, wybieram jedno najlepsze. Tylko to. Bez Insta, bez Facebooka, bez przerabiania w Lightroomie do bólu. Po prostu godzina patrzenia, jedno zdjęcie do archiwum.
Po roku to będą 52 zdjęcia. Wydrukuję je w grudniu jako mały album. To będzie mój pamiętnik wizualny 2026. Nie najlepsza fotografia świata, ale moja. Spojrzę za pięć lat na ten album i zobaczę, jak naprawdę wyglądały te miesiące — nie przez filtr Instagrama, tylko przez moje własne, niedoskonałe oko.
O podobnym wracaniu do dawnych marzeń pisałam w wpisie o bohaterze swoich marzeń — fotografia była dla mnie marzeniem o własnym głosie, zanim zostałam mamą i zanim wszystko poszło w lifestyle’owe konsumowanie obrazów.
Postanowienie 3: jedno wstydliwe konto pieniędzy uporządkowane
Tutaj będzie szczerze, choć trochę boli. Mam konto oszczędnościowe, do którego nie zaglądałam od trzech lat. Nie z powodu „braku czasu”. Z wstydu. Bo wiem, że tam jest absurdalnie mało, biorąc pod uwagę, że oboje z M. pracujemy, oboje zarabiamy, dom mamy, samochód jeden mamy. Powinno tam być więcej. A jest tyle, co jest. I za każdym razem, gdy logowałam się przez aplikację, czułam ten ucisk w żołądku — „nie patrz, Magda, nie patrz” — i wylogowywałam się z powrotem.
Trzy lata wstydu. Trzy lata nie patrzenia w oczy własnym finansom. Bo w między czasie Felek się urodził, dom wymagał napraw, samochód padł, była pandemia, była hipoteka, były święta i dwie operacje wujka. Wymówek było w sam raz, żeby nigdy nie usiąść do tabeli Excela i nie zapytać sama siebie: gdzie te pieniądze faktycznie idą.
W tym roku — siadam. Konkretnie: w lutym, jeden weekend, z kawą i kalkulatorem. Otwieram aplikację bankową. Pobieram wyciągi z 12 ostatnich miesięcy. Kategoryzuję wydatki w trzech kolumnach: stałe (czynsz, prąd, telefony, rata kredytu), zmienne potrzebne (zakupy, paliwo, ubrania dla dzieci), niepotrzebne (subskrypcje, których nie używam, kawa na mieście, której piłam za dużo, kosmetyki kupowane impulsywnie).
Nie po to, żeby się zatłuc. Po to, żeby wreszcie wiedzieć. Bo nieświadomość finansowa to luksus, na który nie stać już nawet rodzin z dwoma pensjami. Mama uczyła mnie „kobieta musi wiedzieć, co ma w portfelu” — a ja przez trzy lata nie wiedziałam, co mam na koncie oszczędnościowym. Wstyd dochodu pełen.
Po tej kategoryzacji — plan na rok. Realny. Nie „odłożymy 50 tysięcy”, bo to bullshit motywacyjny. Tylko: ile faktycznie możemy odkładać miesięcznie, biorąc pod uwagę realne wydatki, plus 20% bufora na nieprzewidziane. I czy to „ile” to 200 zł czy 800 zł — chcę po prostu wiedzieć.
Wstydliwe finanse to nie kwestia ilości pieniędzy. To kwestia braku odwagi, żeby spojrzeć w oczy własnemu życiu. Ja przez trzy lata nie spojrzałam. W tym roku spojrzę.— moja mama, gdy jej powiedziałam o tym postanowieniu (a ona nigdy w życiu nie ducha pieniędzy nie ducha)
Dlaczego te trzy, a nie tamte trzy
Kiedy spisałam te trzy, sprawdziłam je sama na sobie kilkoma testami. Test pierwszy: czy są konkretne? Tak. „Jeden weekend miesięcznie” — konkret. „Godzina sobotnio-aranna z aparatem” — konkret. „Lutowy weekend z kalkulatorem” — konkret. Żadne nie brzmi jak „będę zdrowsza” czy „zacznę dbać o siebie”.
Test drugi: czy mogą się zacząć w tym tygodniu? Tak. Pierwszy weekend dla mnie — ostatni weekend stycznia. Pierwsza godzina z aparatem — najbliższa sobota. Pierwsza wizyta na koncie oszczędnościowym — ten lutowy weekend (data wpisana w kalendarz, czerwonym).
Test trzeci: czy naprawdę tego chcę, czy tylko powinnam tego chcieć? To najtrudniejszy test. Bo „powinnam” schudnąć się rzecznikiem mojego niezadowolenia z ciała, ale nie jest moim chceniem. „Powinnam” więcej czytać się rzecznikiem mojego poczucia winy, że oglądam seriale, ale nie jest moim chceniem. Te trzy postanowienia to chcenia, nie powinnam. I to jest różnica, którą czuję w żołądku, gdy o nich myślę.
Test czwarty: czy są dla mnie, czy dla cudzych oczu? Te trzy są dla mnie. Nikt z zewnątrz nie zobaczy, że uporządkowałam konto oszczędnościowe. Mało kto zauważy moje 52 zdjęcia z aparatu na koniec roku. Tylko M. i dzieci wiedzą o moich weekendach. To są postanowienia bez pochwały publiczności. I to mi pasuje.
O podobnym mechanizmie — robieniu rzeczy dla siebie, nie dla pochwały — pisałam w wpisie docen to co masz. Wdzięczność, samoakceptacja i postanowienia mają ten sam fundament: zaczynają się od ciebie, nie od oczekiwań innych.
Czego nie ma na mojej liście — i to też jest świadome
Nie ma na niej „schudnę”. Nie ma „będę więcej ćwiczyć”. Nie ma „przeczytam 30 książek”. Nie ma „wstanę o piątej rano i będę medytować”. Nie ma „zacznę pisać książkę”.
Dlaczego? Bo każde z tych postanowień miałam już w przeszłości, każde upadło, i każde mi się znudziło na samej liście. Nie żebym o nich nie myślała — myślę. Ale postanowienia noworoczne to nie miejsce na wszystkie marzenia świata. To miejsce na trzy konkretne ruchy, których brak boli mnie najbardziej tu i teraz.
Weekend dla siebie boli mnie najbardziej. Aparat w szafce boli mnie drugą najbardziej. Konto oszczędnościowe boli mnie trzecią najbardziej. Reszta — schnięcie, książki, medytacja, książka — to miłe-do-mieć. Ale nie konieczne-do-zrobienia-w-tym-roku. Mogę je zostawić sobie na jakiś inny moment, gdy te trzy się ułożą.
Trzy. Nie pięć, nie osiem, nie dwadzieścia. Bo trzy da się utrzymać w głowie. Pięć — już zaczynam zapominać o ostatniej. Osiem — to lista zakupów, nie postanowienia. Dwadzieścia — to wishful thinking journal.
Podobny minimalizm w działaniu opisywałam w doceniaj siebie — gdzie zamiast pięciu wielkich strategii samoakceptacji wystarczyły cztery małe kroki przy komplementach. Mniej znaczy więcej, jeśli mniej robi się naprawdę.
Co zrobię, jeśli za trzy miesiące zacznę odpadać
Uczciwie — wiem, że są szanse, że któreś z tych postanowień się rozsypie. W końcu w zeszłym roku rozsypały się wszystkie. Dlatego mam plan B, plan C i plan akceptacji.
Plan B: jeśli weekend dla siebie nie wyjdzie w danym miesiącu (bo dziecko chore, bo M. w pracy, bo święta), przesuwam go o tydzień w następny miesiąc, ale go nie odpuszczam. Liczy się 12 weekendów do końca grudnia, niekoniecznie po jednym na miesiąc kalendarzowy. Buffer, nie kasacja.
Plan C: jeśli aparat „nie chce się chcieć” przez dwa weekendy z rzędu, robię audyt. Pytam siebie: czy to znudzenie czy zmęczenie? Jeśli zmęczenie — daję sobie tydzień przerwy. Jeśli znudzenie — zmieniam temat (zamiast krajobrazów próbuję makro, zamiast natury próbuję detali domu). Aparat nie jest celem, celem jest patrzenie. Patrzenie można praktykować na różnych obiektach.
Plan akceptacji: jeśli któryś z trzech postanowień padnie definitywnie do końca lipca — uznaję to bez histerii. Nie wszystko z postanowień się sprawdza, i to jest normalne. Pisałam o tym w wpisie o hartowaniu siły woli — wytrwałość to nie sztywność, to elastyczność, która wraca do osi.
O tym, jak to wygląda po drodze, napiszę za pół roku w wpisie postanowienia kontra rzeczywistość. A na koniec roku — w grudniu — zrobię uczciwe rozliczenie postanowień noworocznych, bez upiększania. Bo każde uczciwe spojrzenie na siebie jest darem na następny rok.
Na razie — jest 1 stycznia, jest herbata, są te trzy zdania w notesie, i jest pewność, że to są te trzy, których naprawdę chcę. Reszta jest między mną, kalendarzem i grudniowym ja-przyszła. Zobaczymy.
A wy? Macie już swoje trzy? Jeśli macie ochotę je sobie spisać, napiszcie je na kartce, którą widzicie codziennie. Nie na Insta. Nie w aplikacji do notatek. Na kartce, która leży w kuchni przy ekspresie. I patrzcie na nią rano, gdy zaparzacie sobie kawę. To wystarczy.
Najczęstsze pytania
Jak ustalać sensowne postanowienia noworoczne?
Trzy testy, które robię sama na sobie: (1) czy są konkretne — „jeden weekend w miesiącu dla siebie” tak, „będę dbać o siebie” nie; (2) czy mogą się zacząć w tym tygodniu — jeśli wymaga „odpowiedniego momentu”, to nie zacznie się nigdy; (3) czy naprawdę tego chcę, czy tylko powinnam — „powinnam schudnąć” odpada, „chcę uporządkować swoje konto oszczędnościowe” zostaje. Jeśli postanowienie przejdzie te trzy testy — masz szansę je dotrzymać.
Ile postanowień noworocznych warto zrobić?
Trzy. Maksymalnie trzy. Pięć już zaczynasz zapominać. Osiem to lista zakupów, nie postanowienia. Dwadzieścia to wishful thinking journal. Trzy konkretne, sensowne ruchy, których brak boli cię najbardziej tu i teraz, mają realną szansę przetrwać do grudnia. Reszta marzeń może poczekać na inny rok. Mniej znaczy więcej, jeśli to mniej robi się naprawdę.
Co zrobić, gdy postanowienie zaczyna się rozsypywać po kilku miesiącach?
Plan B i plan C, nie kasacja. Jeśli pominęłaś weekend dla siebie w danym miesiącu — przesuń o tydzień, ale nie odpuszczaj. Jeśli aparat „nie chce się chcieć” przez dwa tygodnie — zrób audyt: znudzenie czy zmęczenie? Zmęczenie = tydzień przerwy. Znudzenie = zmiana tematu. Wytrwałość to nie sztywność, to elastyczność, która wraca do osi. A jeśli któreś z postanowień padnie definitywnie — uznaj to bez histerii i bez wyrzutów. To normalne.
Czy warto stawiać sobie postanowienia noworoczne, skoro większość się nie udaje?
Warto, jeśli traktujesz je jako kierunki, nie jako kontrakt z biczem. Postanowienie „chcę być zdrowsza” działa lepiej niż „pójdę 3× w tygodniu na siłownię” — bo daje miejsce na elastyczność. Każde uczciwe spojrzenie na siebie 1 stycznia jest darem dla siebie samej z grudnia. Nawet jeśli zrealizujesz tylko jedno z trzech, to i tak jest wygrana wobec sytuacji, w której nic byś sobie nie zaplanowała. Konkrety + skromna ilość + uczciwe rozliczenie na koniec — to działa.