Bieganie 23 sierpnia 2024 7 min czytania 1 559 wyświetleń

Marynarska Dycha — bieg nad morzem, mewy, M. z dziećmi i 10 km szczęścia

Niektóre biegi się ściga. Niektóre się przeżywa. Marynarska Dycha w środku sierpnia, w nadmorskim mieście, z dziećmi siedzącymi na ławce na trasie i mewami krzyczącymi nad głową — należała zdecydowanie do tych drugich. Tę dychę pamiętam, jakby była wczoraj.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Drewniane molo w porcie z zacumowanymi jachtami, buty biegowe na pomoście, błękitna woda, ciepłe sierpniowe słońce

Bieganie nad morzem ma w sobie coś, czego nie da się wytłumaczyć osobie, która biega tylko po lasach i parkach. Inne powietrze, inne światło, inny rytm. Stopa lekko wpada w piasek, słona bryza wygładza zmęczenie, a horyzont — ten pełen, niepoprzecinany niczym horyzont morski — robi z każdego kilometra coś więcej niż jednostkę dystansu. Tego sierpnia, kiedy wybraliśmy się we czwórkę nad Bałtyk na nasze coroczne wakacje, zapisałam się na lokalny bieg Marynarska Dycha dwa dni przed startem, na ostatnią chwilę, niemal przypadkiem. M. nawet nie próbował mnie odwodzić — wiedział, że jeśli widzę plakat z numerem na 10 km i mewą, to się zapiszę.

Dycha portowa to w wielu polskich nadmorskich miejscowościach klasyk lata — biegają je w Gdyni, Gdańsku, Świnoujściu, Sopocie, w mniejszych kurortach też. Klimat zawsze podobny: trasa wzdłuż nabrzeża, port w tle, jachty, statki spacerowe, mewy, bryza i ten specyficzny zapach mokrego drewna z wodorostami, którego się nigdy nie zapomina. Mój bieg, ten konkretny, odbywał się w niewielkim porcie, którego nazwy nie zdradzę, bo to nasze rodzinne miejsce — ale mogę powiedzieć, że trasa rozpoczynała się przy starym latarnia, prowadziła wzdłuż mola, dookoła basenu portowego i z powrotem.

Sierpniowy poranek — zapach soli i kawa w plastiku

Wstałam o szóstej, kiedy dzieci jeszcze spały. M. już parzył kawę w naszym wakacyjnym mieszkaniu — od dziesięciu lat to nasze sierpniowe miejsce, dwa pokoje w drewnianym domu pięć minut piechotą od plaży. Nadbałtyckie poranki w sierpniu są niezawodnie chłodne — szesnaście stopni o szóstej, mgła nad morzem, nieaktywni jeszcze sąsiedzi. Idealne na bieg.

Na balkonie założyłam koszulkę techniczną, krótkie spodenki, długie skarpetki, czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne (bo wiedziałam, że dziewiątą będzie już mocno świecić). M. miał plan: o ósmej trzydzieści zbudzi dzieci, zrobi im kanapki i razem z nimi przyjdzie na trasę około 6. kilometra, gdzie mieli mi kibicować z lodami w rękach. Plan się sprawdził w stu procentach. Z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę.

Strefa startu — szanty z głośnika i mewa nad numerem

Na start dotarłam kwadrans przed czasem. Zawodników było około trzystu osób — w tym ekipa chłopaków w marynarskich koszulkach z napisem klubu, sporo turystów (rozpoznasz po opaleniźnie i wystających strapach z plecaków), kilku miejscowych, którzy wyglądali, jakby ten bieg robili od dziesięciu lat. Z głośnika ustawionego przy stoliku organizatora leciała muzyka szantowa — tak, na biegu, na maleńkim porcie, słychać było „Hej, hej, ho, ho, kompasy się burzą". Taki klimat. Uśmiechnęłam się.

Numer startowy mocowałam na koszulkę, kiedy nad moją głową przeleciała mewa i krzyknęła tak, jakby celowo próbowała mnie wystraszyć. Wystraszyła. Numer wypadł mi z rąk, podniósł go starszy pan obok i powiedział: „dziewczyno, mewy tu rządzą, przyzwyczaj się". Roześmiałam się, podziękowałam, dopięłam numer. Pan ten — później dowiedziałam się, że nazywa się Janek i biega tę dychę od dziewiątej edycji — został moim trasowym aniołem stróżem na całe 10 km.

Trasa — drewno, sól, lina i bryza

Start o godzinie 9. Trasa wytyczona genialnie: pierwsze 1,5 km wzdłuż mola głównego, potem skręt w lewo wzdłuż basenu jachtowego, potem przez kamienne nabrzeże do końca portu, pętla wokół starej latarni, powrót drugą stroną basenu, wyjście na promenadę i ostatni odcinek 2 km wzdłuż plaży. Nawierzchnia mieszana — kostka brukowa, drewniane pomosty, asfalt na promenadzie, twardy piasek na ostatnim kilometrze. Za każdym razem czuć było inny rytm pod stopami.

Pierwsze trzy kilometry pobiegłam w grupce z Jankiem, w spokojnym tempie 5:50 na kilometr. Tłum kibiców — turyści z porannej kawy w hotelach, miejscowi ze szczotkowanymi psami, dzieci z balonami od organizatora — gęstniał na rogach trasy, znikał na prostych odcinkach. Mijałam dwa duże żaglowce zacumowane przy molu, flotyllę kajaków wystawionych na sezon, lodziarnię, której zapach świeżego waniliowego rożka w pełni zasmrodził mi pierwszą i drugą minutę szóstego kilometra (za co lodziarnia odpowie u mnie osobiście, ale ja nie zatrzymałam się — Magda się nie zatrzymuje na trasie).

Dycha nadmorska różni się od dychy parkowej tym, że co kilometr zmienia ci się scenografia. Asfalt, drewno, kostka, piasek. Cisza, mewy, szantowa muzyka, dzieci na rolkach. Zapach świeżego pieczywa, smażonej ryby, świeżej waniliowej waty cukrowej. Bieganie staje się zabawą wszystkimi zmysłami naraz, a 10 kilometrów leci tak, że nie chce ci się zatrzymać.— moja notatka z hotelowego ręcznika

Kilometr 6 — dzieci na ławce z lodami w rękach

Umówiliśmy się z M., że na 6. kilometrze będzie z dziećmi siedzieć na ławce naprzeciwko białego jachtu „Antares". Sprawdziłam ten punkt poprzedniego dnia — stała tam idealnie ustawiona ławka, z widokiem na basen portowy. Punkt był też niefelicznie blisko lodziarni (dwa kroki w bok), co M. wiedział i na co byłam mentalnie przygotowana.

Na 6. kilometrze zwolniłam, rozejrzałam się — i zobaczyłam ich. Cała trójka siedziała na ławce. Córka miała loda waniliowo-truskawkowego, syn — czekoladowego, M. — kawę w papierowym kubku. Dzieci zerwały się z ławki, kiedy mnie zobaczyły, zaczęły machać. Syn krzyknął: „MAMA, JESTEM DUMNY Z CIEBIE!" — frazę, której się nauczył od córki, która wymyśliła ją tej zimy, kiedy biegłam Bieg Tropem Wilczym. Córka uniosła loda do góry: „MAMA, JEDEN GRYZ?". Nie zatrzymałam się. Ale prawie.

M. patrzył na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem, którym zawsze patrzy w trakcie moich biegów — bez okrzyków, bez gestów, tylko skinieniem głowy i uniesionym kciukiem. Powiedział tylko „dawaj, kobieto". Pobiegłam dalej. Lod się topił córce na rękę przez kolejne pięć minut, jak mi potem opowiadała — bo zatrzymała się i patrzyła na mnie do końca prostej.

Kilometry 7-9 — promenada, słońce, wiatr w plecy

Od siódmego kilometra wiał lekki wiatr od morza w plecy — co dla biegacza nadmorskiego jest darem niebios. Tempo automatycznie wzrosło o 10 sekund na kilometr, choć ja nie czułam żadnej dodatkowej pracy. Mijałam Janka, który mi się trzymał z tyłu i krzyknął „kobieto, biegnij, ja cię w piasku dogonię". Mijałam parę turystów, którzy szli plażą i klaskali wszystkim przebiegającym zawodnikom. Mijałam panią z trzema labradorami na trzech smyczach, która chwilę walczyła ze swoimi psami, żeby nie wybiegli na trasę.

Kilometr 8 — najpiękniejszy odcinek całej dychy. Wyszłam na drewnianą platformę nad plażą, słońce już mocno wisiało nad morzem (godzina 9:35), woda lśniła aż bolało, plażowicze właśnie rozkładali parasole. Pomyślałam, że za godzinę my też będziemy tu rozkładać nasz parasol — i że to będzie idealne wakacyjne przedpołudnie. Bieganie jako przedśniadanie aktywne, jak kiedyś żartobliwie mówił M.

Ostatni kilometr — twardy piasek i meta przy latarni

Kilometr 9 to powrót na nabrzeże, kostka brukowa pod nogami, oddech zaczyna się rwać, ale wiesz, że to tylko 1000 metrów. Kilometr 10 — i tu organizatorzy zrobili mi prezent: ostatnie 600 metrów po twardym, ubitym piasku wzdłuż plaży, z metą przy starej latarni morskiej. Biegłam te 600 metrów nie patrząc na zegarek, tylko na latarnię — białą, z czerwonym pasem, ze stalowym balkonikiem na szczycie. Mewy nad głową. Dzieci gdzieś w tłumie krzyczące moje imię. M. zapewne z aparatem.

Metę przekroczyłam w czasie 57:42. Najszybsza dycha mojego życia, dosłownie o dwadzieścia sekund. Zegarek pisnął, ja podniosłam ramiona, fotograf zrobił zdjęcie (które potem kupiliśmy z M. za 30 zł, wisi nad biurkiem). Wolontariusz założył mi medal — drewniany krążek z wypaloną mewą i napisem „Marynarska Dycha". Drugi wolontariusz podał kubek wody, trzeci — świeży obwarzanek nadmorski (specjalność miejscowa, nie do dostania w żadnym sklepie poza tym portem). Usiadłam na stopniach latarni i jadłam ten obwarzanek tak, jakbym nie jadła od trzech dni.

Po biegu — plaża, parasol, rodzina i pierwsza fala

M. z dziećmi dotarli na metę 10 minut po mnie. Córka pierwsza dobiegła, krzyknęła „MAMA, ILE BYŁAŚ DZIEWCZYNA?" — frazę, której się nauczyła od dziadka, czyli mojego taty, biegacza. Pokazałam jej zegarek. „CO?! 57 MINUT?! TY JESTEŚ KOSMITKĄ". M. dotknął mojego ramienia, podał mi butelkę wody, powiedział tylko „Magda, najlepsza dycha". Wiedziałam.

Godzinę po mecie byliśmy już na plaży, w naszym ulubionym miejscu obok parasola, z kocem w paski i z koszem piknikowym. Dzieci ruszyły do morza, M. położył się na ręcznikach, ja w stroju kąpielowym z medalem na szyi (niezdejmowalnym tego dnia, tak jak po pierwszym moim biegu) wbiegłam w pierwszą falę. Słona woda na zmęczonych nogach. Zimny prąd, który odbiera oddech. Krzyknęłam, jak wszystkie dzieci wokoło. Bałtyk zna mnie już dwadzieścia parę lat, ale tego sierpnia poczułam się z nim po raz pierwszy naprawdę zaprzyjaźniona.

Co dycha nadmorska daje, czego nie da inny bieg

Gdyby ktoś zapytał, dlaczego polecam każdej biegaczce-mamie, żeby przynajmniej raz w życiu pobiegła biegu portowym lub nadmorskim, miałabym trzy odpowiedzi. Po pierwsze — klimat. Wakacyjny, lekki, bez napięcia. Mewy, szanty, lody, jachty, drewno pod stopami. To są te rzeczy, których nie ma na żadnym dystansie wewnątrzlądowym, a które robią z biegu zmysłowe wydarzenie. Po drugie — rodzina. Dycha nad morzem to idealny pretekst, żeby zabrać dzieci i męża, połączyć start z plażowaniem, zrobić z tego wakacyjny wieczór. M. z dziećmi na ławce z lodami w rękach to obraz, który mi został z tej dychy najmocniej. Po trzecie — pamięć. Bieg, który się odbywa w wakacyjnym kurorcie, nasiąka latem tak, że za pięć lat, kiedy w listopadzie będę leżała w domu z grypą, otworzę szafę, zobaczę drewniany medal z mewą i poczuję sól na języku.

Jeśli planujesz pierwszą dychę i lubisz morze — zacznij od portowej. Jeśli już biegasz dychy i szukasz czegoś nowego — dorzuć portową do listy. Polecam też mój wpis o tym, jak zakochać się w bieganiu, który napisałam właśnie po jednej z takich morskich dych. A jeśli planujesz wakacje nad Bałtykiem z dzieciakami i nie wiesz, gdzie jechać, zawsze polecam — z całego serca — nasze sprawdzone miejsce nad morzem.

Do zobaczenia za rok, na metanu pod latarnią. Z medalem mewy na szyi i obwarzankiem w dłoni. Bieg Marynarska Dycha to prezent, który robisz sobie samej i swojemu lecie.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Czy bieg nad morzem jest trudniejszy od biegu w lesie?

Częściowo trudniejszy, częściowo łatwiejszy. Trudniejsze: zmienna nawierzchnia (kostka, drewno, asfalt, piasek), wiatr od morza, czasem mocne słońce odbite od wody. Łatwiejsze: ciekawsze otoczenie, więcej tlenu, niższa temperatura nad samym brzegiem (zwykle 2–4 stopnie chłodniej niż w głębi miasta), świetna mineralizacja powietrza. Generalny wniosek: dycha nad morzem leci szybciej psychologicznie, choć fizycznie wymaga trochę większej dynamiki. Polecam — zwłaszcza na pierwszy nadmorski start.

Jak się ubrać na sierpniową dychę nad morzem?

Lekko, ale przewidująco. Koszulka techniczna z krótkim rękawem (nie bawełna!), krótkie spodenki, długie skarpetki za kostkę, czapka z daszkiem (obowiązkowo — słońce nad wodą daje mocno), okulary przeciwsłoneczne na trasy z odbiciem od wody. Mam też zawsze cienki pot na uszy, bo poranna bryza w sierpniu nad Bałtykiem potrafi być chłodna. Krem z filtrem na ramiona i kark — minimum SPF 30, najlepiej sportowy, który nie zlewa się z potem. Buty — sprawdzone, w niczym nowym.

Czy mogę zabrać dzieci na bieg portowy jako kibiców?

Idealnie. Trasy biegów nadmorskich są zwykle przyjazne dla rodzin — wzdłuż promenady, basenów portowych, plaż. Dzieci mogą siedzieć na ławce, jeść lody, machać do mamy lub taty na trasie. M. z naszymi dwójką zawsze ustawia się w jednym, ustalonym wcześniej punkcie — to ułatwia rozpoznanie. Kup im wcześniej balon w kolorze, którego nikt nie ma, łatwiej będziesz ich rozpoznawać na trasie. I lody — zawsze lody. To rytuał.

Ile kosztuje wpisowe na lokalną dychę nadmorską?

Zwykle 40–80 zł w zależności od momentu rejestracji (im wcześniej, tym taniej). W cenie: numer startowy, koszulka biegowa (często z marynarskim motywem), drewniany medal po przekroczeniu mety, obwarzanek/kanapka z bufetu, kawa. Niektóre większe biegi (np. w Sopocie) kosztują 90–120 zł, ale dają w zamian profesjonalny pomiar czasu, lepszy pakiet i pamiątkowy ręcznik. Dycha lokalna, robiona przez miejscowy klub, ma zwykle najlepszy klimat za najmniejsze pieniądze.