Bieganie 8 marca 2025 6 min czytania 907 wyświetleń

Bieg Tropem Wilczym — pobiegłam z M. i siedmiolatką, a las pamiętał za nas

Pierwszego marca zwykle myślę o tym, że już prawie wiosna. W tym roku po raz pierwszy myślałam o czymś innym — o ludziach, którzy zginęli, kiedy moich rodziców jeszcze nie było na świecie. Pobiegłam z M. i z naszą siedmiolatką 1963 metry, w mglisty poranek, na lokalnej trasie, z numerem startowym przyszytym do polara.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Czerwony numer startowy biegu pamięci, polska flaga w oddali, mglisty las wczesną wiosną

Nie wiem, czy się domyśliłam, dlaczego akurat 1963 metry. Wiem za to, że jak po raz pierwszy zobaczyłam ten dystans w regulaminie biegu, otworzyłam Wikipedię i przeczytałam, że tylu metrów to symbol roku, w którym zginął Józef Franczak „Lalek" — ostatni żołnierz wyklęty, najdłużej ukrywający się w polskich lasach. Zamknęłam laptopa i siedziałam jeszcze chwilę przy stole. Myślałam, że to właśnie z tych dystansów, których nie da się przebiec na rekord, tylko trzeba przeżyć — wyrasta sens biegania.

Do Biegu Tropem Wilczym zapisałam się trzy tygodnie wcześniej, razem z M. Na pomysł, żeby zabrać córkę, wpadliśmy dwa tygodnie później — bo siedmiolatka, która już jeden zimowy bieg obejrzała z ławki, powiedziała wieczorem przy kolacji „a może ja też pobiegnę?". Czteroletni syn został z dziadkami, bo na 1963 metry przy minus dwóch stopniach jeszcze za wcześnie. Tak nas pierwszego marca było troje na linii startu — w lokalnej, malutkiej edycji, w polu obok lasu, w mgle gęstej jak masło.

Co to jest Bieg Tropem Wilczym i dlaczego warto

Bieg Tropem Wilczym to coroczna inicjatywa Fundacji Wolność i Demokracja, biegana w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych — pierwszego marca. Pierwsza edycja odbyła się w 2013 roku, dziś bieg odbywa się w setkach lokalizacji w Polsce i kilkudziesięciu na świecie. Dystans symboliczny: 1963 metry — od roku śmierci ostatniego żołnierza wyklętego. Niektóre edycje oferują też dłuższy dystans, 5 km, dla ambitniejszych. To bieg pamięci, nie wyścig — w regulaminie nawet napisali, że czas się nie liczy.

W naszej małej miejscowości edycję organizuje miejscowy klub biegowy razem z parafią i szkołą. Trasa wytyczona w polach za szkołą podstawową, mała pętla wokół starego cmentarza, potem przez las do polnej drogi i z powrotem. Numery startowe rozdawane od godziny 9, start o 11. Wpisowe — symboliczne 25 zł, z czego część szła na opiekę nad weteranami. Otrzymaliśmy z M. i z córką trzy koszulki w barwach polskich z wilczym tropem na piersi. Córka nie zdjęła swojej przez tydzień.

Wieczór przed — rozmowa, której się nie spodziewałam

W sobotę wieczorem, gdy układałam dzieciom bajki, córka zapytała: „mama, a kim byli żołnierze wyklęci?". Zaskoczyła mnie. Miałam zaplanowaną odpowiedź na „czemu mama biegnie tak krótko?", ale nie na to. Powiedziałam jej tyle, ile umiałam dla siedmiolatki — że to byli polscy żołnierze, którzy walczyli o wolność dla Polski, kiedy wojna już się skończyła, ale dla nich się nie skończyła. Że ukrywali się w lasach, że ich szukano, że niektórzy zginęli. Że dziś biegamy, żeby ich pamiętać.

Milczała chwilę. Potem powiedziała: „to my pobiegniemy za nich, prawda?". Tak, mała. My pobiegniemy za nich. Pocałowałam ją w czoło, zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni, gdzie M. siedział z herbatą. „Słyszałeś?" — zapytałam. Słyszał. Pokiwał głową, podał mi kubek i powiedział tylko „dobrze, że zabieramy ją na to". Tej nocy spałam pierwszy raz od tygodnia bez wybudzania się.

Poranek startu — mgła, polar, polska flaga

Wstałam o szóstej, choć start był o jedenastej. Nawyk po latach biegania — przed zawodami nie umiem spać, nawet jeśli to są zawody bez czasu. Na śniadanie owsianka, banan, kawa. Córka dostała kakao i kanapkę z miodem. M. tylko kawę i tost, jak zawsze. Wyjechaliśmy o 9:30, w drodze do szkoły mijaliśmy domy, na których wisiały biało-czerwone flagi — tego dnia jedyny dzień w roku poza 11 listopada i 3 maja, kiedy widać je w naszej okolicy.

Na parkingu przy szkole panowała mgła i zaduch z grilla, na którym ktoś już piekł kiełbaski. Stoiska z herbatą, stół z portretami żołnierzy wyklętych — Witold Pilecki, Danuta Siedzikówna „Inka", Hieronim Dekutowski „Zapora". Córka stanęła przed zdjęciem dziewczyny w mundurze i zapytała szeptem: „mamo, ona była młoda?". Tak, mała, była młoda. Miała siedemnaście lat. Córka długo na nią patrzyła. Nigdy nie zapomnę tej chwili.

Linia startu — siedemdziesiąt osób w mgle

Na starcie zebrało się około siedemdziesięciu osób. Pełen przekrój małego miasteczka: starsi panowie w wełnianych czapkach (jeden, jak się okazało, sam służył w wojsku), kilkanaście rodzin z dziećmi, biegacze z lokalnego klubu w czerwonych koszulkach, młodzież z liceum z flagami, kobiety w średnim wieku z różowymi opaskami. Klimat raczej apelu niż zawodów. Najpierw odśpiewaliśmy hymn — siedem zwrotek, w których głosy zbierały się i opadały, a mgła zatrzymywała każde słowo. Potem ksiądz odmówił krótką modlitwę za poległych. Potem starter — pan w mundurze galowym — krzyknął „na trasie żołnierzy wyklętych — biegniemy!".

Córka stała między nami z dłonią w mojej dłoni. Numer startowy miała przyszyty do różowego polara, czapkę naciągnęła na brwi. Spojrzała na M. i na mnie i powiedziała: „nie biegnijcie szybko, bo mam krótkie nogi". Obiecaliśmy. Trzymaliśmy słowo do końca.

Trasa — 1963 metry pełne ciszy

Pobiegliśmy spokojnie, gdzieś w środku stawki. Lokalne dzieciaki wyrwały do przodu jak pociski, starsi panowie ustawili się z tyłu i szli swoim rytmem. Nasza trójka — środek peletonu. Pierwszy kilometr: pole, lekko podmokłe po nocnych przymrozkach, błoto na butach (córki najmocniej, bo akurat trafiała w każdą kałużę). Mijaliśmy starą kapliczkę, przy której stała kobieta z miejscowej rady, machając do biegaczy biało-czerwoną chorągiewką.

Drugi odcinek przez las — i tu coś się zmieniło. Las był cichy. Ani szczeknięcia psa, ani warkotu samochodu, ani głosu z dalszej trasy. Tylko nasze trzy oddechy i rytm stóp. Las pamiętał — to była głupia, sentymentalna myśl, która mi przyszła do głowy w połowie pętli, ale czuję ją do dziś. Las polski, w którym przed siedemdziesięcioma laty ukrywali się ludzie, których właśnie biegliśmy uczcić, patrzył na nas tym samym mchem, tymi samymi sosnami, tym samym poszyciem. Ścisnęłam córce dłoń mocniej. Powiedziała tylko „mama, ja widzę śnieg na gałęzi".

Kilometr półtora — wyjście z lasu na polną drogę, ostatnie 400 metrów do mety. Córka się zatrzymała, popatrzyła na nas i powiedziała: „a teraz biegniemy szybko". I pobiegliśmy. Wszystkie trzy pary nóg w jednym tempie, mgła ciągnęła się za nami jak smyczka, M. trzymał jej drugą rękę. Tak właśnie w Bieg Tropem Wilczym, na 1963 metrze, ujrzeliśmy łuk mety — biało-czerwoną wstęgę między dwiema sosnami, postawioną przez chłopaków z ZHR.

Meta — herbata, medal, mężczyzna w mundurze

Na mecie stał starszy pan w mundurze polskiego wojska — autentycznym, z odznaczeniami. Zakładał medale dzieciom osobiście. Córka podeszła pierwsza, on się ugiął na kolano, powiesił jej medal na szyi i powiedział: „dziewczynko, biegłaś za swojego pradziadka, czy wiesz?". Ona popatrzyła na niego, na nas, znów na niego, i odpowiedziała szeptem „tak, panie wojskowy". Pan otarł oko ze łzy, ja otarłam ze swojego, M. udawał, że poprawia czapkę.

Potem była gorąca herbata z cytryną i miodem, kiełbaska z grilla (do kawy nie zwykle, ale ten raz) i bigos z polowej kuchni, którego nasza córka zjadła pół miski, choć normalnie nie tknie. M. pogadał z chłopakami z miejscowego klubu, ja stałam pod sosną i patrzyłam na ludzi. Wszyscy uśmiechnięci, ale w tle ten poważny rys — bo każdy wiedział, dlaczego tu jest. To nie były żadne triumfalne zawody. To było zebranie, którego nie zorganizujesz w sali konferencyjnej.

Bieg za kogoś, kogo nigdy nie poznałaś, jest dziwny tylko teoretycznie. W praktyce — w lesie, w mgle, z dłonią dziecka w swojej dłoni — nagle ma sens, którego nie umiem nazwać. Wtedy, na 1963 metrze, zrozumiałam, czemu od dwunastu lat to robią w stu miejscach Polski.— moja notatka z poniedziałku po biegu

Co zostaje z 1963 metrów

Kilka dni po biegu córka, przed snem, zapytała: „mamo, a kiedy znowu pobiegniemy za tych żołnierzy?". Odpowiedziałam: „za rok, mała, za rok". Powiedziała: „to dobrze, bo ja chcę znowu". Spałam tę noc lekko, a następnego dnia zapisałam w kalendarzu w telefonie — pierwszy marca przyszłego roku. Bieg Tropem Wilczym wszedł u nas na stałe.

Na razie wisi w przedpokoju nasza trójka medali — taki sam dla mnie, dla M. i dla córki. Czerwone wstążeczki, biały orzeł, wilczy trop. Obok, na kartce wyrwanej z zeszytu, córka napisała kredkami: „BIEG ZA POLAKOW". Zostaje. Tego się nie ściąga.

Jeśli jeszcze nie znasz tej tradycji — sprawdź, czy w twoim mieście organizują lokalną edycję. Jeśli masz dziecko powyżej szóstego roku życia, zabierz je. To nie jest bieg dla wyniku, to nie jest bieg dla zegarka, to jest bieg dla tego, żeby być razem i pamiętać. Polecam też, jeśli ten klimat ci leży, mój wpis o tym, jak hartować dzieci — bo ten pierwszy zimowy start to dla siedmiolatki było małe hartowanie. A jeśli jesteś dorosłym biegaczem, który chce się dopiero zacząć, podstawy znajdziesz w błędach początkującego biegacza i w moim tekście o tym, czemu biegam.

Do zobaczenia za rok, na linii startu. Może spotkamy się we mgle, między sosnami, z dłonią dziecka w dłoni. Bieg Tropem Wilczym to chyba jedyny bieg, na którym czas naprawdę nie ma znaczenia.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Czemu właśnie 1963 metry?

Bo to symboliczna liczba — rok 1963 to data śmierci Józefa Franczaka „Lalka", ostatniego żołnierza wyklętego, który ukrywał się w polskich lasach od końca wojny aż do października 1963 roku. Bieg Tropem Wilczym zaczął się w 2013 roku jako sposób na uczczenie tego pokolenia. W większych edycjach jest też dystans 5 km, ale 1963 m to dystans rdzeniowy — przebiegnie go nawet siedmiolatek z mamą za rękę.

Czy mogę zabrać dziecko na Bieg Tropem Wilczym?

Tak, gorąco polecam — od mniej więcej szóstego, siódmego roku życia. Dystans 1963 m to dla zdrowego dziecka spokojny spacer-trucht z rodzicami, organizatorzy nie mierzą czasu dla dzieci, a klimat (hymn, modlitwa, portrety bohaterów) jest dobrym pretekstem do rozmowy o historii w domu. Maluchy poniżej 5 lat lepiej zostawić u dziadków — marcowe poranki bywają -2/+3 stopnie i mgła robi swoje.

Czy bieg Tropem Wilczym ma swój czas?

Z założenia — czas się nie liczy. To bieg pamięci, nie wyścig. W regulaminie wprost napisane, że to nie zawody, tylko forma uczczenia żołnierzy wyklętych. W większych miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław) niektóre edycje robią pomiar czasu dla 5 km, ale na 1963 m wszędzie jest jedno: przebiec, dotrzeć, pamiętać. Ze względu na to klimat jest zupełnie inny niż na zwykłej dysze — żadnego ścigania się, dużo rodzin, kombatanci, harcerze.