Trzy lata temu po pierwszym wspólnym wyjeździe na wakacje (Łeba, ośmioro nas plus dziadkowie, w jednym pensjonacie) M. powiedział wieczorem: „Magda, jeśli chcemy kiedyś własny dom z ogrodem, musimy zacząć patrzeć na liczby". Zostały mi te jego słowa w głowie. Wróciliśmy z wakacji, usiedliśmy z notatnikiem i zaczęliśmy spisywać, na co naprawdę idą nam pieniądze. Z tego ćwiczenia, które robiliśmy potem co miesiąc przez rok, zrodził się nasz domowy system oszczędzania. Nie nazwę go „budżetem", bo brzmi to korpomowo. Nazwałabym go raczej świadomym życiem z dwójką dzieci — i o nim chcę dziś napisać.
Uprzedzam: nie jestem coachem oszczędzania. Nie sprzedaję ci kursu, nie mam afiliacji do żadnej apki. Jestem mamą, która prowadzi z mężem dom z dwójką dzieci i postanowiła, że nie będziemy żyć od pensji do pensji. To wszystko. Ale po dwóch latach mamy uzbierany realny fundusz na nieprzewidziane wydatki, drugą połowę roku finansujemy z oszczędności pierwszej, a raz w roku jeździmy na porządne wakacje (pisałam o naszych wakacjach nad morzem i weekendzie na Mazurach). Działa.
Gotowanie w domu — oszczędność absurdalnie wielka
To jest pozycja numer jeden, której najmocniej żałuję, że nie wprowadziliśmy wcześniej. Gotowanie w domu zamiast jedzenia na mieście to dla rodziny czteroosobowej oszczędność około 800-1200 zł miesięcznie. Tak, tysiąc złotych. Liczyłam to na kalkulatorze i serce mi się ścisnęło, ile lat tego nie robiliśmy.
Wcześniej u nas było tak: w sobotę wpadało nam „a chodźmy na pizzę" (180 zł), w niedzielę „zamówmy sushi" (140 zł), w środku tygodnia raz na dwa tygodnie restauracja (200 zł), McDonald w drodze do dziadków (60 zł). Łatwo nazbiera się 600 zł na sam jedzeniowy dorzut do tygodnia. Plus impuls przy kasie w Lidlu — ta rzecz na promocji, której nie planowaliśmy, ten ser drogi, te oliwki włoskie. Przeliczyłam i wyszło mi w pierwszym miesiącu, że jedzenie poza domem zżerało nam 1100 zł.
Dziś gotujemy w domu 5 obiadów w tygodniu, jeden zamawiamy, jeden idziemy na obiad do mamy/teściowej. Mam swoje zaufane przepisy, które robię na rotacji — i nie chodzi o to, żeby być Magdą Gessler. Chodzi o to, żeby było zjadalne i tanie. Mój żelazny repertuar to:
- Domowy chleb pieczony w piątek wieczorem (zostaje na cały weekend, pisałam o tym we wpisie pyszny domowy chleb) — koszt 4 zł zamiast 14 zł za chleb w piekarni.
- Zupa pomidorowa z makaronem (przepis tutaj) — 8 zł na cały dzień dla czterech osób.
- Zapiekanka ryżowa (tutaj mój przepis) — godzina pracy, jedzenie na 2 dni, koszt poniżej 15 zł.
- Domowa czekolada na śniadania (przepis tutaj) — działa jak Nutella, kosztuje 1/3 ceny.
- Domowe batony musli na drugie śniadanie (mój sposób tutaj) — 12 sztuk za cenę 3 z półki.
To nie jest filozofia „żyj minimalistycznie". To jest zwykłe gotowanie. Każda mama je umie, tylko trzeba sobie zorganizować czas i nie iść na łatwiznę. Gdy w piątek po pracy myślimy „nie będę gotować", przypominam sobie te 1100 zł. To pomaga.
Ubrania z drugiej ręki — Vinted, OLX, koleżanki
Praktycznie wszystkie ubrania moich dzieci kupuję z drugiej ręki. Vinted to mój ulubiony sklep — paczka używanej odzieży za 100-150 zł daje komplet na cały sezon: 5 t-shirtów, 3 pary spodni, sweter, bluzę. W sklepie nowe to byłoby 600-700 zł. Bo dzieci rosną — sweter za 80 zł nosi 4 miesiące i sprzedaje się go potem za 25 zł. Ja wolę kupić ten sam sweter za 25 zł i sprzedać dalej za 20 zł. Strata 5 zł zamiast 60 zł.
Mam też „koleżanki garderobiane" — trzy mamy z biegowego klubu, których dzieci są starsze. Co sezon dostaję od nich worki ubrań za darmo, bo wiedzą, że kiedyś podam dalej. Łańcuszek garderobiany — patent, który ratuje budżety całej grupy. Z M. mamy zasadę: nowe są tylko buty, kurtka zimowa i bielizna. Reszta z drugiej ręki — i nikt nigdy nie zauważył.
Zabawki na rotacji — najlepszy patent dla domu z dziećmi
To mój ulubiony chwyt psychologiczny i finansowy w jednym. Co kilka tygodni chowam w pudle 1/3 zabawek, których dzieci ostatnio nie używały. Pudło wędruje na pawlacz. Po 3-4 tygodniach wymieniam je na inne pudło z pawlacza — i dzieci witają „starą" zabawkę jak nową, „o, klocki!", „o, pociąg!" — z entuzjazmem rezerwowanym normalnie dla świątecznych prezentów.
Działamy z M. tym sposobem od dwóch lat i zauważamy, że potrzebujemy kupować mniej nowych zabawek. Zamiast pędzić co tydzień po nowy klocek z Lidla, wystarczy raz na miesiąc wymienić pudła. Nasz syn naprawdę nie zauważył, że jego „nowe" auto leżało w pudle przez cztery tygodnie. Dla niego jest nowe. I dla naszego portfela to jest złoto.
Polecam też mój wpis o tipi w salonie — to inwestycja jednorazowa, ale daje dzieciom rok zabawy. Lepsze niż kupować dziesięć małych zabawek za tę samą cenę.
Planowanie posiłków na tydzień — niespodziewany game changer
Jeden z moich największych skoków w oszczędzaniu wziął się stąd, że zaczęłam planować posiłki na cały tydzień w niedzielę wieczorem. Brzmi banalnie, prawda? Ale realna różnica jest taka: nie chodzę po sklepie na ślepo, nie kupuję rzeczy „na wszelki wypadek", nie wracam codziennie do sklepu po kolejny składnik.
System prosty. Niedziela wieczorem — kalendarz na lodówce, wpisuję obiady na 7 dni (zapiekanka ryżowa, zupa pomidorowa, pierogi z mrożonki, kotleciki, chleb pieczony + resztkówka, niedziela u teściowej). Pod spodem lista zakupów pasująca do obiadów. Sklep raz, w sobotę rano. Efekt: w pierwszym miesiącu 1400 zł zamiast 1900 zł. Pięćset złotych zniknęło z impulsów. Dzieci jadły to samo, ja nie kupowałam dziwnych dżemów na promocji, które stały rok i lądowały w koszu.
Drobne nawyki, które się dodają
Każdy z osobna daje 50-100 zł oszczędności: termos kawy zamiast kawiarnianej (1 zł vs 12-18 zł — dla M. dojeżdżającego do pracy to 200-300 zł miesięcznie), zasada 24 godzin przed zakupem „tanich okazji" (w 80% przypadków po dobie odpuszczam), automatyczny przelew 200 zł na osobne konto „edukacja dzieci" (po roku 2400 zł, których inaczej bym nie zaoszczędziła), zmiana operatora telefonicznego co dwa lata (rachunek niższy o 70 zł), podwórko zamiast sali zabaw (las, kamienie i kasztany dla 4-latka — godziny zabawy za darmo, sala zabaw 60 zł na dwie godziny).
Czego nie odpuszczamy — ważna granica
To jest moja zasada, którą chcę powiedzieć głośno: oszczędzamy, ale nie żałujemy. Nie jesteśmy minimalistami, nie liczymy każdej złotówki, nie odbieramy dzieciom radości. Są rzeczy, na których z M. nie oszczędzamy nigdy:
- Wakacje raz w roku — nawet skromne, ale prawdziwe. Tydzień nad morzem to dla nas inwestycja w pamięć, której nie kupisz na promocji. Pisałam o naszych ostatnich wakacjach nad morzem i podróży z dzieckiem.
- Ubezpieczenie zdrowotne dla całej rodziny — gdy pediatra prywatny kosztuje 200 zł za wizytę, ubezpieczenie z dostępem do specjalistów się opłaca.
- Książki dla dzieci — kupuję pełną cenę, bez wahania. Książka jest inwestycją w mózg dziecka. Jeśli już oszczędzamy, to na zabawkach plastikowych, nie na książkach.
- Buty dziecięce — porządne, nowe. Stopa się formuje raz, przez całe życie. Tu nie oszczędzamy, kropka.
- Czas wolny dla mnie i dla M. — cotygodniowy bieg, raz w miesiącu wyjście dla pary. To nie luksus, to inwestycja w sanity rodziny. Pisałam o tym przy okazji odporności mamy i matka da radę.
Oszczędzanie nie polega na odbieraniu sobie życia. Polega na świadomym wyborze, na co chcesz wydać pieniądze.— moja konkluzja po dwóch latach życia z domowym budżetem
Filozofia: wybór, nie zakaz
Na koniec coś, co lubię u siebie najbardziej. Pisałam o tym kiedyś szerzej w tekście wybór, nie zakaz — i dotyczy to też pieniędzy. Oszczędzanie u nas to nie „nie wolno wydawać", tylko „wybieramy świadomie, na co wydać". Różnica jest niewielka w słowach, ale ogromna w psychologii. Gdy idę do sklepu i widzę coś, czego pragnę, nie mówię sobie „nie". Mówię sobie „czy to jest ważne?". I jeśli odpowiedź brzmi nie — nie kupuję. A jeśli tak — kupuję bez wyrzutów sumienia. Bo budżet to przewiduje.
Mam jeszcze jedno: pisałam już szczegółowo o tym, ile kosztuje przedszkolak — i to jest dobry punkt wyjścia, jeśli zastanawiasz się, czy stać was na drugie dziecko. Albo na to drugie się dopiero przygotowujesz. Spójrz spokojnie na liczby, daj sobie miesiąc na ogarnięcie wydatków, znajdź swoje 3-4 trzymające się pomysły z mojej listy i je wdroż. Nie wszystko naraz. Krok po kroku.
Po dwóch latach żyjemy oszczędniej, ale lepiej. Mamy więcej czasu razem (gotowanie się okazało rytuałem rodzinnym, wszyscy w kuchni), mniej rzeczy w domu (zabawki na rotacji bardzo nas wyciszyły), a nasz fundusz „dom za pięć lat" rośnie o 1500 zł miesięcznie. Pięć lat × 12 miesięcy × 1500 zł = 90 tysięcy złotych. To jest realny zadatek na dom z ogrodem. Bez wygrania w totka, bez awansów, bez magii. Tylko z pięciu trzymających się pomysłów i konsekwencji.
Większa miłość, mniej stresu, więcej spokoju w portfelu. Też lubię swoje dzieci (pisałam o tym tutaj) — i jednym ze sposobów lubienia dzieci jest budowanie im przyszłości spokojniejszej niż nasza. Tak właśnie ja to widzę.
Najczęstsze pytania
Jak żyć oszczędnie z dwójką dzieci, nie czując że się żałuje sobie?
Klucz to filozofia „wybór, nie zakaz". Nie mówisz sobie „nie wolno", tylko świadomie wybierasz, na co wydać pieniądze. U mnie działa pięć rzeczy: gotowanie w domu zamiast jedzenia na mieście, ubrania z drugiej ręki dla dzieci, planowanie posiłków na tydzień, zabawki na rotacji (chowanie i wyciąganie), drobne nawyki (termos kawy, 24 godziny przed zakupem, automatyczny przelew na konto oszczędnościowe). Razem to oszczędność 1500-2000 zł miesięcznie.
Ile można zaoszczędzić gotując w domu zamiast jedzenia na mieście?
Dla rodziny czteroosobowej realnie 800-1200 zł miesięcznie. U nas wcześniej 1100 zł szło na pizze, sushi, restauracje i drobiazgi z kawiarni. Po wprowadzeniu zasady „5 obiadów w domu, 1 zamówiony, 1 u rodziny" budżet jedzeniowy spadł o tysiąc złotych. Klucz to mieć żelazny repertuar 7-10 sprawdzonych przepisów, których nie trzeba wymyślać — robi się je na rotacji.
Czy ubrania z drugiej ręki to dobre rozwiązanie dla dzieci?
Tak, absolutnie. Dziecko nosi sweter przez 4 miesiące i go wyrasta — czy kupisz nowy za 80 zł, czy używany za 25 zł, efekt jest ten sam, a strata finansowa pięciokrotnie mniejsza. Vinted, OLX i wymiana z koleżankami z grupy mam to mój ulubiony patent. Nowe kupuję tylko: buty, kurtkę zimową, bieliznę. Reszta z drugiej ręki — i nikt nigdy nie zauważy.
Co to jest zasada zabawek na rotacji?
Co kilka tygodni chowam 1/3 zabawek dziecka w pudle na pawlacz. Po 3-4 tygodniach wymieniam pudło na inne. Dzieci witają „starą" zabawkę jak nową — „o, klocki!" — z entuzjazmem rezerwowanym dla świątecznych prezentów. Dzięki temu kupujemy 70% mniej nowych zabawek. Dziecko nie zauważa, że to nie nowy klocek — dla niego jest nowy, bo go nie widziało od miesiąca. Najlepszy chwyt psychologiczno-finansowy, jaki znam.
Jak planować posiłki na tydzień, żeby zaoszczędzić?
Niedziela wieczorem — siadam z kalendarzem i wpisuję obiady na 7 dni. Pod spodem lista zakupów dokładnie pasująca do tych obiadów. Idę do sklepu raz w sobotę rano, kupuję tylko to, co jest na liście. Efekt: z 1900 zł na zakupy spadliśmy do 1400 zł miesięcznie — pięćset złotych zniknęło z impulsów typu „o, ten dżem na promocji". Plan na tydzień to najbardziej niedoceniany sposób oszczędzania.
Na czym NIE oszczędzać przy dwójce dzieci?
Moje granice: wakacje raz w roku (chociażby skromne — to inwestycja w pamięć), ubezpieczenie zdrowotne (prywatny pediatra to 200 zł za wizytę, ubezpieczenie się opłaca), książki dla dzieci (inwestycja w mózg, kupujemy w pełnej cenie), dobre buty dziecięce (stopa formuje się raz na całe życie), czas wolny dla siebie i partnera (cotygodniowy bieg, raz w miesiącu wyjście pary — to nie luksus, to inwestycja w sanity rodziny).