Wczoraj, w czwartek po południu, mój czterolatek przykucnął na chodniku i zapatrzył się w mrówkę. Przez prawie dwie minuty. Patrzył, jak ona idzie po krawężniku, niesie okruch, znika w szczelinie. Ja stałam obok, z plecakiem na ramieniu, listą zakupów w głowie i myślą „muszę jeszcze odebrać córkę za 20 minut" — i dosłownie zaśmiałam się sama do siebie, bo zorientowałam się, że on jest tu, a ja jestem już przy odbiorze córki. On widzi mrówkę. Ja widzę godzinę. Pytanie, kto z nas ma w tej chwili lepiej.
To nie jest pierwszy taki moment. Po siedmiu latach bycia mamą — najpierw córki, potem syna — zauważyłam, że to nie ja jestem nauczycielką w tym domu, tylko uczennicą. Co prawda dziećmi nadal się opiekuję, dziećmi trzeba kierować, dzieciom trzeba czasem powiedzieć „nie" i posłać do łóżka. Ale na poziomie głębszym — to ja uczę się od nich, nie one ode mnie. Cztery lekcje, które wyniosłam z tych siedmiu lat, opisuję poniżej. Każda z nich naprawdę zmieniła to, jak żyję jako trzydziestopięcioletnia kobieta.
Lekcja pierwsza: bycie tutaj, nie tam
Mój syn nie ma problemu z teraźniejszością. On nie ma jutra w głowie. Nie planuje wieczoru, nie martwi się piątkiem, nie liczy dni do urodzin (no dobra, ostatnio liczy — bo zbliżają się piąte i koniecznie chce traktor). Ale w 95% dnia jest po prostu tu. Ja, w tym samym czasie, jestem albo we wczorajszym mailu od księgowej, albo w jutrzejszym terminie z dentystą.
To była dla mnie najtrudniejsza obserwacja, bo przez lata uważałam swoją „dorosłą wielowątkowość" za zaletę. „Robię śniadanie i jednocześnie myślę o pracy" — myślałam, że to dobrze. Tymczasem mój syn zjadł śniadanie powoli, rozsmakowując się w każdym kęsie naleśnika z dżemem, i potem powiedział „mamo, naleśnik mi smakował". Ja nie pamiętałam, jak smakował mój. Zjedłam go, nie czując go.
Dziś ćwiczę z synem coś, co nazywam „sekundami obecności". Kiedy on przykuca przy mrówce — ja przykucam obok. Bez telefonu w ręku. Bez listy zakupów. Bez planowania kolacji. Patrzę na mrówkę. Tyle. Po dwóch minutach idziemy dalej. Dwie minuty obecności w ciągu dnia są więcej warte niż osiem godzin udawania, że się jest tu, a w głowie być wszędzie indziej. Tę lekcję dał mi czterolatek. Nie nauczyciel mindfulness. Nie kurs medytacji. Czterolatek, który nie zna nawet słowa „uważność" — i dlatego ją ma.
Lekcja druga: pytaj „dlaczego" — i nie wstydź się
Moja siedmioletnia córka pyta około stu razy dziennie. „Mamo, dlaczego liście jesienią są żółte? Dlaczego po deszczu pachnie tak ziemia? Dlaczego babcia mówi do dziadka »nasiadeku«? Dlaczego jeden ptak siedzi na drucie, a drugi nie? Dlaczego ja muszę chodzić do szkoły, a tata nie? Dlaczego owoce gniją? Dlaczego serce bije? Dlaczego jest niebo?" I tak w kółko, od śniadania do kolacji.
To bywa wykończające. Czasem mówię jej „córcia, daj mi pięć minut spokoju". Ale w głębi duszy wiem, że ona robi coś, czego ja przestałam robić jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Dorośli przestają pytać „dlaczego" — bo:
- Wstydzą się, że nie wiedzą.
- Boją się, że pytanie zdradzi ich niekompetencję.
- Przyjmują rzeczy „na słowo", bo szybciej.
- Uważają, że dorosły to ten, kto wie — a zatem pytanie jest cofnięciem się do dzieciństwa.
To wszystko bzdura. Najmądrzejsi ludzie, których w życiu poznałam, pytali „dlaczego" częściej niż przeciętni — i nie mieli z tym żadnego problemu. Mój dziadek, kiedy żył, pytał lekarzy „doktorze, dlaczego" przy każdej receptce. Często wracał z gabinetu z dodatkową wiedzą, której inni pacjenci nie dostali — bo nie zapytali. Moja córka pyta „dlaczego" na fizyce w drugiej klasie i jej nauczycielka uwielbia te pytania, bo czasem ona sama nie zna odpowiedzi i razem szukają.
Dziś, w pracy (gdy raz na jakiś czas mam zlecenie), zaczynam zadawać głupie pytania bez krępacji. „Przepraszam, czemu robimy to akurat tak?". „Co znaczy ten skrót?". „Dlaczego nie inaczej?". Połowa moich najlepszych zawodowych pomysłów wzięła się z pytań, których wcześniej bałam się zadać. Nauczyła mnie tego siedmiolatka, która jeszcze nie wie, że dorośli wstydzą się nie wiedzieć. Niech się jak najdłużej tego nie dowie.
Lekcja trzecia: kłótnia trwa dwie minuty, potem się przytulamy
Kłócili się wczoraj jak rzadko. Hania kategorycznie nie zgadzała się dać synowi swojej różowej kredki. Syn wrzasnął, że „zniszczę twój domek lego", ona krzyknęła „a ja powiem mamie, że ukradłeś rajstopki babci na bałwana!". Stałam w drzwiach pokoju i myślałam, że to się skończy łzami i godzinną interwencją dyplomatyczną.
Dwie minuty później siedzieli razem na podłodze i razem rysowali różową kredką. Nie potrafię tego wyjaśnić. Albo raczej — potrafię, ale lekcja jest dla mnie. Dzieci kłócą się i wybaczają w zupełnie innej skali czasowej niż dorośli. Konflikt — wybuch — chwila — wybaczenie — powrót do zabawy. Cały cykl: 3 minuty.
Dorośli? Konflikt z koleżanką trwa trzy lata. Z mamą — pięć. Ze szwagierką — dekadę. Pielęgnujemy urazę jak rzadką roślinę. Dokarmiamy ją wewnętrznym monologiem „a ona powiedziała wtedy to, a ja jej tego nie zapomnę". Otaczamy się ludźmi, którzy potwierdzają nasze wersje. Konflikt staje się tożsamością.
Dzieci nie dają się wciągnąć w takie pułapki, bo żyją w teraźniejszości (lekcja pierwsza wraca!). Konflikt sprzed dwóch godzin to dla nich starożytność. Wyciągnięta dłoń sprzed minuty — to jest teraz i teraz się liczy. Po obserwacji moich dwóch po raz nie wiem który zaczęłam pytać siebie: „Magda, czy ta uraza, którą trzymasz na koleżankę z bloku, naprawdę jest warta dwóch lat unikania jej w sklepie?". Czasem nie. Czasem tak. Ale przynajmniej to pytanie zadaję — a wcześniej nawet nie zadawałam.
O podobnym mechanizmie pisałam w refleksji o lubieniu własnych dzieci tylko czasem — bo szybkie wybaczanie też dotyczy relacji z dziećmi, nie tylko z dorosłymi.
Lekcja czwarta: kasztany, kałuże, sznurek
W październiku przeszłam koło placu zabaw z synem i znaleźliśmy w trawie jeden kasztan. Zwykły, brązowy, lekko spłaszczony. Syn wziął go w rękę i krzyknął „MAMO! KASZTAN!" z taką ekscytacją, jakby to był diament. Schowałam się ze śmiechem za drzewem i pomyślałam: kiedy ja ostatnio cieszyłam się z kasztana?
Kałuża po deszczu. Sznurek znaleziony na ulicy. Kawałek folii, który leci na wietrze i wygląda jak meduza. Mucha na szybie. Mała tęcza w plamie oleju na chodniku. Mój syn cieszy się z tego wszystkiego po kolei — każdą rzecz traktując jak nowość, każdą oglądając przez minutę, dwie, trzy. Nie jest dzieckiem szczególnie radosnym. Jest po prostu czterolatkiem, czyli — domyślnie — kimś, kto zwraca uwagę na drobiazgi.
Dorośli mają obsesję na punkcie „dużych przyjemności". Wakacje. Restauracja. Drogi prezent. Spa. Koncert. Czekamy na nie tygodniami, planujemy, oszczędzamy, a one trwają chwilę i często rozczarowują. Dzieci nie czekają. Dzieci znajdują przyjemność na chodniku, w kuchni, pod sofą, w pudełku po butach. Suma tych mikro-radości to jest ich szczęście — codzienne, niewymagające budżetu, niewymagające planowania.
Dziś, na czterdziestkę z hakiem, robię sobie świadomy trening dziecięcego patrzenia. Idę z synem na spacer i staram się zauważyć trzy rzeczy, na które normalnie nie spojrzałabym. Nie są to rzeczy spektakularne. Wzór mchu na kamieniu. Pajęczyna z kropelkami rosy. Liść klonu wbity w ziemię z taką elegancją, że wygląda jak wykonany rękodzielniczo. Po roku tego treningu czuję, że moje życie ma więcej przyjemności niż dawniej, choć obiektywnie wcale nie ma więcej przyjemności. Po prostu zauważam to, co już było.
Dziecko nie szuka szczęścia. Dziecko zauważa to, co jest. Dorosły szuka szczęścia, więc go nie zauważa.— moje prywatne motto z ostatniego roku, dopisane do listy w kuchennym notesie
Co jeszcze widzę u nich i u siebie
Lekcji jest oczywiście więcej. Spisałam je w notesie kuchennym, bo wracam do nich co kilka miesięcy. Cztery powyższe są jednak najmocniejsze. Pozostałe — dla pełnego obrazu — to jeszcze:
- Prosić o pomoc wprost. Mój syn, gdy nie umie zawiązać sznurówki, nie udaje, że nie potrzebuje pomocy. Krzyczy „MAMO!". My, dorośli, godzinami próbujemy wszystko sami i potem narzekamy, że jesteśmy wykończeni.
- Płakać i się otrzepać. Hania, gdy zbije sobie kolano, płacze trzy minuty mocno, a potem znów biegnie się bawić. My, dorośli, dusimy łzy i potem całe życie chodzimy z plecakiem niewypłakanego.
- Iść spać, gdy się jest zmęczonym. Czterolatek, gdy ma dość, mówi „chcę spać" i kładzie się gdziekolwiek. My, dorośli, wbijamy w siebie kawę i pracujemy do dwudziestej trzeciej.
- Jeść tylko gdy się jest głodnym. Mój syn nie zje obiadu, gdy nie chce. Płacze, ale nie zje. Ja zjem, choć nie mam apetytu, bo „zaplanowane". To samo robię z koncertami, które już nie sprawiają mi przyjemności, ale skoro kupiłam bilet…
Każda z tych obserwacji to lustro. Dziecko nie tłumi sygnałów własnego ciała. Dorośli — niemal wszyscy — tłumią je tak skutecznie, że potem trafiają do gabinetów psychoterapeutek, żeby się nauczyć z powrotem słuchać siebie. Czasem płacą za to setki złotych za godzinę. Tymczasem w domu mamy małych nauczycieli, którzy uczą tego za darmo, jeśli się ich obserwuje uważnie.
Czy wracam do tego, kim byłam jako mała Magda
Nie do końca. Bo jako mała Magda nie miałam wszystkiego, co miałyby moje dzieci — o czym pisałam już w refleksji o budowaniu bliskości, gdy sama jej się nie miało. Wychowywałam się w domu, w którym płacz był słabością, a „dlaczego" — „zuchwalstwem". Tłumiłam emocje od piątego roku życia. Nie miałam komfortu czterolatka, który krzyczy „kasztan!" bez krępacji.
Dlatego nie wracam do dziecięcego sposobu istnienia. Uczę się go od początku, na nowo, w wieku 35 lat, z pomocą moich własnych dzieci. To dziwne odwrócenie ról — bo to oni mi pokazują, jak żyć tak, jak ja sama nigdy nie żyłam. I jest w tym coś przepięknego, choć też coś, co sprawia, że czasem płaczę nad swoim własnym dzieciństwem, kiedy oni już śpią.
Więcej o tym, jak konkretne zdania trzymają mnie przy zdrowych zmysłach w macierzyństwie, pisałam w tekście o mojej liście złotych myśli. Pisałam też kiedyś o tym, że rodzicielstwo bywa fajne, kiedy się to zauważa — i kawałek o tym, że czasem trzeba się zatrzymać i docenić, co już jest, bo to jest w istocie najważniejsza lekcja, której uczymy się dorośnie od dzieci.
Co z tego wynika praktycznie
Nic spektakularnego. Nie wstałam o piątej rano, nie zrobiłam medytacji, nie zaczęłam jogi. Po prostu zwalniam o dwie sekundy na dzień więcej niż przed rokiem. Pozwalam synowi przykucać przy mrówkach. Sama też przykucam. Pytam koleżanki „dlaczego ty tak myślisz?", zamiast od razu się z nią kłócić. Wybaczam dwie urazy szybciej, niż wybaczałam je sobie. Cieszę się z kasztana. Tyle.
Macierzyństwo nie zrobiło ze mnie lepszej matki — zrobiło ze mnie lepszego człowieka. Brzmi banalnie, ale jest prawdziwe. Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat, gdy moje dzieci będą samodzielnymi dorosłymi, ja zachowam w sobie te lekcje, które oni mi dali w wieku 4 i 7 lat. Bo to, co dziecko daje rodzicowi, jest często cenniejsze niż to, co rodzic daje dziecku. Tylko o tym nikt nie pisze w książkach o wychowaniu. Pisze się odwrotnie. Niesłusznie.
Najczęstsze pytania
Czego dorosły może nauczyć się od dziecka?
Cztery najważniejsze lekcje: bycia w teraźniejszości (dziecko nie myśli o jutrze, jest tu i teraz), pytania bez wstydu („dlaczego" — bez obawy, że zdradzi to niewiedzę), szybkiego wybaczania (kłótnia trwa minuty, a nie tygodnie), cieszenia się drobiazgami (kasztan, kałuża, sznurek na chodniku). Te cztery rzeczy dzieci robią naturalnie, dorośli muszą się ich uczyć od początku — często z pomocą własnych dzieci.
Jak zacząć być bardziej obecny tu i teraz?
Bez kursów, bez aplikacji, bez bullshitu motywacyjnego. Jeśli masz dziecko — obserwuj, gdzie ono kieruje uwagę przez 30 sekund (mrówka, kałuża, plamka oleju z tęczą), i przez te same 30 sekund tam też kieruj swoją. Bez telefonu, bez listy zakupów w głowie. Dwie takie sekundy obecności na dzień są warte więcej niż 8 godzin udawanej wielowątkowości. Po roku zauważysz, że twoje życie ma więcej smaku — choć obiektywnie nic się nie zmieniło.
Dlaczego dorośli przestają pytać „dlaczego"?
Z trzech powodów: wstydzą się, że nie wiedzą; boją się, że pytanie zdradzi niekompetencję; wierzą, że dorosły to ten, kto wie wszystko. To bzdura — najmądrzejsi ludzie zadają najwięcej pytań, bo wiedzą, że nie wiedzą wszystkiego. Dziecko, które pyta „dlaczego" sto razy dziennie, robi coś, co dorośli powinni wrócić robić w pracy, w rozmowach, u lekarza. Połowa najlepszych pomysłów rodzi się z głupich pytań.
Dlaczego dzieci szybciej wybaczają niż dorośli?
Bo żyją w teraźniejszości. Konflikt sprzed dwóch godzin to dla dziecka starożytność, dla dorosłego — temat na dziesięć lat urazy. Dorośli pielęgnują urazę jak rzadką roślinę: dokarmiają ją wewnętrznym monologiem, otaczają sojusznikami, robią z konfliktu element tożsamości. Dzieci wracają do zabawy po trzech minutach. Pytanie, które warto zadawać sobie po dziecięcej obserwacji: czy ta uraza, którą trzymam na koleżankę, jest naprawdę warta dwóch lat unikania w sklepie?