Czytelnia 15 czerwca 2025 6 min czytania 1 304 wyświetlenia

Jego Wysokość Longin — książka, którą syn każe mi czytać 47 wieczorów z rzędu

„Mamo, ten z koroną. Ten z koroną!". Pokazuje palcem na półkę, drugą rączką już ciągnie kołdrę pod brodę. Mój czterolatek prosi o Longina czterdziesty siódmy raz. Liczę. Przynajmniej staram się. „Jego Wysokość Longin" wszedł do naszego rytuału wieczornego i przejął w nim władzę — jak na króla przystało.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Książka Jego Wysokość Longin na łóżku obok pluszaka i lampki nocnej w pokoju dziecięcym

Mam prywatną teorię, że istnieje jeden test na to, czy książka dla dziecka jest dobra: ile razy z rzędu prosi o nią dziecko, zanim zechce coś innego. „Jego Wysokość Longin" pobił w naszym domu rekord. Czterdzieści siedem wieczorów. Przed nim bezkonkurencyjny był Plastusiowy Pamiętnik (siedemnaście razy) i jakaś bajka o niedźwiadkowi, której tytułu nie pamiętam, bo wtedy syn jeszcze sepleniał. Longin zdetronizował obu jak gdyby nigdy nic — i siedzi sobie na półce z miną kogoś, kto wie, że jest niezastąpiony.

Książkę dostaliśmy od chrzestnej syna — kobiety, która sama jest mamą trójki i ma ten szósty zmysł, co dziecku polecić w danym momencie. Wręczyła mi ją z uśmiechem i komentarzem: „Tylko nie wiń mnie później". Wtedy nie zrozumiałam. Teraz, po prawie dwóch miesiącach z Longinem na nocnym stoliku, rozumiem doskonale. To jest książka, która uzależnia dziecko, a mama-czytająca jest tylko transmiterem. Pisałam już o starszych książkach (jak „Magiczne drzewo. Stwór" dla siedmiolatki), ale „Longin" gra w zupełnie innej kategorii — to lektura dla maluchów 4-7 lat, prosta, ciepła i z humorem.

Longin książka — kim jest tytułowy bohater

Longin to kotek. Pyszałkowaty, pełen przekonania o własnej wyjątkowości, lekko zarozumiały — ale serce ma na właściwym miejscu. Nosi koronę (czasem), żąda, żeby zwracano się do niego „Wasza Wysokość", i obraża się, gdy ktoś nie odda należnego pokłonu. Ale w środku — co dziecko-czytelnik odkrywa od razu — to po prostu bardzo ciepły, lojalny, śmieszny kot, który kocha swoje rodzeństwo (dwójkę kotów-poddanych) i tatę-człowieka, który mieszka z nim w mieszkaniu w bloku.

Dlaczego dzieci go kochają? Bo Longin mówi z dziecięcym tupetem. Dziecko czterech lat samo niedawno odkryło, że może powiedzieć rodzicom „nie" i że świat się od tego nie wali. Longin jest dla niego mistrzem tego „nie" — ale takim, którego się nie wstydzisz, bo robi to z fasonem. Mój syn po pierwszym wieczorze chodził po mieszkaniu i mówił „Jam jest Longin, król!" (z literacką stylizacją włącznie, bo Longin tak się wyraża w książce). Mąż się śmiał. Ja też się śmiałam. Syn nie — bo on był na poważnie.

Imię Longin — dlaczego dzieci je uwielbiają

To osobny fenomen. Longin to imię, którego dzieci uczą się natychmiast i które brzmi. Dwa razy „o", twarde „g" w środku, zakończenie na -in. Idealnie do skandowania, do wykrzykiwania, do nadawania kotom w piaskownicy. Mój syn nadał imię Longin: jednorożcowi-pluszakowi, samochodzikowi straży pożarnej, ślimakowi, którego wynaleźliśmy na ścieżce, i swojemu palcowi serdecznemu (nie pytaj, dlaczego). Jednorożec-Longin jest do dziś naszym ulubionym towarzyszem snu.

Książka świetnie tę językową przyjemność wykorzystuje. Imię Longin pada w niej dziesiątki razy, w różnych zdrobnieniach (Loni, Longinusio, Wasza Wysokość Longin) i w różnych odmianach. Dziecko po trzecim wieczorze samo dopowiada, ile razy przeczytasz pierwszą sylabę. Po piątym — recytuje całe akapity. Po dziesiątym — żyje w świecie, w którym Longin jest realną postacią, a ty, mama, jesteś tylko jego lektorką.

Ile razy musiałam czytać tę samą stronę

Uczciwie: nie ma takiej liczby, która by miała sens jako odpowiedź. Są strony, które czytam tej książki w jednej sesji trzy razy z rzędu. Najgorsze są dwie: scena, w której Longin udaje, że nie słyszy taty (syn skręca się ze śmiechu) oraz scena, w której Longin ratuje swoją siostrę-kotkę z pułapki na myszy (syn z kolei powagą kiwa głową, jakby uczestniczył w czymś wielkim). Te dwie strony recytuję z pamięci. Mogłabym je powiedzieć w trakcie zmywania, mycia podłogi, gotowania zupy — gdziekolwiek. To jest poziom obecności tekstu w mojej głowie, do którego doszliśmy.

Na początku to było irytujące. Po dwóch tygodniach przestałam liczyć. Po trzech zaczęłam zauważać, jak syn się zmienia w trakcie jednej lektury — jak na pierwszej stronie jest jeszcze rozkojarzony, jak na piątej już głęboko siedzi w tekście, jak pod koniec mówi szeptem „cicho, mamo", kiedy próbuję mu coś powiedzieć między rozdziałami. Powtarzanie u dziecka nie jest błędem — jest funkcją. Dziecko wraca do tej samej historii, bo za każdym razem zauważa coś nowego. Lub potwierdza coś, czego potrzebuje. To proste, ale jak każda prosta rzecz, łatwo o niej zapomnieć w pośpiechu wieczornym.

Najlepsza książka dla małego dziecka to nie ta, która ma najwięcej obrazków. To ta, której dziecko nie ma dość. Wszystko inne to dodatki.— moja prywatna refleksja po Longinie

Ilustracje — dlaczego są tak ważne dla 4-latka

Ilustracje w „Longinie" są soczyste, kolorowe, pełne detali. Każda strona to nie tylko obraz tła, ale obraz, który opowiada coś dodatkowo. Na jednej stronie tatuś Longina je płatki śniadaniowe — ale jeśli przyjrzysz się tłu, zobaczysz, że na lodówce jest magnes z kotem, a w doniczce z fikusem siedzi mała myszka, która patrzy na Longina z zaciekawieniem. Dziecko spędza na takiej stronie pięć minut, wskazując palcem na każdy detal i pytając „a co to? a co to?". Te pytania są dla mnie najczystszą radością z czytania na głos. Książka, która nie wywołuje pytań — to książka, która nie pracuje.

Ilustrator (mam wrażenie, że to jedna i ta sama osoba prowadzi serię) myśli jak dziecko. Każdy obraz ma swoją małą tajemnicę — coś ukrytego w rogu, postać podglądająca z drzwi, wyraz twarzy Longina, którego nie skomentowano w tekście, ale który się komentuje sam. Drugiego miesiąca odkryłam z synem, że na każdej stronie jest gdzieś ślimak. Małe, w tle, czasem wielkości palca. Od tego dnia każdy wieczór czytania zaczyna się od „znajdź ślimaka, mamo". Już nawet nie ja go szukam — syn znajduje pierwszy.

Humor, którego się nie spodziewałam u książki dla 4-latka

Długo myślałam, że literatura dla najmłodszych musi być kulturalno-edukacyjnie-dobroduszna i że humor pojawia się dopiero gdzieś od 6-7 lat (Pippi, Mikołajek itd.). „Longin" mnie przekonał, że to mit. Książka jest naprawdę śmieszna — tak, że ja, dorosła, czytam ją wieczorem i się parskam co kilka stron. To rzadki dar autora dziecięcego — pisać tekst, który pracuje na dwóch poziomach jednocześnie: na poziomie czterolatka, który łapie podstawowe sytuacje, i na poziomie mamy-czytającej, która łapie ironię, dystans i drobne smaczki.

Mój ulubiony moment to ten, w którym Longin, lekko obrażony, że tatuś nie nakłada mu makaronu wystarczająco szybko, wygłasza monolog o niesprawiedliwości świata. Tekst stylizowany na monolog królewski, ze słowami typu „o, niegodziwe pacholę" (gdzie pacholę to dorosły mężczyzna). Syn śmieje się, bo widzi grymas Longina na obrazku. Ja śmieję się, bo „o niegodziwe pacholę" z ust kota do mężczyzny lat 40 jest po prostu literacko genialne. Każdy z nas z tej samej sceny wynosi inną przyjemność. Książka, która to potrafi, jest na wagę złota.

Czy córka też słucha Longina?

Siedmiolatka, oficjalnie „za stara" na takie bajki, oczywiście też podsłuchuje. Udaje, że czyta swoją książkę w drugim łóżku, ale gdy zaczynam czytać Longina, składa swoją lekturę i przekrada się do brata. Słucha. Kiwa głową na śmieszne fragmenty. Czasem dorzuca komentarz typu „Longin to taki kot snob" — i syn, nie do końca rozumiejąc słowo snob, kiwa głową poważnie. Ona ma osiem (no, prawie osiem) lat, on cztery. Ta sama książka sprawdza się na tych dwóch wiekach jednocześnie — bo każdy bierze z niej, ile umie. To jest klasa pisarska, której się nie da podrobić.

Dla mamy z dwójką dzieci w różnym wieku to jest idealna sytuacja. Czytanie wieczorem nie musi się rozdzielać na dwa pokoje. Siadamy we trójkę, jedna lampka, jedno łóżko, jedna książka — i wszyscy są zadowoleni. Mój wieczór jest prawdziwie zaczynający się od godziny 19:30 — bo wcześniej Longin tego nie pozwala. Stąd anegdota: syn nie nauczył się jeszcze za dobrze zegarka, ale wie, kiedy jest godzina Longina. Pyta o Longina dokładnie wtedy, kiedy mała wskazówka jest na 7. Bezbłędnie. Poważnie się zastanawiam, czy uczyć go zegarka tym rytmem.

Komu polecam, komu odradzam

Polecam absolutnie: rodzicom maluchów 4-7 lat, którzy szukają książki, którą można czytać 100 razy bez znudzenia. Polecam też tym, którzy mają w domu kota — bo Longin jest bardzo kotem, i każdy małych miłośników kotów to rozpozna. Polecam ponadto rodzinom z młodszym i starszym dzieckiem — książka działa na obu wiekach (zob. wyżej).

Odradzam (z uśmiechem) rodzicom, którzy nie znoszą czytać tego samego wielokrotnie. Tej książki dziecko nie przeczyta raz. Przeczyta ją 30, 50, czasem 100 razy. Jeśli wieczorne czytanie jest dla ciebie obowiązkiem, a nie przyjemnością — „Longin" tego nie zmieni. Ale jeśli czytanie wieczorne jest twoim rytuałem (jak u mnie — to moje wieczorne 30 minut, których nikt mi nie zabiera), to Longin doda do tego rytuału głęboką, ciepłą satysfakcję.

Jeśli szukasz większej liczby naszych ulubionych pozycji, koniecznie zerknij na mój wpis o bohaterach magicznego drzewa Stwora — to nasza ulubiona lektura starszej córki. Polecam też mój tekst o „proszę, narysuj mi baranka", bo Mały Książę u mnie wraca cyklicznie. Jeśli czytanie wieczorne jest twoim sposobem na odzyskanie spokoju, zerknij też na moim refleksjom o odporności matki — pisałam tam o wieczornych rytuałach, które trzymają mnie w pionie.

Piąty tydzień Longina właśnie się kończy. Syn śpi. Ja kładę książkę na nocnym stoliku, plecami do siebie, lampka jest jeszcze włączona. Ślimak na ostatniej stronie znajduje się w lewym dolnym rogu, między doniczką a piłką. Dziś wieczorem znaleźliśmy go w 14 sekund. Nowy rekord. Jutro będziemy próbować pobić.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dla jakiego wieku jest książka Jego Wysokość Longin?

Idealna dla dzieci 4-7 lat. U nas najlepiej sprawdza się na wieczornym czytaniu z 4-letnim synem, ale 7-letnia córka też chętnie podsłuchuje (i komentuje). Tekst jest na tyle prosty, że 4-latek łapie podstawowe sytuacje, ale ma też drugą warstwę humorystyczną, którą dostrzeże starsze dziecko (i mama-czytająca). Dla dzieci młodszych niż 4 lata mogą być za długie fragmenty bez ilustracji.

Ile czasu zajmuje czytanie Longina wieczorem?

Jeden rozdział to około 8-12 minut czytania na głos, w tempie spokojnym, z głosikami dla postaci. Cała książka ma kilka rozdziałów i u nas mieści się w 30-40 minutach jednego wieczoru — jeśli dziecko nie prosi o powtórki (co prosi prawie zawsze). Realnie liczę 30 minut na jeden wieczór z Longinem, niezależnie od tego, czy czytamy raz całość, czy 3 razy ulubiony fragment.

Czego uczy książka Jego Wysokość Longin?

Empatii, samoświadomości, łagodnego humoru. Longin to bohater zarozumiały, ale uczący się — i dziecko widzi, że nawet pyszałkowaty kot potrafi okazać troskę i miłość rodzeństwu. Książka pokazuje też, że można być sobą (nawet z mocnym charakterem), nie krzywdząc innych. Bez moralizowania — lekcja przemyca się przez sytuacje, nie przez wykład. Dodatkowo dziecko uczy się bawić językiem (zdrobnienia, stylizacje, brzmienie imion).

Czy Longin to dobra książka na pierwszą długą lekturę dla 4-latka?

Tak, idealna. To była nasza pierwsza książka bez ilustracji na każdej stronie, którą czterolatek wytrzymał w ciszy do końca rozdziału. Krótkie zdania, dynamika, humor i częste ilustracje (raz na 2-3 strony) sprawiają, że dziecko nie traci uwagi. Po Longinie syn jest gotowy na inne dłuższe lektury — to taka brama wejścia do czytania bez pełnego pokrycia obrazami.

Czy Longin jest śmieszny dla dorosłych?

Tak — i to jest jego ogromna siła. Książka pracuje na dwóch poziomach: dziecko łapie podstawowy humor sytuacyjny, dorosły łapie ironię, dystans, drobne stylizacje (Longin mówi czasem językiem królewskim z XIX wieku, co jest komiczne w ustach kota). Ja parskam śmiechem co kilka stron, mimo że czytam tę książkę 47 raz. Niewiele jest pozycji dla maluchów, które dorosły czyta z prawdziwą przyjemnością.

Czy warto kupić Longina do domowej biblioteki?

Zdecydowanie tak, jeśli masz dziecko 4-7 lat. To książka, do której dziecko wraca cyklicznie, a nie taka, którą się przeczyta raz i zapomni. Po roku, dwóch latach syn dalej będzie ją podnosił, choć inaczej. Plus wartość sentymentalna — Longin stanie się jedną z tych książek, które za 20 lat dziecko będzie pamiętało jako „książkę swojego dzieciństwa". Inwestycja, która zwraca się z naddatkiem.