Czytelnia 22 października 2025 6 min czytania 1 665 wyświetleń

Bohaterowie magicznego drzewa: Stwór — recenzja po wieczorach z córką

„Mamo, jeszcze rozdział. Tylko jeden, naprawdę ostatni". Słyszałam to dziewięć wieczorów z rzędu. Magiczne drzewo. Stwór wjechało do naszej sypialni jak pociąg — z impetem, z hukiem i z tą drobną dawką strachu, która sprawia, że siedmiolatka wsuwa się głębiej pod kołdrę i prosi, żeby nie gasić jeszcze lampki.

M
Magda
autorka BlogMatki.pl
Książka Magiczne drzewo Stwór Andrzeja Maleszki na kocu, lampka i kubek herbaty w domowej sypialni

Pamiętam serial „Magiczne drzewo" z dzieciństwa — emitowany w TVP, oglądany przeze mnie z bratem przy kolacji w piżamach. Maleszka był wtedy dla nas reżyserem-magikiem; każdy odcinek otwierał się tak, jakby ktoś uchylał drzwi do innego wymiaru. Dwadzieścia kilka lat później siedzę w sypialni mojej córki, trzymam w ręku piąty tom książkowej serii i czytam jej „Stwora" — i kompletnie nie spodziewałam się, że to mnie ruszy z taką samą siłą, jak ruszało serial w 1996. Tylko że teraz moim szóstym zmysłem jest mama, a nie dziecko.

Zaczęło się niewinnie. Córka, świeżo siedmioletnia, dostała na urodziny od cioci komplet trzech tomów Maleszki w jednym, ładnie wydanym pakiecie. „Stwór" był pierwszym, po który sięgnęła — bo na okładce coś było. Coś, czego konturu ledwo się domyślasz, ale wiesz, że trzeba poznać. To jest właśnie marketing wymyślony przez kogoś, kto rozumie dziecko siedmioletnie lepiej niż większość pedagogów. Złapała przynętę. Ja, czytająca jej wieczorem na głos, też.

Bohaterowie magicznego drzewa — dlaczego dzieci się w nich kochają

Filip, Tosia i Kuki to trio, które Maleszka prowadzi przez całą serię, ale dla nieczytających wcześniej (jak moja córka) wejście w „Stwora" jest absolutnie bezbolesne. Autor pisze tak, że nie potrzebujesz wiedzieć, co się działo wcześniej — postacie się przedstawiają w ruchu, w sytuacji, przez działanie, a nie przez nudne wstępy. To jest klasa pisarska, której zazdroszczę i którą szanuję podwójnie, bo wiem, jak trudno jest zacząć opowieść bez sztucznego „dawno, dawno temu byli sobie".

Filip jest tym rozsądnym, który patrzy na świat trochę z dystansu. Tosia — dziewczynka odważna, lojalna, momentami zawzięta. Kuki to żywe srebro, klaun grupy, dziecko, które nie myśli zanim coś powie, ale ma serce wielkie jak przedszkolna sala. Razem tworzą trójkąt, w którym każde dziecko-czytelnik znajdzie jakiś fragment siebie. Moja córka oczywiście pokochała Tosię od strony pierwszej — bo Tosia robi, a nie tylko myśli, a moja córka jest dokładnie taka sama. Drugiego wieczora już chciała na święta kostium Tosi.

Maleszka nie udaje też, że to dzieci-superbohaterowie. Boją się, kłócą, mają wątpliwości. Filip kilka razy chce się wycofać. Tosia raz tak się rozzłości na Kuki, że nie odzywa się przez cały rozdział. To są dzieci, nie figury z gier komputerowych — i właśnie dlatego siedmiolatka się z nimi tak utożsamia. „Mamo, ja by tak samo zrobiła jak Tosia" — powiedziała mi w środku piątego rozdziału, i wiedziałam, że książka trafiła idealnie.

Stwór — dlaczego ten tom jest mocniejszy od poprzednich

Nie czytałam wszystkich pięciu tomów w kolejności (zaczęłyśmy od tego, który córka dostała), ale po przeczytaniu „Stwora" zamówiłam pozostałe i przeleciałam je później sama, w tygodniu. Dlatego mówię z pewnym dystansem: „Stwór" jest tomem najmroczniejszym z całej serii. Maleszka nie cofa się przed pokazaniem prawdziwego strachu — nie tego z kreskówek, nie tego z bajek dla młodszych, tylko takiego prawdziwego, w którym dziecko czuje, że niebezpieczeństwo jest realne, a nie umowne.

Bohaterowie trafiają tu w sytuację, w której stwór — istota nie do końca opisana, nie do końca zwierzę, nie do końca zjawa — zagraża ich światu. To jest mocna metafora i myślę, że Maleszka celowo nie pokazuje go zbyt dosłownie. Stwór jest tym, czego dziecko boi się nocą — niedopowiedzeniem pod łóżkiem, dźwiękiem za oknem, cieniem na suficie. Każde dziecko może sobie podstawić swojego prywatnego stwora — i właśnie dlatego ta książka działa jak terapia przez literaturę. Bo z bohaterami wracasz, bo bohaterowie wygrywają nie siłą, tylko sprytem, odwagą i przyjaźnią.

Najlepsze książki dla dzieci to nie te, które oszczędzają im strachu. To te, które dają im narzędzia, żeby ze strachem coś zrobić.— moja prywatna refleksja po ostatnim rozdziale „Stwora"

Czy strasznawe? Mama-czytelniczka ostrzega

Tu uczciwie: tak, miejscami jest strasznawe. Nie horror, nie traumatyzujące, ale są dwa-trzy rozdziały, w których dziecko wrażliwsze może dostać gęsiej skórki. Moja córka jest dzieckiem dosyć odważnym (codziennie skacze z huśtawki w pełnym rozpędzie i nigdy nie zawołała, że się zbiła), więc u nas problemu nie było — wręcz przeciwnie, „mamo, przeczytaj to jeszcze raz, to było super". Ale gdybym czytała to dziecku, które boi się ciemności, miało lęki nocne albo niedawno przeszło stres (nowa szkoła, choroba w rodzinie) — odłożyłabym do następnego roku.

Wiek docelowy oficjalnie to 8–12 lat. Moja siedmiolatka mieści się w dolnej granicy i daje radę z marszu, ale czytamy razem, na głos — i ja jestem w stanie zatrzymać się na trudniejszej scenie, dopytać „dasz radę dalej?", czasem przeskoczyć fragment, jeśli dziecko byłoby przeciążone. Samodzielnie ja bym dała tę książkę dziecku najwcześniej w 9. roku życia. Jest po prostu intensywna.

Język Maleszki — dlaczego tak dobrze się czyta na głos

Jedna rzecz, która mnie powaliła pisarsko: Maleszka pisze tak, że łatwo się to czyta na głos. To jest osobna umiejętność. Nie każdy pisarz dla dzieci ją ma. Bywa, że teksty wyglądają dobrze na papierze, ale gdy się je czyta dziecku, łamie się język na zbyt długich zdaniach, dziwnych szykach, narracji, która nie ma rytmu. Maleszka — pewnie dzięki doświadczeniu reżyserskiemu — ma w sobie ten słuch dialogu. Każda postać mówi inaczej. Każda scena ma rytm. Każdy rozdział kończy się tak, że chcesz dalej.

Ja po dziewięciu wieczorach miałam głos już mocno zachrypnięty (no i mam tendencję do robienia różnych głosików dla różnych postaci, co córka kocha, a co kosztuje gardło). Ale ani razu nie zaplątałam się w zdaniu, ani razu nie musiałam czytać tego samego zdania dwa razy, żeby brzmiało sensownie. To jest komplement, którego nie umiem oddać literacko — ale każda mama, która czytała wieczorem na głos, wie, ile to jest warte.

Jak Maleszka uczy bez moralizowania

To jest to, co dla mnie jako matki ma największą wartość. „Stwór" uczy — uczy o przyjaźni, o tym, że strach można przekuć w działanie, o tym, że niewielkie dzieci potrafią więcej, niż im się wydaje. Ale nie ma w tym ani jednego zdania moralizatorskiego. Żadnego „a z tego płynie nauka, że...". Zero. Lekcja przemyca się przez fabułę, przez to, co bohaterowie robią, a nie przez to, co autor mówi.

Moja córka po skończeniu książki przez tydzień powtarzała w domu „jak Tosia" — gdy syn jej zabrał klocki, gdy musiała sama zasnąć, gdy nie chciała wejść do ciemnej piwnicy. „Tosia by weszła. To ja też wejdę". To jest siła literatury — daje dziecku wzorzec, który ono samo zaadoptowuje, bez żadnego wykładu z mojej strony. Ja tylko czytam. Maleszka resztę robi sam.

Książka czy serial — co lepsze

Krótko: książka. Serial z lat 90. ma cudowny klimat, ale efekty specjalne dziś trącą myszką (córka nie była zachwycona, kiedy z nostalgii pokazałam jej jeden odcinek). Książka natomiast działa identycznie jak działała 30 lat temu — bo w wyobraźni dziecka stwór nie potrzebuje budżetu na CGI. Wystarczy, że Maleszka go zarysuje, a reszta dorobi się sama, w pełnej intensywności. Polecam zacząć od książki, dopiero potem ewentualnie sięgnąć po serial — i to nie odwrotnie.

Kupiłam też pozostałe tomy serii („Magiczne drzewo. Czerwone krzesło", „Olbrzym", „Pojedynek", „Tajemnica mostu") i powoli odkładamy je z córką na półkę-gotową-do-czytania. Nie wszystkie naraz — bo bym ją nimi przejadła. Maleszka jest pisarzem, do którego wracasz, a nie którego przerabiasz. To różnica, która mi imponuje.

Jeśli twoje dziecko też dorasta do dłuższych historii, koniecznie zerknij na mój wpis o tym, co znaczy „proszę, narysuj mi baranka" — to o pierwszym spotkaniu z Małym Księciem. Polecam też mój inny czytelniczy tekst dla młodszych dzieci — recenzję „Jego Wysokości Longina" — bo to ta sama półka „książki, do których prosisz: jeszcze rozdział", tylko dla młodszej grupy wiekowej. A jeśli sama szukasz czegoś dla siebie, zerknij na mój wpis o „Linie" Macieja Siembiedy albo o tym, jak nie rezygnować z marzeń, gdy zostałaś mamą — bo czytanie wieczorem to dla mnie jedno z tych marzeń, do których wracam.

Dziewiąty wieczór skończył się tak, że córka zasnęła w połowie ostatniego rozdziału. Dokończyłam sama, po cichu, przy lampce, z herbatą. „Stwór" zostaje na półce, na poziomie ręki dziecka. Wiem, że córka będzie do niego wracać. Ja też będę.

M
napisała Magda

Mama dwójki, autorka BlogMatki.pl

Mama dwójki, biegaczka-amatorka, kucharka z konieczności, fotograf z pasji. Piszę o codzienności bez filtra. Poznaj mnie bliżej →

Najczęstsze pytania

Dla jakiego wieku jest książka Magiczne drzewo Stwór?

Oficjalnie 8–12 lat, ale wiele zależy od dziecka. Moja siedmiolatka czytana razem ze mną daje sobie radę bardzo dobrze, choć są dwa-trzy rozdziały lekko strasznawe. Samodzielnie poleciłabym najwcześniej od 9. roku życia. Dla dzieci wrażliwych, lękowych albo aktualnie przeżywających trudny moment — odłóż na później. Dla dzieci odważnych i ciekawych świata — idealna od 7/8 lat z mamą lub tatą obok.

Ile czasu zajmuje przeczytanie Stwora?

Książka ma około 300 stron. Czytając wieczorem na głos po jednym rozdziale dziennie — u nas zajęło 9 wieczorów, łącznie około 6 godzin czytania. Dorosły czyta samodzielnie w 4-5 godzin (jeden lub dwa wieczory). Tempo jest szybkie, krótkie rozdziały, każdy z haczykiem, więc dzieci same proszą „jeszcze jeden".

Kim są bohaterowie magicznego drzewa?

Filip, Tosia i Kuki — trójka dzieci w wieku ~9-11 lat, którzy razem przeżywają przygody w świecie magicznego drzewa. Filip to ten rozsądny, refleksyjny. Tosia to dziewczynka odważna i lojalna. Kuki to żywe srebro, klaun grupy, dziecko impulsywne, ale o wielkim sercu. Każde dziecko-czytelnik znajdzie w trójce jakiś fragment siebie. Maleszka nie idealizuje ich — kłócą się, boją, mają wątpliwości, jak prawdziwe dzieci.

Czy Stwór Maleszki jest strasznawy?

Tak, miejscami — to najmroczniejszy tom w serii Magiczne drzewo. Maleszka nie cofa się przed pokazaniem realnego strachu (nie kreskówkowego). Tytułowy stwór nie jest pokazany dosłownie — to bardziej cień, niedopowiedzenie, to coś pod łóżkiem. Dla dziecka odważnego — fascynujące. Dla dziecka lękowego, mającego niedawno trudny moment albo zmagającego się z lękami nocnymi — odłóż na rok lub dwa.

Czy trzeba znać poprzednie tomy Magicznego drzewa?

Nie. Każdy tom serii Andrzeja Maleszki czyta się samodzielnie. „Stwór" to piąty tom, ale wszedłyśmy z córką w niego bez czytania poprzednich i nie było żadnego problemu z orientacją w fabule. Maleszka tak prowadzi narrację, że bohaterowie przedstawiają się przez działanie, a nie przez nudne wstępy. Po skończonym tomie naturalnie chce się sięgnąć po pozostałe — i my właśnie tak teraz robimy.

Czego uczy seria Magiczne drzewo?

Przyjaźni, odwagi, samodzielności i tego, że strach można przekuć w działanie. Co najważniejsze, Maleszka uczy bez moralizowania — żadnego „a z tego płynie nauka, że...". Lekcja przemyca się przez fabułę, przez to, co bohaterowie robią. Moja córka po skończeniu książki tygodniami powtarzała „zrobię jak Tosia" w trudnych dla siebie momentach. To największa siła tej literatury — daje dziecku wzorzec, który ono samo zaadoptowuje, bez żadnego wykładu z mojej strony.